Poszła na spacer, by zobaczyć świat z góry… Pani Grażyna odeszła do Vitusa

Poszła na spacer, by zobaczyć świat z góry… Pani Grażyna odeszła do Vitusa

Blisko trzy lata dane jej było żyć bez ukochanego człowieka. Wczoraj zmarła nagle Grażyna Kłębczyk, żona Adama Kłębczyka, nestora sądeckiego środowiska kolarskiego. On zginął w  styczniu 2018 r. podczas kolarskiego treningu. Chcąc uniknąć zderzenia z samochodem, który wymusił na nim pierwszeństwo, zjechał do osi jezdni, stracił równowagę i uderzył w bok jadącej z przeciwnego kierunku ciężarówki. Miał 67 lat.

Ona we wtorek, 14 grudnia wybrała się na spacer na Miejską Górę w Starym Sączu. Nagle zasłabła. Straciła przytomność. Gdy dotarli wezwani na miejsce ratownicy, niestety było już za późno. Przeżyła 68 lat. Wierzymy, że po drugiej stronie doczesności są znów razem, wolni od trosk.

Rodzinie i bliskim Pani Grażyny składamy kondolencje i żegnamy małżonkę Adama Vitusa Kłębczyka mając w myślach słowa księdza Jana Twardowskiego: „można odejść na zawsze, by stale być blisko...”

 

Wspomnienie

Kolarz, który nigdy się nie poddawał

W środę 3 stycznia ok. godz. 13:30 w Kaninie k. Limanowej zginął potrącony przez samochód Adam Kłębczyk – kolarz, nestor sądeckiego środowiska kolarskiego, cyklista niezwykłej pasji, wspaniały sportowiec, życzliwy i skromny człowiek. Miał 67 lat.

W ciągu ostatnich 20 lat trudno wyobrazić sobie kolarski wyścig, albo choćby wspólny trening bez udziału Adama Kłębczyka – Vitusa. Swój przydomek zawdzięczał słynnemu w środowisku żółtemu rowerowi tej francuskiej marki, na którym jeździł przez lata. Ostatnio zamienił go na inny, dużo nowocześniejszy model Lapierre. I to właśnie charakterystyczny czarny rower z czerwonymi piastami leżący na środku szosy w Kaninie, był w środę pierwszym sygnałem dla znajomych i kolegów, że wydarzyło się coś złego. Kolarze często rozumieją się bez słów, dlatego wystarczył jeden rzut oka na pierwsze zdjęcia jakie pojawiły się w godzinach popołudniowych na portalu limanowa.in, by znajomi wiedzieli niemal na pewno – to Adam Vitus Kłębczyk jest tragicznie zmarłym kolarzem, o którego wypadku informują media.

Starsi mówili do niego po prostu Vitus, młodsi kolarze zwracali się Panie Adamie. Miał 67 lat, i choć niewtajemniczonym trudno będzie w to uwierzyć, ale Adam często wyjeżdżał pod sądeckie górki i góry szybciej niż… o 40 lat młodsi zawodnicy. Dlaczego tak się działo? Odpowiedź jest banalnie prosta. Kolarstwo było całym jego światem. Adam prowadził niezwykle higieniczny i sportowy tryb życia. Choć przecież nie przygotowywał się do zawodów o najwyższe stawki, narzucił sobie wyjątkowo zdyscyplinowany tryb funkcjonowania, to był prawdziwy profesjonalista w świecie amatorów. Trening był dla niego najważniejszym punktem dnia, bez względu na porę roku i pogodę za oknem. On nie mógł żyć bez roweru, a jego charakterystyczną drobną – typowo kolarską, wycieniowaną – sylwetkę, widać było niemal o każdej porze na wszystkich podsądeckich szosach. Adam przejeżdżał rocznie ok. 20 tys. km – to dużo więcej, niż większość czytających ten tekst przejeżdża samochodem. W środowisku mówiło się, że Vitus lubi chadzać swoimi ścieżkami (czytaj jeździć swoimi drogami), czyli trenować tak, jak sobie wcześniej zaplanował i do bólu konsekwentnie realizować swój plan.

 Jeździć na rowerze może każdy, ale nie każdy posiada kolarski charakter, czyli to, co ambitnemu zawodnikowi nie pozwala odpuścić koła jadących przed nim. I Adam-Vitus posiadał to coś w stopniu najwyższym, to coś, czego nie można wytrenować, bo z tym się trzeba urodzić. Kolarze mawiają o takich jak On, że potrafią się „zagiąć” – będzie bolało, będą się pojawiać czarne plamy przed oczami, a On i tak się nie podda, bo ma duszę wojownika. To pewnie jeden z powodów, dla których Adam cieszył się tak ogromnym szacunkiem w środowisku. Dzięki temu na zawsze będzie zapamiętany przez kolegów i rywali, jako ten, który nigdy nie puszczał koła. Drugą ważną Jego cechą była niezwykła skromność i absolutnie niekonfliktowy charakter. Nigdy nie miał potrzeby jałowego wykłócania się o rzeczy mało istotne i pewnie właśnie dlatego, chyba nikt nigdy nie usłyszał od niego przykrego słowa. Rzadki przypadek w środowisku ludzi czasami przesadnie ambitnych.

Adam był najlepszym chyba w Nowym Sączu przykładem na cudowną moc roweru. Jego PESEL zazwyczaj potrzebny był jedynie w biurze zawodów, podczas zapisów do kolejnego wyścigu. Vitus był gatunkiem człowieka, dla którego data urodzenia, była tylko ciągiem umownych cyferek, bo jego sportowe możliwości i stan ducha, do końca pozostały na etapie młodego mężczyzny.

Pamiętam wyścig sprzed trzech lat wokół Nowego Sącza z metą na pięciokilometrowym podjeździe w Mogilnie. Ulewny deszcz i przenikliwe zimno sprawiły, że z trasy schodzili nawet najwięksi twardziele. O takich zawodach mawia się „rzeźnia”. Adam wyraźnie nie czuł się tego dnia najlepiej, powinien pewnie kalkulować jak dziesiątki innych kolarzy, którzy zamiast zamarzania na karkołomnym zjeździe w Koniuszowej, wybrali bezpieczny i może rozsądniejszy wariant, udania się wcześniej na gorącą herbatę. W pewnym momencie stercząc pod parasolem na mecie z sędzią Tomaszem Wójcikiem, uznaliśmy, że tego dnia już nikt więcej nie ma prawa dojechać do mety. I kiedy sędzia zaczął pakowanie swojego stanowiska na ostatnim podjeździe pojawił się jeszcze jeden kolarz – fioletowy z zimna i przemarznięty do granic, jak automat pedałował pod ostatnią górkę. To był Adam Vitus Kłębczyk – kolarz, który nigdy się nie poddawał, nigdy nie zsiadał z roweru, dopóki wyścig się nie skończył. Tego dnia przyjechał jako ostatni, choć pewnie więcej niż połowa startujących nie dojechała do mety wcale. Ale to by nie było w stylu Adama, którego szybko zapakowaliśmy do samochodu (nie dał rady o własnych siłach zsiąść z roweru) i odwieźliśmy do domu. Pół godziny później już w suchym ubraniu, uśmiechnięty pojawił się na zakończeniu imprezy.

Takiego zapamiętam Adama Vitusa Kłębczyka – faceta, który nigdy się nie poddawał, choć pewnie mógłby w tym czasie pić piwo przed telewizorem, bo przecież w taką pogodę nikt z własnej woli nie wychodzi z domu. Ale żeby była jasność – On zazwyczaj wracał z wyścigów z pucharami, których niesamowitą kolekcję posiadał na półce, bo najczęściej stawał na podium wyścigów w swojej kategorii wiekowej.

Jest taki fragment w jednej z książek Lance Armstronga, w którym opowiada, że chciałby odejść z tego świata zjeżdżając rowerem z alpejskiej przełęczy. I choć dzisiaj może to zabrzmieć paradoksalnie i boleśnie, to właśnie Adam Kłębczyk odszedł tak, jak ukochał – jadąc rowerem w ten fatalny styczniowy dzień. Odszedł za wcześnie. Tak wiele kilometrów było jeszcze przed nim do przejechania.

Wojciech Molendowicz

Sądeccy kolarze o Adamie Kłębczyku:

Arkadiusz Kogut: „Poznałem Pana Adasia, jak wszyscy na niego mówiliśmy, jakieś 15 lat temu podczas jednego z amatorskich treningów kolarskich w Nowym Sączu. Podczas wielu kolejnych wspólnych wypadów na rowerze dał się poznać jako człowiek niezwykle uczynny, uśmiechnięty, a przy tym, pomimo największego posunięcia w latach, nierzadko pokazujący plecy na podjeździe o ćwierć wieku młodszym kolegom. Zapamiętałem do dzisiaj jedne z jego słów: >> Każdy niech jedzie swoje, bo miejsca na szczycie podjazdu są już ustalone. << Teraz Pan Adaś sam dotarł już na swoją górę i żywię głęboką nadzieję, ze patrzy na nas z samego szczytu.”

Marcin Ziemianek: ,,Zawsze uczynny uśmiechnięty no i co by nie mówić mocny w każdym momencie sezonu, bardzo szkoda dobrego człowieka – spoczywaj w pokoju „
Dariusz Bulanda: „Przepraszam ale brak mi słów. Wielka tragedia. Wyrazy współczucia dla rodziny. Mimo, że Adaś na co dzień był cichym i skromnym człowiekiem to swoją pasją do roweru
mógł niejednego zgasić. Odszedł od tych, których kochał. Odszedł kochając to co robił.
Będzie nam go zawsze brakować”.

 

Apel rodziny do świadków wypadku Adama *Vitusa* Kłębczyka

Reklama