Z kapelusza: Jak poznałem ludzi z Auschwitz

W swoim życiu zawodowym miałem to szczęście od Boga, że dane mi było poznać osobiście ludzi, którzy przeżyli piekło w obozie koncentracyjnym w Auschwitz. Żadna literatura, spisane wspomnienia więźniów, nie zrobiły na mnie tak wielkiego wrażenia, jak osobiste wynurzenia, dodam uczciwie z rzadka w rozmowach twarzą w twarz. Co było uderzające w tych spotkaniach, to beznamiętny ton wypowiedzi, często przerywany dygresjami na temat współczesności i bardzo poważny, smutny wzrok moich bohaterów. Kto nie przeżył tej gehenny, nie jest w stanie pojąć, jak to w istocie było – zdawałem się wyczytać w ich oczach…

Pierwszy raz o Oświęcimiu, bo wtedy nie mówiło się Auschwitz, dowiedziałem się mając 7-8 lat od mojej śp. matki Pauliny, kiedy powiedziała mi, że nasz sąsiad pan Hełczyński przeżył obóz. Pan Zdzisław Ostoja Hełczyński wyprostowany, wysoko mężczyzna mieszkał przy ul. Śniadeckich, nosił się jak prawdziwy arystokrata. Zawsze elegancki, w klapie marynarki nosił odznakę wskazującą, że był więźniem obozu. Znałem w dzieciństwie jego ogród wypełniony klatkami, w których hodował norki i tchórzofretki. Później dowiedziałem się z „Rocznika Sądeckiego”, że Zdzisław Ostoja Hełczyński (1905 – 1983) uczestniczył w czasie okupacji w Związku Walki Zbrojnej, prowadził akcję ulotkową i za swoją działalność patriotyczną trafił w grudniu 1942 r. do Auschwitz, a w 1943 r. do Gross-Rosen. Wyzwolenia doczekał w 1945 r. Pracował m.in. w PKS i zawsze nisko mu się kłaniałem, chociaż absolutnie nie był skory do rozmów z małolatem, co było zupełnie zrozumiałe.

W latach licealnych 1967 – 1968 w „I Budzie” im. Jana Długosza moim nauczycielem geografii był Franciszek Grodkowski. I chociaż wiedzieliśmy, że był więziony w Oświęcimiu, to nie zawsze, co wynika z cielęcych lat darzyliśmy go należytym szacunkiem. A przecież ten szlachetny profesor z oryginalnymi powiedzonkami do uczniów w rodzaju – „ty pnioku z Paściej Góry” – miał mocno styrane zdrowie, często pokasływał, nie chwalił się w klasie swoją tragiczną przeszłością. Franciszek Grodkowski (1897 – 1985) po studniach na Uniwersytecie Jagiellońskim przed wojną był nauczycielem właśnie w I Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącym im. Jana Długosza. Za pracę w tajnym nauczaniu trafił w marcu 1942 r. do Auschwitz. Potem były kolejne obozy w Buchenwaldzie (1944), Sachsenhausen i Oranienburgu, gdzie doczekał wyzwolenia. Poza szkołą prof. Grodkowski na temat swoich przeżyć dzielił się publicznie swoimi wspomnieniami.

W 1980 r. osobiście poznałem dra Adama Kozaczkę, znanego sądeckiego adwokata. Adam Kozaczka (1908 – 1989) zaprosił mnie i śp. red. Daniela Weimera do siebie, a mieszkał przy Rynku, przygotowując dla Wydawnictwa Literackiego II wydanie swoich obozowych wspomnień pt. „Cień antropoida”. Zawarł w nich niemal filozoficzne dywagacje, a co dla nas wtedy było najbardziej zaskakujące, że opowiedział, jak stał się po wojnie obrońcą jednego z esesmanów. Kozaczka przebywał w kilku obozach koncentracyjnych. Członek ZWZ trafił do Auschwitz w styczniu 1943 r., a później w 1944 r. przeżył KL Oranienburgu i Sachsenhausen doczekawszy wyzwolenia z obozu w maju 1945 r. Oprócz wspomnianej książki prowadził prelekcje, pogadanki na temat swoich obozowych przeżyć.

Podobnie słynął z tego Jan Krokowski (1921 – 1980). Przed wojną harcerz, jesienią 1939 r. przystąpił do Organizacji Orła Białego – Resurection. Trafił po wielkiej wsypie do Auschwitz w pierwszym transporcie z Tarnowa 14 czerwca 1940 r., gdzie wytatuowano mu na przedramieniu numer 226. Do takich więźniów nawet najgorsi SS-mani odnosili się z pewną dozą szacunku, jeśli można w takim miejscu o tym mówić. A on mi to mówił, kiedy poznałem go osobiście w 1979 r. w restauracji „Ludowa”. Herbaty raczej nie piliśmy. Pan Jan w latach 60. i 70. był postacią legendarną. Działacz sportowy, dziennikarz, spiker zawodów, niezapomniany gawędziarz w lokalnym radiowęźle. W latach 1963 – 1968 był kierownikiem radiowęzła zakładowego ZNTK i pozostawił tam wielogodzinne nagrania ze swoimi wspomnieniami. Ciekaw jestem, czy się do dzisiaj zachowały te cenne dokumenty historii. W 1944 r. przeżył obóz kolejny w Sachsenhausen i w maju 1945 r. w marszu śmierci pod Lubeką wyzwolili go brytyjscy żołnierze. Do kraju powrócił w 1946 r. i zamieszkał tu, gdzie dzisiaj znajduje się redakcja „Dobrego Tygodnika Sądeckiego”.

Żydzi nie mieli prawa przeżyć Auschwitz. Ale jemu się udało, bo tak chciał Bóg, w którego po wojnie za bardzo nie chciał wierzyć. Izaka Goldfingera (1925 – 2014) z Tropia poznałem w 1992 r., kiedy po raz pierwszy przyjechał do Polski po wojnie. Zaprzyjaźniliśmy się wtedy, bo Izak był człowiekiem bardzo otwartym. Uwielbiał młodzież i dzielił się z nią swoją historią życia z przesłaniem – nigdy więcej wojny! Często spotykał się z młodzieżą Liceum Akademickiego im. Bolesława Chrobrego, a były lata, że Sącz odwiedzał nawet dwa razy w roku. Młody Izak trafił z Tropia do sądeckiego getta w lutym 1943 r. Młody, wysportowany przeszedł przez obozy pracy w Muszynie, Szebniach, skąd wywieziono go do Auschwitz w 1944 r. Ocalał w marszu śmierci w styczniu 1945 r. z Auschwitz do Mauthausen. Jeden z niewielu ze swojej brygady. Doczekał wyzwolenia z obozu i osiadł w Izraelu. Cała jego rodzina z Tropia zginęła. Nie miał gdzie wracać.

Odeszli moi znajomi, którzy dzielili się ze mną swoimi przeżyciami z przeszłości i współczesnymi refleksjami. Otworzyli mi oczy na nicość doczesnego świata. Cześć ich pamięci!

Ten i wiele innych inspirujących tekstów znajdziesz w “Dobrym Tygodniku Sądeckim” – do bezpłatnego pobrania pod linkiem:

Share on twitter
Share on facebook
INNE POSTY

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.