JADWIGA MARZEC: Rudą znali wszyscy...

Jadwiga Marzec* po przejściu na emeryturę realizuje swoje marzenie z dzieciństwa. Pisze wiersze, fraszki, bajki i opowiadania dla dzieci. Poniżej publikujemy jedną z nich. „Przygody wiewiórki Rudki” doczekały się nawet tłumaczenia na język słowacki. Zostały wydane w polsko-słowackim „Kalejdoskopie opowiadań” w 2017 r.

PRZYGODY WIEWIÓRKI RUDKI

Rudą znali wszyscy. Jedni osobiście, a inni tylko o niej słyszeli. Niewątpliwie była najbardziej popularną wiewiórką w całym lesie i nie tylko. Jej sława sięgała pewnie jeszcze dalej, daleko poza Limanową, ale tego już nikt nie sprawdzał.

BOCHENSKI

Jedni się jej bali, inni podziwiali, a jeszcze inni jej zazdrościli. Byli i tacy, którzy jej po prostu nienawidzili. Na pewno nikt nie pozostawał wobec niej obojętny. Wobec Rudej nie można być obojętnym. Miała wszystko, o czym tylko marzyła. Chociaż nie była urodziwa, to jednak częste wizyty w SPA, u kosmetyczki i wciąż doczepiane nowe farbowane ogony sprawiały, że prezentowała się jak na swój wiek dość atrakcyjnie.

Kiedyś, dawno temu, gdy była jeszcze młodą wiewiórką, słynęła ze swej mądrości i pracowitości. Wokół siebie miała zawsze dużo przyjaciół. Potem z sympatycznej Rudzi zamieniła się w przebiegłą, bezwzględną wiewiórę. Najstarsi mieszkańcy lasu znają tę historię i często ją opowiadają młodszym zwierzakom.

Zaczęło się całkiem niewinnie. Dzięki swojej zaradności zgromadziła największe zbiory orzechów i żołędzi na zimę. Pewnej wiosny, jak to czasem się zdarza, niektórym wiewiórkom wcześnie skończyły się zapasy pożywienia. W lesie rozeszła się plotka, że Rudka ma jeszcze sporo jedzenia i można od niej pożyczyć. Początkowo bardzo chętnie na to przystawała, pod warunkiem, że jesienią po zbiorach wszystko zostanie jej zwrócone. Brała swój notatnik i wpisywała, ile komu wydała orzechów. Kolejki do Rudej zaczęły się coraz częściej ustawiać. Wtedy wpadła na pomysł. Dlaczego ma pożyczać za darmo? Przecież może na tym zarobić. I to całkiem nieźle! Wprowadziła swoje zasady. Jeśli ktoś pożycza jednego orzecha, to jesienią musi oddać jej trzy. Wiewiórki były oburzone. Niestety, nie miały wyjścia. Musiałyby albo opuścić las i szukać pomocy u innych wiewiórek z odległego lasu, albo zgodzić się na warunki Rudej. Większość się zgodziła. I tak z sympatycznej koleżeńskiej wiewiórki Rudki zaczęła zmieniać się w bezwzględną i egoistyczną Rudą.

Jesień była dla niej niezwykle udana. Sama zebrała spory zapas, a ilość zwrotów pożyczonych orzechów przerosła wszelkie oczekiwania. Nie mogła pomieścić tych swoich zapasów. Postarała się więc o nowy magazyn, o wiele większy od obecnego. Wtedy jeszcze nie wydawało się, że Ruda tak się zmieni. Nadal miała sporo przyjaciół i aktywnie uczestniczyła w spotkaniach oraz leśnych imprezach organizowanych dla średnich i mniejszych zwierzaczków. Niestety, każda kolejna wiosna była podobna do poprzedniej. Znów wiewiórki zmuszone były pożyczać u Rudej. Mieszkańcy lasu powoli się od niej odsuwali, a ona sama coraz rzadziej bywała na wspólnych uroczystościach. Mówiło się, że zaprzyjaźniła się z przebiegłym Lisem i groźnym Wilkiem. Oni zawsze uważali się za lepszych i ważniejszych. Lekceważyli ptaki, zające, wiewiórki i inne małe zwierzątka.

Ruda chodziła z głową podniesioną do góry. Już nie zbierała orzechów samodzielnie. Zaczęła wykorzystywać inne słabsze wiewiórki. Zatrudniała je przy zbiorach, a potem obiecywała, że jak braknie zapasów, będzie im pożyczać na korzystnych warunkach. Stawała się potęgą. Miała już swoich pracowników, kilka magazynów orzechów i żołędzi. Była coraz bogatsza, a zarazem coraz uboższa. Im większy miała majątek, tym mniej miała przyjaciół. Nawet jej własna siostra i bracia odwrócili się od niej. Ruda wcale tym się nie przejmowała. Całymi dniami wylegiwała się, rozmawiając przez telefon na werandzie swojej dziupli, w najbardziej luksusowej i okazałej jodle w całej okolicy. Resztę czasu spędzała w przeróżnych gabinetach poprawiających urodę, a wieczorami spotykała się tylko z Wilkiem i Lisem. Wydawało się, że szczęście Rudej trwać będzie wiecznie.

W życiu często jednak czekają nas niespodzianki. W lesie także wydarzyło się coś bardzo nieoczekiwanego.

Przez cały dzień padał gęsty deszcz. Ruda nie wychodziła z domu, nie chcąc zniszczyć swojej nowej fryzury, a wieczorem wcześnie położyła się spać. W środku nocy obudziły ją grzmoty nadchodzącej burzy i przeraźliwy wrzask: „Uciekajmy!!!”

Zanim zdążyła się całkiem przebudzić, poczuła, jak drzewo, w którym mieszkała, z wielkim łoskotem przewraca się na ziemię. Leciała w przepaść, uderzając o meble i ściany w swojej dziupli. Wkoło panowała ciemność przerywana pojawiającymi się błyskawicami i bardzo ostrymi piorunami. Ruda była przerażona. Cała poobijana i obolała próbowała wstać, ale poczuła przeszywający ból w lewej łapce, przez co nie mogła na niej stanąć.

Już po mnie – pomyślała. Z zewnątrz znowu doszły ją krzyki:

Uciekajmy!

Powódź!

Uciekajmy szybko!

Ruda rozpłakała się z bezsilności i strachu. Po raz pierwszy w życiu była autentycznie przerażona. Wiedziała, że sama o własnych siłach nie wydobędzie się z dziupli.

Ratunku! Niech mi ktoś pomoże! – zawołała najgłośniej, jak potrafiła. Ale wołanie zostało zagłuszone przez groźne pomruki burzy i bijące pioruny.

Zginę – pomyślała. – Nikt mnie nie usłyszy. Nikt mnie nie uratuje.

Nagle doleciało do jej uszu dziwne szuranie i jakieś głosy:

Musimy uratować Rudą! – krzyczał ktoś. – Ona na pewno tam jest! Pomóżcie mi, sam nie dam rady!

Daj spokój! – krzyczał ktoś inny. – Ona na pewno nam by nie pomogła, sami musimy się ratować. Zaraz zaleje nas wielka fala. Niech jej Wilk i Lis pomogą!

Tak nie można! Ja jej nie zostawię! – pierwszy głos nie dawał za wygraną.

Dobrze. Spróbujmy jeszcze raz! Ruda jesteś tam? – wołał ktoś inny.

Jestem! Ratujcie mnie! Proszę! – wiewiórka płakała.

Słyszała, że ktoś coś szarpie, odsuwa. Dochodziły ją odgłosy postękiwania, mocowania się i przesuwania czegoś.

Nie damy rady! Zostawmy ją. – Usłyszała.

Spróbujmy, spróbujmy jeszcze raz! O, tędy się przedostaniemy! Znalazłem przejście! – zawołał ktoś radośnie.

Wreszcie ukazało się uwolnione wejście do dziupli, a w nim stali Złoty, Kitka i Szczerbaty.

To byli kiedyś jej przyjaciele, ale ona od dawna o nich zapomniała. Teraz zmęczeni i umorusani krzyczeli:

Szybko, pospiesz się! Zaraz zaleje nas powódź! Musimy uciekać! – krzyczał Złoty.

To ja znikam, radźcie sobie sami – powiedział Szczerbaty i szybko się oddalił.

Nie mogę się ruszać! Pomóżcie! – wołała zapłakana Ruda.

Złoty i Kitka natychmiast podbiegli wzięli ją pod łapki i wyprowadzili na zewnątrz. Mimo że było całkiem ciemno, to co udało jej się dostrzec w blasku błyskawic, przeraziło ją jeszcze bardziej. Widok był nieprawdopodobny. W niczym nie przypominał bezpiecznego lasu na Miejskiej Górze. To niemożliwe, że tak teraz wyglądają dobrze jej znane okolice Limanowej.

Połamane, powyrywane z korzeniami drzewa. Niewielki strumień zamieniony w groźną rwącą rzekę, która zabierała wszystko, co spotkała po drodze. Wszędzie biegały przerażone zwierzaki. Wrzaski, piski mieszały się z łoskotami burzy i błyskającymi co chwilę piorunami. Ruda z przerażenia nie mogła wydobyć głosu.

Łapiemy się tej gałęzi i spróbujemy na niej popłynąć, może się uda – komenderował Złoty. – Skaczemy na trzy, cztery. Razem i hoop!

Udało się. Chwycili się kurczowo płynącej gałęzi. Trzymali się mocno, bo rzeka była wartka i groźnie pomrukiwała. Nadal było niebezpiecznie, ale razem dodawali sobie otuchy. Kiedy Ruda powoli oswoiła się z widokiem i opuściło ją pierwsze przerażenie, w oddali zobaczyła tratwę, na której spokojnie płynęli Wilk z Lisem. Byli bardzo ubawieni całą sytuacją. Płynęli komfortowo w ochronnych kamizelkach, a do tratwy mieli przymocowane dwa koła ratunkowe. Rzeczywiście im nic nie groziło.

Hej! – zawołała do nich uradowana Ruda, pewna, że teraz zostaną uratowani. Pomóżcie nam! – Pomachała do nich zdrową łapką.

Ha, ha, ha! Co? Chyba przesadzasz! Nie widzisz, co się dzieje?! Każdy musi walczyć o życie, jak potrafi – drwiąco odpowiedział Wilk.

A Lis dodał:

Żegnaj, maleńka, baj-baj. – I pomachał jej ogonem.

Ruda poczuła, że ze wstydu robi się jej gorąco. Nie mogła nawet podnieść głowy i spojrzeć w oczy Złotemu i Kitce. Przypomniała sobie, że z tego wszystkiego nawet im nie podziękowała.

Złoty, Kitka... ja nie wiem, jak mam wam podziękować – wystękała.

Daj spokój, na to będzie jeszcze czas, teraz musimy wspólnie walczyć o przetrwanie. Skupmy się na tym – powiedział poważnie Złoty. Sytuacja nie wyglądała wcale zachęcająco. Wszędzie doczepione do gałęzi, niesione przez rzekę pływały wiewiórki, jeże, zające. Większe zwierzaki przeprawiały się w bród.

O! Widzę na horyzoncie kawałek suchej ziemi, spróbujmy tam dopłynąć! – zaproponowała Kitka.

Zadanie wcale nie było łatwe, bo prąd co chwilę znosił ich w przeciwnym kierunku. Na szczęście po kilku próbach udało się zaczepić o wystający konar.

Złoty sprytnie wyskoczył na drzewo, podając łapkę najpierw Rudej, a potem Kitce.

Uff – odetchnęli z ulgą.

Deszcz powoli przestawał padać, burza ucichła, tylko rwąca woda w strumieniu przypominała o tym, co się przed chwilą wydarzyło. Na szczęście był już dzień.

Chyba jesteśmy uratowani – powiedział Złoty, siadając na trawie. Był ledwo żywy ze zmęczenia. – Dziewczyny, byłyście bardzo dzielne. A teraz musimy opatrzyć twoją ranę, pokaż łapkę – powiedział do Rudej.

Oj, oj, nie wygląda to dobrze – szepnęła Kitka. – Chyba bardzo cię boli – spojrzała ze współczuciem na Rudą.

Damy radę, spokojnie, zaraz coś wymyślimy – rzeczowo podsumował Złoty, po czym spokojnie rozejrzał się po okolicy. – Już kojarzę, gdzie jesteśmy, niedaleko mieszka mój znajomy lekarz Jeż. Zaczekajcie tutaj, a ja postaram się sprowadzić pomoc.

Po dłuższej chwili pojawił się Złoty w towarzystwie Jeża. Doktor starannie obejrzał łapkę. Opatrzył ranę, porządnie zabandażował i zdecydował, że przez kilka dni Ruda nie powinna przeciążać tej łapki. Najlepiej, żeby dużo odpoczywała.

Jak ja sobie sam poradzę? – cichutko szepnęła Ruda.

Jak to, sama? – zapytał Złoty z uśmiechem. – Przecież masz nas. Nie po to cię ratowaliśmy, żebyś nam teraz miała zmarnieć – zażartował.

Jeszcze musimy zdobyć coś do jedzenia i znaleźć przyzwoity nocleg – powiedział. – Hm, Kitko, rozejrzyj się za jakąś norką do spania, a ja tymczasem zorganizuję coś do jedzenia. A ty, moja droga – zwrócił się do Rudej – po prostu wypoczywaj.

Kiedy odeszli, Rudej napłynęły łzy do oczu. Czuła się paskudnie. Nagle przypomniała sobie stare dawne czasy, kiedy to właśnie z Kitką i Złotym stanowili trójkę nierozłącznych przyjaciół. Zawsze na siebie mogli liczyć. Spędzali ze sobą dużo czasu, wspierali się, pomagali sobie. Złoty to nawet był kimś więcej niż przyjacielem… i znów Rudej oczy się zaszkliły.

Jak mogłam tak wszystko zmarnować? – pytała siebie. – Jak mogłam być taka głupia, tak zaślepiona swoim bogactwem?

Jej rozmyślania przerwały odgłosy zbliżających się przyjaciół. Złoty z daleka wymachiwał zdobycznymi orzechami, a Kitka podskakiwała radośnie. Po wspólnym posiłku wszyscy udali się w bezpieczne miejsce. Chociaż do nocy było jeszcze daleko, jak tylko ułożyli się na prowizorycznym posłaniu, przygotowanym przez Złotego, natychmiast zasnęli.

Mieszkali tak jeszcze przez kilka dni. Złoty zdobywał pożywienie, co było niezwykle trudne. Nie było tego za wiele, ale dzielili się sprawiedliwie, chociaż Kitka zauważyła kilka razy, że Złoty oddaje część swojej porcji Rudce, tłumacząc, że zjadł coś wcześniej. Przyjaźń odżyła na nowo. W tej niewesołej sytuacji było im ze sobą bardzo dobrze. Wieczorami z ich dziupli dochodził radosny śmiech. Rudkę bolała jeszcze łapka, ale w towarzystwie przyjaciół całkiem o tym zapomniała. Kiedy woda opadła, postanowili, że pora wracać na swoje stare miejsce.

Być może ciężko będzie nam rozpoznać nasze dziuple. Ale trzeba wrócić. Może coś jeszcze da się uratować. Tam zostały wszystkie nasze zapasy żywności – rozważał Złoty.

Rudka, jeszcze trochę kulejąc, powoli zaczynała już chodzić o własnych siłach. Droga powrotna zajęła im bardzo dużo czasu. Wszędzie napotykali ślady po przejściu nawałnicy. Mnóstwo połamanych drzew, gałęzi, błota, kamieni naniesionych z górnych partii lasu.

Kiedy dotarli na miejsce, dziewczyny się rozpłakały. Złoty udawał dzielnego, ale tylko przez chwilę, potem też zaczął pociągać nosem. Kiedy nieco ochłonęli, złożyli łapki w trąbki i zaczęli nawoływać:

Hop, hop! Jest tu ktoś! Hop! Hop!

Wtedy powoli z różnych stron zaczęli się schodzić dawni mieszkańcu lasu. Wszyscy, podobnie jak trójka przyjaciół, załamani.

Co my teraz poczniemy?

Od czego zacząć?

Jak będziemy dalej żyć?

Co mamy robić, może trzeba nam opuścić to miejsce?

Zewsząd dochodziły głosy, przerywane pochlipywaniem.

Najpierw musimy ocenić straty – przytomnie jako pierwszy odezwał się Złoty. – Muszę zadać to pytanie, chociaż nie jest mi łatwo: Czy wszyscy przeżyli?

Tak, tak, wszyscy już wrócili – odpowiedział Puszysty. – Już to sprawdziłem. Niektórzy są trochę poturbowani, na szczęście niegroźnie.

W takim razie trzeba odbudować chociaż prowizoryczne norki do spania i zadbać o jedzenie. Co z zapasami? – dopytywał Złoty.

Niestety, w większości uległy zniszczeniu. Część zabrała woda, a reszta jest wymieszana z błotem. Nie wygląda to dobrze. Nie wiem, jak przeżyjemy tę zimę – westchnął Puszysty.

Myślę, że nie mamy wyjścia, musimy od jutra zabrać się ostro do pracy. Będziemy wykopywać orzechy z błota, myć w strumieniu, osuszać i na nowo gromadzić zapasy. Wspólnymi siłami damy radę. – optymistycznie zdecydował Złoty.

Tak, nie mamy wyjścia. – Tu i ówdzie odezwały się głosy. – Nikt za nas tego nie zrobi. Pożywienie jest najważniejsze.

Do zobaczenia jutro zatem. Stawić powinni się wszyscy oprócz chorych i kontuzjowanych – przypomniał Złoty.

Wszyscy na pewno, ale nie Ruda – hardo powiedział Szczerbaty. – Ona do nas już nie należy.

No co ty, Szczerbaty, jak możesz? – odezwała się Kitka.

Tak, mogę. Myślę, że mówię to w imieniu nas wszystkich. To ona kiedyś z nas zrezygnowała. Sama wybrała. Ruda nie należy do naszej gromady.

Ruda smutno zwiesiła pyszczek.

Mam to, na co zasłużyłam – pomyślała.

Tak nie można! – cały wzburzony wykrzyknął Złoty – To niekoleżeńskie.

Złoty, daj spokój. Oni mają rację. Trudno, muszę sobie radzić sama.

Tak, tak – śmiały się zwierzęta. – Może Wilk albo Lis ci pomogą. Może twoje magazyny nie ucierpiały, może znów będziesz chciała nam pożyczać? – szyderczo ktoś dopowiedział.

Ruda odwróciła się i podreptała w kierunku, gdzie kiedyś znajdowała się jej dziupla.

Chyba muszę wynieść się z tego lasu – pomyślała zrezygnowana.

Ruda! Zaczekaj! Proszę, nie odchodź! – zawołał za nią Złoty.

Złoty, dziękuję ci za wszystko. Nawet nie wiesz, jak bardzo ci jestem wdzięczna. Uratowałeś mi życie, pomogłeś, ile tylko można było, ale teraz… – Ruda się rozpłakała.

Złoty przytulił ją do siebie, cały trząsł się z emocji.

Maleńka – mówił czule. – Oni na pewno zmienią decyzję.

Może tak, może kiedyś…– odpowiedziała. – Ale teraz muszę odejść, tak będzie lepiej.

Tylko nie rób głupstw i przypadkiem się nie wyprowadzaj. Jutro cię odwiedzę.

Ruda, kuśtykając, udała się w kierunku zwalonego drzewa. Nie odwracała się, ale ciągle dolatywały do niej głosy.

Dobrze jej tak!

Ma za swoje!

Niech szuka pomocy u Wilka albo Lisa. Ha, ha, ha.

Słyszała też głosy Rudego i Kitki:

To, co teraz zrobiliście, jest wstrętne.

Każdy powinien dostać drugą szansę.

Ruda oddaliła się już na tyle, że dochodziły do niej tylko strzępy pojedynczych słów, aż w końcu wszystko ucichło.

Och, jak dobrze – pomyślała. – Już dłużej tego bym nie zniosła. Wiem, że zasłużyłam, ale to takie okrutne. Co ja teraz pocznę? Jeszcze wciąż boli mnie łapka. Sprawdzę moją kryjówkę, może uda mi się wydobyć jakiegoś orzecha na kolację.

Niestety, miejsce, gdzie miała jeden ze swoich magazynów, zostało przywalone potężnym drzewem. Przy drugim okazało się, że ilość zgromadzonych kamieni skutecznie zamknęła wejście. Trzeciego w ogóle nie mogła znaleźć. Wszystko po tej powodzi wyglądało inaczej.

Co teraz? – zapytała na głos, ale nawet echo jej nie odpowiedziało.

Przysiadła zmęczona na złamanej gałęzi. Teraz dopiero zrozumiała, co czuły wiewiórki, którym zabrakło zapasów i zmuszone były od niej pożyczać. Jak to jest, kiedy głód zagląda w oczy, a w brzuchu burczy… Przypomniała sobie, jak jej siostra Kasztanka prosiła o kilka orzechów dla dzieci, a ona jej odmówiła. Powiedziała wtedy, że pożyczy, ale na takich zasadach, jak wszystkim. Długo jeszcze przypominała sobie te wszystkie sytuacje i coraz bardziej pogrążała się w smutku i złości na samą siebie.

Jak ja taka mogłam być? Jak to się stało ? Nie wiem, co dalej? Może stara Sowa mi pomoże. Ona uchodzi za najmądrzejszą w lesie. Chyba poproszę ją o pomoc. Tylko gdzie jej teraz szukać?

Znalezienie starej Sowy wcale nie było łatwe.

W końcu, po wielu godzinach wędrówki, pytając przelatujące ptaki, Ruda dotarła na miejsce. Sowa powitała ją chłodno.

Skoro pofatygowałaś się do mnie tak daleko, domyślam się, że czegoś potrzebujesz.

Tak, mądra Sowo, bardzo potrzebuje twojej pomocy.

Hm – zadumała się Sowa. – Więc mów…

Widzisz, nie wiem, od czego zacząć… Znasz mnie od dawna, kiedy jeszcze byłam młoda…

Znam cię z czasów, kiedy byłaś dzieckiem – przerwała jej Sowa. – Inteligentnym, bystrym, zdolnym, któremu przewidywałam piękną przyszłość. Wiedziałam, że zdobędziesz sławę i karierę, twoi rodzice byli z ciebie tacy dumni, ale nie przewidziałam, że masz wredny charakter. Oj tak, niestety, bogactwo często zamyka oczy i serca.

Och, Sowo! Nie mów tak, proszę. Już dzisiaj tak wiele wysłuchałam.

I dobrze. To ci się należało. A teraz mów. O co chodzi?

Teraz to chciałabym cofnąć czas.

Aaa, tak, żebyś znów była bogata. – Sowa zaśmiała się gorzko.

Nie, nie! Wcale nie o to chodzi. Chciałbym cofnąć czas i zacząć wszystko od nowa. Chciałabym być przede wszystkim dobra dla innych. Chciałbym swój rozum wykorzystać tak, aby służyć innym. Chciałabym być bogata, ale swoim bogactwem dzielić się z innymi, a nie ich wykorzystywać.

Hmm, teraz mówisz nawet całkiem do rzeczy. Czyżbyś naprawdę zrozumiała swoje błędy i szczerze jest ci przykro? – zapytała Sowa, nie dowierzając.

Tak, mądra Sowo, właśnie tak. Uwierz mi, proszę.

Sowa zamilkła i podrapała się za uchem. Długo nic nie mówiła. Ruda myślała nawet, że Sowa zasnęła.

Skoro to, co mówisz, jest prawdą i płynie z twojego serca, to moja rada nie jest ci potrzebna.

Ależ, Sowo, jak możesz? Nawet ty odmawiasz mi pomocy?

Właśnie to jest moja pomoc. Słuchaj uważnie głosu swego serca, ono ci najlepiej podpowie. Straciłaś bogactwo, ale nie straciłaś rozumu, nadal jesteś bystra, inteligentna, a jeśli po tym wszystkim potrafisz jeszcze słyszeć swoje sumienie, które zagłuszałaś przez wiele lat, to wszystko jest na dobrej drodze. Sama najlepiej będziesz wiedziała, co powinnaś zrobić. Powtarzam ci, wsłuchaj się w głos twojego serca.

Więc to tak? Mam sobie sama radzić? – zapytała rozczarowana Ruda.

Tak. Bo wiesz, że jeżeli sama do czegoś dojdziesz, to będzie twoja zasługa. Będziesz z siebie dumna, a to da ci siłę do dalszego działania. Dasz radę, jesteś silna. A teraz idź już, bo bardzo mnie zmęczyłaś, Jestem już stara i muszę dużo odpoczywać – powiedziała Sowa. – Życzę ci powodzenia.

Powrót do domu zajął Rudce jeszcze więcej czasu, bo chciała za radą Sowy usłyszeć, co podpowie jej serce. Lecz ono milczało jak zaklęte.

Zmęczona, głodna, bo w czasie drogi znalazła zaledwie jednego rozdeptanego żołędzia, po wielu godzinach dotarła do domu. A raczej do tego, co po nim zostało. Ale i tak była szczęśliwa, że może gdzieś się wtulić i przenocować.

Gdy pierwszy promyk słonka przedarł się przez gęstwinę drzew, Ruda przebudziła się rześka i pełna energii. W głowie już kiełkował jej nowy pomysł.

Że też dopiero teraz sobie o tym przypomniałam – zganiła się w myślach.

W doskonałym humorze zeskoczyła z drzewa, na moment nawet zapomniała, że jest głodna i boli ją łapka.

Wyruszyła w drogę lekka jak piórko, bo niesiona swoim pomysłem, który podpowiedziało jej serce. Wędrowała długo, ale zupełnie tego nie czuła, była podekscytowana.

Jeszcze jeden zakręt, jeszcze bukowy las i zaraz ukaże się zagajnik leszczynowy. – mruczała pod nosem.

Tutaj był inny świat, tu nie dotarły żadne kataklizmy, wszystko było na swoim miejscu. Cudownie.

Ruda zamknęła na chwilę oczy, tak jakby chciała zatrzymać ten widok na zawsze. Podeszła bliżej starego dębu, odsunęła ciężką zasuwę i weszła do środka.

Uff – odetchnęła radośnie. – Jesteśmy uratowani. Wspaniale.

Jej oczom ukazał się znajomy widok olbrzymiej ilości zapasów zimowych. Wielkie wory orzechów i żołędzi piętrzyły się w rzędach.

Z pewnością starczy dla wszystkich wiewiórek – pomyślała z dumą.

Ten magazyn zorganizowała poprzedniej jesieni, kiedy był wyjątkowy urodzaj. Do tej pory z niego nie korzystała i nawet o nim zapomniała. Dopiero, serce, właśnie… dopiero serce jej o tym przypomniało…

Sowa miała rację, najpierw trzeba szukać rady w swoim sercu – pomyślała.

Usiadła, chwilę odpoczęła i zabrała do woreczka trochę pożywienia, tyle, ile udało jej się unieść. Ruszyła w drogę powrotną.

Do swojego lasu dotarła przed wieczorem. Przed dziuplą spotkała zasmuconego Złotego.

O, jesteś. Już myślałem, że nas opuściłaś. Byłem wczoraj, dzisiaj, dobijam się do ciebie i dobijam. Gdzie się podziewałaś? Martwiłem się – mówił zatroskany.

Złoty! Jesteśmy uratowani! Wszyscy. Rozumiesz?

Ale o czym mówisz?

Odnalazłam mój stary magazyn, jest w nim tyle zapasów, że wystarczy dla wszystkich. Rozumiesz? Dla wszystkich! – radośnie wykrzykiwała Ruda.

To niemożliwe, przecież nic o tym nie mówiłaś – Złoty był wyraźnie zaskoczony.

Bo zapomniałam! To stary magazyn i daleko stąd. Nie korzystałam z niego już dawno. Ale byłam, sprawdziłam. Wszystko jest na swoim miejscu.

I co? Chcesz się z nami podzielić? – zapytał Złoty ostrożnie.

Tak, przecież cały czas ci o tym mówię. Chcę rozdać wszystko. No, może nie wszystko, trochę zostawię sobie – powiedziała zadowolona z siebie Ruda. – Zwołaj zebranie, niech wszyscy się dowiedzą. Po co mają spać kolejną noc w niepewności?

Złoty jednak nadal stał, ciągle nie dowierzając w to, co usłyszał.

Złoty, pospiesz się! Zwołaj ich wszystkich. – ponaglała go wiewiórka.

Tak, rzeczywiście, masz rację. Już biegnę. Ale będzie radocha.

Chwilę trwało, zanim wszyscy dotarli. Byli niezadowoleni, że Złoty ich zwołuje po kolejnym ciężkim dniu pracy przy wydobywaniu i czyszczeniu orzechów. Szczególnie nastrój im się pogorszył, jak zobaczyli Rudą.

A ona czego znowu od nas chce?

Spokój, proszę o spokój. Ruda chce wam coś powiedzieć – rozpoczął Złoty.

Wkoło rozszedł się pomruk niezadowolenia.

Wybaczcie, że poprosiłam Złotego, aby was wszystkich tutaj zwołał. wiem, że ciężko pracowaliście kolejny dzień. Ale mam wam do powiedzenia coś bardzo ważnego. Przede wszystkim chcę was wszystkich przeprosić.

To po to nas tu wezwałaś? – odezwały się głosy niezadowolenia. – Chodźmy stąd.

Cisza, dopuście ją do głosu. Chyba tyle możecie zrobić! – zdenerwował się Złoty.

Chciałam wam powiedzieć – kontynuowała niezrażona Rudka – że dzisiaj odbyłam długą wyprawę. Okazało się, że w zachodniej części lasu nie było żadnej powodzi. Ale to nie wszystko. Mam tam stary magazyn z ubiegłej jesieni.

Chcesz się pochwalić, czy znowu nam pożyczać? – odezwał się jakiś głos.

Dajcie spokój! – wrzasnął Złoty.

Chcę wam wszystko rozdać – powiedziała jednym tchem Ruda. – Rozdać za darmo.

Zapadła cisza jak makiem zasiał. Kompletna cisza, jakby na polanie nie było nikogo.

Jak to? Tak całkiem za darmo? Bez oddawania? Nawet jeden za jeden? – zapytał ktoś.

Tak, całkiem za darmo. Zapasów jest tyle, że spokojnie wystarczy dla wszystkich na całą zimę.

Rozległy się wiwaty i gorące brawa.

Ruda stała wzruszona.

A Złoty szczęśliwy, bardzo szczęśliwy.

Wiesz, Rudzia, ja zawsze wierzyłem, że ty się kiedyś zmienisz, bo...

Tak, Złoty, co chcesz mi powiedzieć?

Bo ja cię zawsze kochałem i bardzo chciałbym, żebyśmy byli… i nie dokończył, bo Ruda rzuciła mu się na szyję.

Tak, Złoty! Tak! Ja też tego chcę.

A wiewiórki zaczęły wołać:

Złoty! Rudka! Złoty! Rudka!

Jednak można cofnąć czas – pomyślała z rozrzewnieniem wiewiórka. – Znowu dla nich jestem Rudką. Odnalazłam drogę do ich serc, ale tylko dlatego, że najpierw odnalazłam drogę do swojego serca. Wszystko jest tak, jak powiedziała Sowa. Jestem bardzo szczęśliwa… Żadne bogactwo nie zastąpi przyjaciół. To oni w życiu są najważniejsi. – Rudka uśmiechnęła się do swoich myśli, czule przytulając się do ukochanego.

***

*Jadwiga Marzec – urodzona w 1958 roku w Makowie Podhalańskim, od 1977 roku związana z Nowym Sączem, pedagog. Autorka i organizatorka wielu projektów i programów skierowanych do młodzieży z rodzin dysfunkcyjnych. W 2001 roku zdobyła I nagrodę w konkursie dziennikarskim ogłoszonym przez Międzynarodowy Magazyn „Obyczaje”. Po przejściu na wcześniejszą emeryturę realizuje swoje marzenia z dzieciństwa. Pisze wiersze, fraszki, bajki, opowiadania dla dzieci. Członek Sadeckiego Klubu Literackiego. Jej utwory były publikowane w wielu wydaniach zbiorowych. W Almanachu współczesnej bajki polskiej w 2015 „Bajka o samotnej sośnie” i 2016 r „Prawdziwy sen”, Almanachu fraszki polskiej – 2016 r., Kalejdoskopie opowiadań – 2017 r. wydanie polsko-słowackie „Przygody wiewiórki Rudki”, Antologii literackiej wydanej z okazji Jubileuszu 300-lecia Koronacji Cudownego Obrazu M.B. Częstochowskiej - 2017 r. „Maryja, którą noszę w sercu” oraz Antologii literackiej „Pasterz niosący nadzieję” z okazji 40-lecia Pontyfikatu JP II „Zanim został święty”.

Zadebiutowała książką dla dzieci (2017 r.) „Niezwykły tydzień Frani”, która przyniosła jej wyróżnienie w wyniku głosowania czytelników portalu Sadeczanin.info w Konkursie o Nagrodę im. ks. prof. Bolesława Kumora. W 2018 roku ukazała się jej druga książka, tym razem skierowana do dojrzałego czytelnika „Marzenia nie liczą lat” – biografia sądeckiej malarki Grażyny Kulig. W październiku (2018r.) zdobyła II miejsce w kategorii „poezja” w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim i Literackim im ks. Józefa Jamroza Kapłana Męczennika „O autentyczną wiarę”. Wybrane wiersze jej autorstwa znalazły się w publikacji zbiorowej Almanachu Sądeckiego Klubu Literackiego „Na szlakach poezji” (2018 r.).

Maluje i fotografuje amatorsko, jest członkiem Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Nowym Sączu, bierze udział w wystawach zbiorowych. W październiku ub. r. miała miejsce jej pierwsza indywidualna wystawa zatytułowana „Poszukiwania amatorki”.

Za działalność literacką w 2018 r. otrzymała Nagrodę Starosty „w uznaniu szczególnych zasług na rzecz upowszechniania kultury regionalnej i poezji”.

 

WIŚNIAMAŁALIP

Wypowiedz się w tej sprawie