Wybory 2019. Strategia wielu grzybów w barszczu

No i już wszystko jasne. W okręgu wyborczym nr 14 mandat poselski zdobyli:

Arkadiusz MULARCZYK - 72 660 głosów, Barbara BARTUŚ - 23 468, Edward SIARKA - 21 561, Anna PALUCH - 20 908, Wiesław JANCZYK - 16 305, Andrzej GUT-MOSTOWY - 12 437, Jan DUDA - 11 579, Patryk WICHER - 10 900 (wszyscy Prawo i Sprawiedliwość), Jagna MARCZUŁAJTIS-WALCZAK - 21 968 (Koalicja Obywatelska), Urszula NOWOGÓRSKA - 11 499 (Polskie Stronnictwo Ludowe). Senatorem został Wiktor Durlak - 107 119 (PiS).

Prezydent w tekście

***

„Niespodzianek jak na lekarstwo” – pisze kilka stron dalej, politolog i historyk profesor Rafał Matyja. Zgoda, nic szczególnego nas w tych wyborach – przynajmniej w okręgu 14 – nie zaskoczyło. Drobne roszady w składzie naszej delegacji na Wiejską, to rzecz normalna. Zasadniczo jednak układ sił w regionie ani drgnął. Najciekawsze jest to, że liderzy poszczególnych formacji zupełnie inaczej interpretują te same wyniki. Widać wymowa chłodnych liczb nie jest tak bezemocjonalna jakby się mogło wydawać. Z wynikami wyborów jest trochę jak z analizą wiersza na lekcji polskiego. Ilu omawiających tyle interpretacji.

 

***

Emocji zatem nie było. Jakiejś emocje mogła jedynie budzić wewnętrzna rywalizacja kandydatów Prawa i Sprawiedliwości, gdzie przytłaczająca większość osób zgromadzonych na liście zgłaszała aspiracje parlamentarne. Lista Koalicji Obywatelskiej przeciwnie. Już w pierwszym czytaniu sprawiała wrażenie, jakby KO planowała oddać te wybory walkowerem. Jeśli poranne radio głowiło się (głowami swoich gości), czy partia Grzegorza Schetyny dobrze poprowadziła kampanię, to na Sądecczyźnie mamy gotową analizę tej sytuacji. Anonimowość większości kandydatów sugerowała, że reprezentacja skompletowana została przypadkowo i przypominała wewnętrzną łapankę telefoniczną. Potwierdzają to zresztą wyniki większości kandydatów. W niektórych przypadkach mogłyby okazać się niewystarczające, by skutecznie konkurować o miejsce w jakiejś radzie gminy. Jeden z kandydatów podjął się nawet ambitnego zadania, by osiągnąć najsłabszy wynik w całej stawce (odwróć tabele, Pachniowski na czele). Niestety minimalnie pokonała go kandydatka Konfederacji, której nie udało się zniechęcić do głosowania na siebie aż 64 osób. Co za pech.

 

***

Argument, że kandydaci Koalicji Obywatelskiej dysponowali nieporównywalnie skromniejszymi środami na kampanię niż konkurenci z PiS, jest pewnie prawdziwy, ale tylko do pewnego stopnia. Czasami do remisu z Barceloną wystarczała sama ambicja, nawet jeśli cała twoja drużyna kosztowała tyle, co rękawice ich rezerwowego bramkarza. O wyniku meczu Dawida z Goliatem nie będziemy tu nawet wspominać, bo ówcześni bookmacherzy (gdyby już przyjmowano zakłady) poszliby z torbami. Pożartowaliśmy. Jak jednak wytłumaczyć fakt, że o wielu osobach z listy Koalicji nie potrafimy powiedzieć kompletnie nic. Przeciętnemu zaś wyborcy przez ostatnie tygodnie nie trafiła w ręce nawet jedna ulotka mogąca rzucić choć odrobinę światła w tę anonimowość. Nic, cisza, nikt ich nie widział, nie słyszał o nich, więc po co była ta lista? Jeśli Koalicja – a ściślej Platforma Obywatelska – planuje zaangażować analityków do prześwietlenia swoich wyborczych dokonań, to najlepiej wysłać ich na badania do Nowego Sącza. W regionie nazywanym „matecznikiem PiS” wystawiła drużynę, której jakiś selekcjoner w szatni powiedział, że ich gra i tak nie ma znaczenia, bo ten mecz przegrany jest w szatni, czyli przed kampanią. Tak nie motywuje się nawet szkolnej drużyny koszykówki.

 

***

Prawo i Sprawiedliwość zastosowało dokładnie przeciwną taktykę. Rzuciło do walki nadmiar kandydatów z ambicjami, czyli trochę w myśl starej zasady definiującej przeciwników: wróg, śmiertelny wróg, kolega partyjny. Najwyraźniej ktoś tam odrobił zadanie domowe, które kazało zapamiętać, że w przydzielaniu mandatów ciągle obowiązuje w Polsce metoda d'Hondta. Ta zaś jasno mówi, że lista jest najważniejsza. W całkiem niedawnej przeszłości widywaliśmy „na czternastce” kozaków, którzy indywidualnie wykręcali świetny wynik, ale reszta towarzystwa na liście potrafiła wycisnąć ledwie po kilkaset głosów (patrz obecny wynik KO) i cały wysiłek szedł na marne. To planowa porażka. A metoda d'Hondta jest klasycznym Paragrafem 22 – dziwaczną metodę premiującą największych może zmienić tylko… największy gracz. A największy gracz nie ma w tym żadnego interesu. A przecież zawsze ktoś będzie największy.

 

***

Lista PiS była tak skonstruowana, by suma ambicji poszczególnych kandydatów dawała wynik przede wszystkim drużynie, a kto z tej drużyny znajdzie się w Sejmie, to sprawa odrobinę jakby drugorzędna. Bo czy ktoś dzisiaj zauważy, że z parlamentu znika poseł Józef Leśniak? Być może wielu wyborców PiS już nawet nie pamięta, że kiedykolwiek tam był. Idealną ilustracją strategii – nazwijmy ją roboczo – wielu grzybów w barszczu, jest wystawienie Grzegorza Biedronia – rok temu rekordzisty w ilości głosów w wyborach do Sejmiku Wojewódzkiego. I choć Biedroń teraz mandatu nie ma, to jednak sam zdobył więcej głosów niż 15 (słownie piętnastu) kandydatów Koalicji razem. Oczywiście był on też wewnętrzną konkurencją dla byłego ministra Wiesława Janczyka, ale nawet podręcznik dla początkujących trenerów podpowiada, że najlepiej mieć w drużynie kilku bramkostrzelnych napastników. Niech między sobą rozstrzygną, który skutecznością zasługuje na miejsce w pierwszym składzie. Natura sama podpowiada takie rozwiązania – wrzucamy kilkunastu osobników o cechach liderów do koszyka, oni między sobą walczą, a posłami zostają najsilniejsi.

 

***

Największy wygrany? Arkadiusz Mularczyk, który po trudnych dla siebie dwunastu miesiącach zgarnął główną wygraną, choć całkiem niedawno nawet w partyjnych szeregach dało się słyszeć wątpliwości na temat przyszłości jego politycznej kariery. Teraz, gromadząc ponad 70 tys. głosów Mularczyk ponownie zgłasza aspiracje do liderowania lokalnym strukturom partii. No, ale to już sprawa do dyskusji na niedaleką przyszłość dla partyjnych przywódców.

Największy przegrany? Andrzej Czerwiński. Mówiąc górnolotnie w niedzielę 13 października 2019 domknęła się w Nowym Sączu pewna polityczna epoka z Czerwińskim w roli głównej. Na ile wynik listy KO obciąża go osobiście – rozstrzygną pewnie partyjne albo koalicyjne gremia. Na pewno jednak na polityczną emeryturę przechodzi osobowość nieprzeciętna. Przez ponad 20 ostatnich lat odcisnął on wyraźne piętno na rozwoju Nowego Sącza i regionu. I nawet suma, a może kumulacja, taktycznych błędów politycznych Andrzeja Czerwińskiego nie powinna przesłonić jego dorobku jako – kolejno - prezydenta Nowego Sącza, posła wielu kadencji, ministra skarbu.

 

***

Wszystko na to wskazuje, że na polityczną emeryturę przechodzi również Stanisław Kogut. Dla najmłodszych wyborców to był zresztą synonim. Gdyby wystartowali w Familiadzie, to na hasło „senator” rzucone przez Karola Sztrasburgera - 99 procent miała jedno skojarzenie: Kogut. Ale to już historia, choć przez kilka ostatnich tygodni mogło się wydawać, że społeczna skala poparcia dla kolejarskiego związkowca ze Stróż będzie jednak silniejsza od partyjnego szyldu konkurenta.

Życie, polityczne przede wszystkim, nie znosi jednak próżni i w miejsce schodzących ze sceny liderów, pojawiają się nowi. Z całą pewnością nie jest to jeszcze pokoleniowa wymiana elit, której od lat bezskutecznie wypatruje profesor Matyja, ale nowościami odrobinę powiało. Trudno do nowej fali zaliczyć jeszcze senatora Wiktora Durlaka, bo na razie stoi w miejscu, gdzie go postawiono. Ale już wynik Jakuba Bocheńskiego (Lewica) i Andrzeja Skupnia (Konfederacja) – choć mandatów nie zdobyli – powinien dawać obecnym liderom co najmniej do myślenia. Na to myślenie za dużo czasu nie będzie, bo zacząć reagować trzeba już w przyszłym tygodniu. Za cztery lata może być za późno.

I na koniec zdanie o mniejszych wygranych tych wyborów, nazwijmy ich „wygranych przy okazji”. W miejsce Wichra i Nowogórskiej do Sejmiku Małopolskiego wchodzą: marszałek Witold Kozłowski oraz Stanisław Pasoń.

TRADYCJATEXT

Wypowiedz się w tej sprawie