Rozmowa z Izabelą Szafrańską - piosenkarką

- Spotykamy się i rozmawiamy w Warszawie. Stolica to konieczność, wybór, życiowa szansa, czy inny powód?

- Od pół roku mieszkam w Warszawie. Pochodzę z pięknej i malowniczej miejscowości Lipnica Wielka, położonej na Sądecczyźnie. Wychowałam się na wsi, gdzie nie ma wielu mieszkańców. Moja rodzina od pokoleń była aktywna muzycznie. Zaczęłam śpiewać i tańczyć w wieku 5 lat, moi rodzice i ja sama dążyłam do tego, by scena była moim drugim domem. W zasadzie teraz moja pasja przerodziła się w coś, bez czego nie mogę żyć, jest to nieodzowna część mnie. Na scenie śpiewam o tym co czuję, przekazuję emocje moim odbiorcom i po prostu daję całą siebie. Jest to pewnego rodzaju symbioza. Ja dla nich, oni dla mnie. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze.

Warszawa jest ogromnym miastem.  Szeroko rozumiana sztuka jest tu niesamowicie rozwinięta i prężnie działająca. Na początku przerażała mnie wielkość i pęd tego miasta, natomiast myślę, że Warszawa da się lubić i jest to kwestia przyzwyczajenia i priorytetów. Tak naprawdę do Warszawy przeprowadziłam się przed programem The Voice of Poland, to był mój wybór i pewne ryzyko. Wtedy czułam, że rzuciłam się na głęboką wodę. Owszem miałam tutaj część rodziny, ale nie znałam prawie nikogo, kto pomógłby mi rozwinąć skrzydła w świecie muzycznym. Traktuję ten czas na pewno jako życiową szansę i większą możliwość rozwoju. Jestem ambitną i pracowitą osobą, więc Warszawa jest dobrym miejscem, abym pięła się coraz wyżej. Owszem tęsknię za domem, ale zawsze staram się tutaj promować Sądecczyznę, mówić o swoim pochodzeniu i przynależności do Zespołu Regionalnego Pieśni i Tańca Lipniczanie (czasami wykonuję piosenki, które pochodzą z naszego regionu), miło też wspominam Miejski Ośrodek Kultury w Nowym Sączu, do którego uczęszczałam, więc emocjonalnie nadal jestem związana ze swoją małą ojczyzną - Sądecczyzną.

- Kiedy występowałaś w telewizyjnych programach muzycznych pojawiały się głosy typu: To wielki talent, przyszła polska gwiazda, „nasza” Celine Dion. Emocje minęły, zgasły flesze reflektorów. W jakim jesteś teraz miejscu?

- Tak, program zakończył się, ale myślę, że emocje nadal są we mnie. Udział w programie to była niesamowita przygoda, doświadczenie, ale i ciężka praca. Aktualnie cały czas koncertuję, dbam o relacje z fanami, których ciągle przybywa. Na pewno jest większe zainteresowanie moją osobą, co bardzo mnie cieszy. Porównanie mnie do Celine Dion to ogromne wyróżnienie, bo przecież Celine jest ikoną muzyki! Jest wielką Artystką i moją pierwszą inspiracją muzyczną. Mogę śmiało powiedzieć, że niedawno odkryłam siebie na nowo i jestem w połowie drogi do sukcesu. Sukces w tym przypadku nie oznacza wielkiej sławy i kariery, choć wiadomo każdy muzyk o tym marzy, ale sukces oznacza szczęście i życie w zgodzie z samym sobą. Oczywiście inni ludzie, z którymi na co dzień żyjemy i obcujemy, powinni być bardzo ważni, natomiast najważniejszą rzeczą, którą stosunkowo niedawno odkryłam i której się uczę, to właśnie zadbanie o samą siebie i o swoje potrzeby. Jeżeli człowiek nie będzie szczęśliwy w sobie i ze sobą, nie da szczęścia innym - to prosta zasada.

- Materiał na płytę gotowy? Co się na niej znajdzie?

- Materiał nie jest jeszcze gotowy, na razie współpracuję z wieloma kompozytorami i autorami tekstów. Powoli zbieram materiał. Nie chcę, żeby to było nieprzemyślane czy chaotyczne. Wydanie płyty to jedno z moich największych marzeń i najbliższych planów. Jest to ogromny nakład finansowy, więc szukam sponsorów, którzy chcieliby mi pomóc. Wierzę, że w najbliższej przyszłości uda mi się osiągnąć wymarzony cel!

- Co się stało z El Saffron, który zakładałaś? Postawiłaś na indywidualną karierę odstawiając na bok współpracę z siostrami?

- Przygoda z El Saffron to jedno z najcudowniejszych przeżyć w moim życiu. Uwielbiałam ten zespół, tę muzykę.  Po programie telewizyjnym Must Be The Music sporo koncertowaliśmy po całej Europie. To był piękny czas, ale jak wiemy, wszystko co dobre kiedyś się kończy albo zamienia w coś innego. Kiedyś wydawało mi się, że nasze siostrzane trio jest nierozerwalne, ale życie pisze różne scenariusze. Każda z nas jest inna, ma swoje priorytety, upodobania i inną wrażliwość. Siostry wyleciały do USA, gdzie aktualnie pracują. Czasem je odwiedzam i razem koncertujemy. Realizuję wiele projektów muzycznych, ale nie zapomniałam o muzyce sefardyjskiej, która niezwykle mnie ukształtowała, ciągle wykonuję tę muzykę, ale już z innymi muzykami. Jestem jednak przywiązana do naszego kraju - owszem, bardzo lubię Stany Zjednoczone, kiedyś nawet zamierzałam tam zamieszkać, ale nie wszystko da się zaplanować. Życie mocno zaskakuje. Jestem osobą, która idzie za ciosem, poszukuje nowych rzeczy i chce się rozwijać. Więc nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

- Ciężko znaleźć Ciebie w plotkarskich magazynach, to znaczy, ze jesteś ustabilizowana kobietą, która nie chodzi po klubach, wiedzie spokojne, domowe życie? Trochę to dziwny obraz jak na warszawskie życie?

- O dziwo nigdy nie byłam jakąś wielką „imprezowiczką”. Choć warszawskie nocne życie kusi, to jednak staram się wykorzystać ten czas większej popularności na coś bardziej wartościowego i prawdziwego. Nie interesują mnie plotki, afery, skandale, czy bycie tzw. „celebrytką”. Absolutnie, nie! Taki pomysł na życie jest dobry na chwilę, a ja jednak myślę trochę ambitniej i przyszłościowo. Czasami bycie częścią tego muzycznego świata nie jest łatwe. Toczy się tam walka o przetrwanie i popularność, jednak nie wolno zapominać o pokorze, znając przy tym własną wartość. Tak naprawdę sama zapracowałam na to, gdzie jestem i kim teraz jestem. Czeka mnie jeszcze dużo ciężkiej pracy, ale też z pewnością wiele wspaniałych chwil. Kocham być na scenie, kocham śpiewać dla ludzi. Staram się żyć spokojnie, chociaż z moim temperamentem i charakterkiem nie jest to takie proste.  Dbam również, aby nie mówić zbytnio o swoich prywatnych sprawach, choć jest to trudne - nie ukrywam. Wynika to z tego, że jestem bardzo ufną i otwartą osobą, ale w plotkarskich magazynach raczej mnie nie znajdziecie.

 - Na pewno jest jakaś anegdota, coś ciekawego związanego z Twoja karierą. Podziel się...

- Było wiele takich zabawnych sytuacji. Przykładowo, jadąc pociągiem na koncert do Białegostoku czułam, że jestem obserwowana przez grupę kibiców pewnego klubu piłkarskiego. Bardzo się przestraszyłam i udawałam, że tego nie widzę. Jednak po chwili podszedł do mnie jeden z mężczyzn - prawie zamarłam, bo byłam pewna, że wyniknie z tego jakaś awantura. Mężczyzna zadał mi pytanie: „Czy to nie Ty przypadkiem wygrasz The Voice of Poland?”. Wybuchnęłam śmiechem i odetchnęłam z ulgą.  Nowo poznany kolega wyjaśnił mi, że byłam na celowniku, ponieważ grupa rozpoznała mnie, chciała zrobić sobie ze mną zdjęcie i chwilę porozmawiać. Oczywiście cały przedział już wiedział, że jestem uczestniczką The Voice of Poland i niebawem mam kolejny etap na żywo. Druga, nieco wstydliwa dla mnie sytuacja, przydarzyła się pod koniec naszego siostrzanego koncertu świątecznego, kiedy to składałam życzenia noworoczne wszystkim gościom przybyłym na nasz koncert. Zestresowana, zamiast życzyć „Szczęśliwego Nowego Roku”, życzyłam wszystkim „Szczęśliwego Nowego... Życia! Oczywiście publika była zachwycona i rozbawiona, a ja wtedy myślałam, że ze wstydu zapadnę się pod ziemię.

Fot. Z arch. I. Szafrańskiej

 

Okna i drzwi

Wypowiedz się w tej sprawie

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w Polityce prywatności oraz regulaminem, dostępnymi na stronie internetowej.