Na Jersey trudne tematy zamiata się pod dywan

Rozmowa z Ewą Winnicką i Dionisiosem Sturisem, autorami reportażu „Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey”. Książka właśnie się ukazała nakładem Wydawnictwa Czarne.

- Sprawa morderstw na wyspie Jersey, których dopuścił się sądeczanin, obiegła media na całym świecie. Czy to jej medialność sprawiła, że postanowiliście głębiej do niej sięgnąć?

Dionisios Sturis: - Nie. Oboje z Ewą już wcześniej zajmowaliśmy się zawodowo emigracją. Oboje napisaliśmy książki o Polakach mieszkających w Wielkiej Brytanii i na Wyspie Man. Jersey również było na naszym radarze. Tragiczna zbrodnia, do jakiej doszło na tej maleńkiej wyspie, jest tylko punktem wyjścia do szerszej opowieści właśnie o tym, jak radzą sobie imigranci – lub jak sobie nie radzą.

Ewa Winnicka: - To co się stało, było trudne do zrozumienia i do zaakceptowania. Jak zawsze, kiedy ofiarą padają dzieci. Dlatego spróbowaliśmy się tej sprawie przyjrzeć.

- Nosiliście się od razu z zamiarem napisania książki? Jak długo nad nią pracowaliście?

DS: - Jechaliśmy na Jersey, żeby napisać książkę, ale nie mieliśmy w głowie gotowej historii. Chcieliśmy dokładnie sprawdzić wszystkie aspekty tej sprawy – wątek kryminalny i sądowy, społeczne i historyczne tło, warunki, w jakich funkcjonują emigranci. Spędziliśmy na wyspie sporo czasu, poznaliśmy zarówno wielu wyspiarzy, jak i licznych przybyszów z Polski i chętnie słuchaliśmy ich opowieści, które często były skrajnie różne.

EW: - Pierwszy raz pojechaliśmy na Jersey jesienią 2014 roku.

- Co wiedzieliście o wyspie Jersey, zanim trafiliście tam jako reporterzy? Co możecie o niej powiedzieć teraz?

DS: - Wiedzieliśmy, że to zamożny raj podatkowy, miejsce ciche i spokojne, które chętnie wybierają bogacze, żeby ukryć swoje majątki i uniknąć płacenia podatków. Zakładaliśmy też, że jest bajkowo pięknie. I nie zawiedliśmy się. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że Jersey to raj. Ale to tylko fasada. Dowodem jest historia, którą opisujemy w książce i trudności, z jakimi muszą się mierzyć imigranci, a także potworny skandal, który wybuchł na kilka lat przed zbrodnią Polaka – okazało się, że w miejscowych sierocińcach przez całe dekady dochodziło do molestowania i maltretowania dzieci. Wszystkie te tematy są dla wyspiarzy trudne i przez to zamiatane pod dywan, bo lokalnym władzom zależy przede wszystkim na zachowaniu nieskazitelnej reputacji – jeśli zabraknie renomy, zabraknie też bogatych inwestorów.

EW: - Jako dziecko zza pleców rodziców oglądałam serial „Bergerac”, o wychodzącym z nałogu dzielnym policjancie, którego grał John Nettles. Miejscem akcji była ta wyspa. Piękna. Serial zaludniali elegancko ubrani bogacze na białych jachtach, z kieliszkiem szampana w dłoni. Taki obraz wyspy Jersey bywa prawdziwy, ale prawdziwe są również bezkresne pola ziemniaczane, na których niemal niewolniczo pracują Polacy.

- Jakie mieliście wyobrażenie o tym, co się wydarzyło, zanim zaczęliście badać sprawę? Jak Wasze odczucia, domniemania zmieniały się wraz z przesłuchiwaniem kolejnych taśm z rozprawy, rozmów z rodziną, świadkami?

EW: - Nie miałam żadnych oczekiwań, nie wiedziałam czego się spodziewać.  Wiadomo było tylko to, że ważny był nie tylko moment zbrodni, lecz także wszystko to, co działo się przed nią.

DS.: - Dla mnie wielkim zaskoczeniem były różne aspekty procesu Damiana Rzeszowskiego. Sąd na Jersey udostępnił nam materiały z rozprawy – przesłuchaliśmy dziesiątki godzin nagrań. Ale zamiast odpowiedzi, pojawiały się kolejne pytania. Bardzo nas dziwiło, że proces, koniec końców, sprowadzał się do batalii biegłych psychiatrów, którzy kłócili się o to, czy oskarżony był poczytalny czy nie, czy nie kłamał, gdy mówił, że słyszał głosy. Psychiatrzy robili, co mogli, by udowodnić, że mają rację, ale za to na sali rozpraw zabrakło miejsca dla ważnych świadków – między innymi krewnych i znajomych sprawcy i ofiar, którzy mogliby rzucić na sprawę inne światło.

- Czy i jak zmieniło się podejście do Polaków na wyspie Jersey po tragedii?

DS: - Tuż po zbrodni kilka osób usłyszało, że wszystkich Polaków należałoby wpakować na statek i odesłać, skąd przypłynęli. Ale ksenofobiczne postawy stanowiły zaledwie margines. Wyspiarze także przeżywali żałobę, brali udział w ekumenicznej mszy i minutach ciszy, składali polskim sąsiadom czy przyjaciołom kondolencje, pomogli zebrać pieniądze na kremację ciał i transport urn do Polski. Dla nich to był szok, że coś podobnego mogło się zdarzyć na ich rajskiej, bezpiecznej wyspie. Tłumaczyli to nie narodowością sprawcy, a jego chorobą psychiczną. Uznali – nie zwracając większej uwagi na sądowe spory psychiatrów – że Damian Rzeszowski po prostu był chory psychicznie i dlatego chwycił za nóż.

EW: - Zwykle tak sobie porządkujemy rzeczywistość. Jeśli popełnił zbrodnię - musiał być chory. Oczywiście w głębi serca wiemy, że nie tylko chorzy psychicznie zabijają.

- Rozmawialiście bądź przytaczacie opinie psychiatrów, które są rozbieżne względem poczytalności sprawcy tragedii. Czy pojawiły się w Was myśli, że to może sprawa dla egzorcysty? Tego wątku w książce nie ma, ale czy był w ogóle przedmiotem waszego zainteresowania?

DS: - Głosy – czyli omamy słuchowe, to jedne z możliwych objawów wytwórczych przy silnych zaburzeniach psychotycznych, na przykład przy bardzo głębokiej depresji. Sprawdzenie, czy występują, czy nie oraz poradzenie sobie z nimi, to kwestia wyłącznie dla psychiatrów. Choć coraz częściej jest to także narzędzie, którym chętnie posługują się prawnicy, by wywalczyć dla swoich klientów niższy wymiar kary. Bo skoro słyszeli głosy – tłumaczą w sądzie - musieli cierpieć na poważną chorobę, a wobec tego ich poczytalność była ograniczona lub zupełnie zniesiona. Taką linię obrony prezentował też obrońca Damiana Rzeszowskiego, on sam zaś w kwestii głosów wielokrotnie zmieniał stanowisko.

EW: - Próby wyjaśnienia sprawy przez wymiar sprawiedliwości nie obejmowały powołania egzorcysty. Natomiast na wyspie był człowiek z Polski, który zajmował się niekonwencjonalnym leczeniem schorzeń, w tym psychicznych. Niektórzy korzystali z jego usług, ponieważ nie mieli pieniędzy albo ubezpieczenia, żeby skorzystać z miejscowej standardowej służby zdrowia.

- Co zatem zdarzyło się na wyspie Jersey?

DS: - Na Jersey – w rodzinie polskich imigrantów - doszło do wielkiej tragedii: w ciągu niespełna piętnastu minut od ciosów nożem zginęło sześć niewinnych osób. Sprawca próbował popełnić samobójstwo, jednak lekarzom udało się go uratować. Tyle wiemy na pewno.

EW: - Rodzina miała problemy, których nie potrafiła rozwiązać. Zdecydowała się zamieszkać w kraju, w którym na to, żeby zostać rezydentem, czeka się pięć lat. Nie mogła liczyć na skuteczną pomoc.

To była zwykła, kochająca się rodzina. On ciężko pracował, ona zajmowała się dziećmi. „Co się stało, że zabił?” – krzyczały pierwsze strony gazet, a obok dramatycznych tytułów pojawiały się zdjęcia atrakcyjnej blondynki i młodego mężczyzny. Mężczyzny, który tuż po niedzielnym grillu zabił nożem sześć osób, w tym dwoje swoich dzieci i jedno przyjaciół. Zbrodnia, której dopuścił się Damian Rzeszowski w piękne niedzielne popołudnie przy zacisznej ulicy Victoria Crescent, zelektryzowała nie tylko brytyjską wyspę Jersey, ale też całe Zjednoczone Królestwo. I przyznać trzeba, że nie poprawiła wizerunku polskiego emigranta.

Ewa Winnicka i Dionisios Sturis w Głosach próbują odpowiedzieć na to dręczące pytanie: co się stało, że zabił?

Wyd. Czarne

Fot. Mikołaj Starzyński

BRW1

Wypowiedz się w tej sprawie