Rozmowa z Moniką Wojtoń-Perz – wolontariuszką Fundacji ASBIRO

- ASBIRO brzmi jak jakiś tajemniczy skrót. Możemy go rozszyfrować?

- ASBIRO to prywatna szkoła dla przedsiębiorców, która jakiś czas temu otworzyła fundację wspomagającą dzieci w stolicy Zambii Lusace, przy współpracy z misjonarzem ojcem Jackiem Gniadkiem.

ks

- Dlaczego właśnie w Zambii?

- Moja droga do pomocy w Afryce była skomplikowana. Zawsze chciałam coś zrobić dla kogoś, natomiast szukałam przez jakiś czas swojej drogi. Wiedziałam, że aby coś zrobić, potrzebny jest czas i pieniądze, więc otworzyłam firmę, która po kilku latach pomogła mi troszeczkę ten cel zrealizować. Nie mówmy o wielkich pieniądzach, tylko o funduszach, które pozwoliły m.in. na wyjazd do Afryki - do Kenii. Był to wyjazd turystyczny, cztery lata temu który zmienił całkowicie moje życie. W Kenii zobaczyłam tę prawdziwą Afrykę, jakiej wcześniej nie znałam.

- Wychodzi się na Kilimandżaro i z tego Kilimandżaro widać więcej? Widać afrykańską biedę? Wcześnie się Pani poruszała szlakami dla turystów, dla tych „mzungu” - dla białych.

- Będąc wcześniej w Afryce, w RPA, widziałam zupełnie inną Afryka. Białą Afrykę. I do takiej Afryki postanowiłam powrócić turystycznie. W drodze na to przysłowiowe Kilimandżaro, poprosiłam kierowcę, żeby zatrzymał się w jakiejś szkole przy drodze. Miałam trochę rzeczy dla dzieci – ołówki, przybory szkolne. Wiedziałam, że tak wypada, że tak się przyjęło, że biały przywozi coś do Afryki dla tych biednych dzieci... Teraz się tego wstydzę, bo dawanie takiego przysłowiowego lizaka nie pomaga. ale wtedy tak to wyglądało. I tutaj zaczyna się moja historia. Weszłam z klimatyzowanego samochodu pełnego włoskich turystów do szkoły. A tam siedzą dzieci w „chatce Puchatka”, tak to nazywam do dzisiaj, na dwóch deskach, nie mając kartki papieru, nie mając ołówków. Po prostu siedzą. Dwadzieścia dzieciaków w różnym wieku, do tego nauczycielka i tablica. Nagle wstają i śpiewają mi piosenkę „God bless you” czyli „Niech ci Bóg błogosławi”… Za te kilka ołówków. I wtedy cały mój światopogląd się załamał (…)

- To było tych pięć minut, które zmieniły Pani życie?

- 10-15 minut, które zmieniły moje życie. Chciałam stamtąd wyjść jak najszybciej, bo nie byłam w stanie tego emocjonalnie unieść.

- Ta wizyta w szkole popsuła Pani dobrze zapowiadającą się wycieczkę?

- Nie chciałabym tego słowa użyć, ale powiedzmy tak: już do końca wyjazdu nie mogłam się otrząsnąć z tego, co zobaczyłam. Trochę zaczęłam ten wyjazd zmieniać i poprosiłam o wyjazd taki prywatny, dalej od hotelu.

- To wtedy podjęła Pani decyzję: wrócę tu w innym charakterze?

- Ktoś z tej szkoły poprosił mnie o pieniądze, bo przeciekał im dach zrobiony z liści palmy czy trawy. Nie jestem osobą, która od razu daje i w ten sposób pomaga. Wzięłam więc od nich adres, dogadałam się z kierowcą Safari, żeby zapamiętał, w jakim miejscu jesteśmy i podtrzymywałam z nim znajomość, żeby pomóc tej szkole później. Jak obiecałam, tak zrobiłam.

- Wtedy wpadła Pani na pomysł, żeby założyć fundację?

- Wtedy zaczęłam działać sama i otworzyłam własną fundację niezwiązaną z Zambią tylko właśnie z Kenią. Zaczęłam pomagać tej szkole, zbierając pieniądze w Polsce i wysyłając je tam. Raz w roku sprawdzałam, czy te pieniądze są odpowiednio wydawane i czy szkoła otrzymuje to, co chciałam. Pomagał mi w tym ten ów kierowca. Potem odwiedziłam tę szkołę dwa razy. Z czasem uświadomiłam sobie, że to jest pomoc doraźna, tzw. dawanie ryby...

- I wtedy Pani pomyślała, że trzeba zmienić formę tej pomocy i wysłała im Pani wędkę?

- Wtedy poszukiwałam tego, jak to zrobić. Tak natrafiłam w internecie na ojca Jacka Gniadka, który współpracował z fundacją ASBIRO. Z ojcem Jackiem pojechałam pierwszy raz do Zambii jako wolontariusz. Była nas mała grupka, bo przyjechało też dwóch innych wolontariuszy – Wietnamczyk - Antoine, mój kolega z Anglii - Jarek, ja, i o. Jacek. Na miejscu ok. 30 tys. mieszkańców i ja jedna biała.

- Bardzo się Pani wyróżniała…

- Bardzo, ale to jest troszeczkę przywilej. Idąc przez wioskę, zwraca się na siebie ogromną uwagę. Nawet dotknięcie białego w Zambii jest „na szczęście”. To jest trochę przerażające, a z drugiej strony śmieszne i miłe. I zawsze za tobą podąża grupka dzieciaków, może troszeczkę bojących się ciebie, bo jesteś tabu, „coś niesamowitego idzie”...

- Słowo „strach” nie padło jeszcze w tej rozmowie. Czy tam jest niebezpiecznie?

- Jeżeli chodzi o Zambię - nie. Zambijczycy są bardzo przyjaźni i otwarci. Kiedy byłam tam pierwszy raz, o. Jacek zostawił mnie na miesiąc samą, domek dla wolontariuszy przy szkole nie był jeszcze gotowy, więc mieszkałam u dyrektora w takim prawdziwym zambijskim domu - bez prądu, bez wody, bez sufitu. Bałam się (…)

- Czego?

- Nie czułam się do końca komfortowo fizycznie. Natomiast zrobiłam sobie w głowie taki rachunek, po co tu jestem. Uznałam, że oddam całą siebie, zajmę się pracą, dla której tutaj przyjechałam i nie będę myśleć o złych rzeczach. A przyjechałam tam po prostu pobyć z dziećmi, nauczyć je czegoś. I przyjechałam z piętnastoma laptopami, bo chciałam tam otworzyć salę komputerową. W szkole akurat, jak zapłaciłam, był prąd, więc mogłam lekcje z informatyki przeprowadzić.

- Wtedy odpowiedziała Pani sobie na pytanie: po co tu jestem i co tutaj robię?

- To pytanie cały czas mi towarzyszyło... Do odpowiedzi dochodzi się po powrocie. Jak szybko chciałam stamtąd wracać do Polski, tak szybko chciałam powrócić do Zambii i zrobić coś więcej.

- Na czym polega „zamiana ryby na wędkę”?

- Ogólnie nasz projekt polega na tym, że wspieramy tę prywatną szkołę, ale to nie jest to samo co prywatna szkoła w Polsce. U nas się to kojarzy z luksusem. W Zambii jest zbyt mało państwowych szkół. Ojciec Jacek, który mieszkał kilka lat w Lindzie, poznał Johna - dyrektora szkoły, który miał setkę uczniów. Z jakiegoś powodu ludzie płacą mu te 10 dolarów miesięcznie, które są dużym procentem ich pensji, po to żeby te dzieci mogły się uczyć. I właśnie wspieramy tę szkołę.  Ale nie robimy tego poprzez wysyłanie pieniędzy dyrektorowi, to jest zasada. Po prostu tą wartością jesteśmy my jako wolontariusze, bądź to, co robimy dla szkoły: otworzyliśmy salę komputerową i bibliotekę.

- Musieliście mieć książki i komputery…

- Bardzo trudno jest zbierać pieniądze. Teraz to już wiem, więc staram się zbierać rzeczy, które mogę wykorzystać. Po prostu zamieszczam na Facebooku ogłoszenie: szukam używanych komputerów. Z czasem to grono wolontariuszy się powiększa, i grono naszych znajomych również. Więc pierwszy raz zebrałam tych laptopów około 15, używanych, ale nadających się, żeby nauczyć dzieci podstawowej obsługi. Podobnie było z książkami, zbierałam je również w Nowym Sączu i nie spodziewałam się aż tak dużego odzewu. To są książki po angielsku. Przeprowadzając lekcje z informatyki, a to jest taka podstawa z obsługi komputera, poczynając od nauki otwierania laptopa i włączania, wyjaśniania co to jest „enter”, dałam dziecku książkę, żeby przepisywało. Dzieci mamy dwadzieścia, a komputerów osiem, więc jedno dziecko ma czytać książkę, a drugie przepisywać. Okazało się, że one nie potrafiły tego zrobić.

- Dlaczego?

- Ponieważ  te dzieci nie mają dostępu do słowa pisanego... Tam nie było książek.

- Przyjechała biała kobieta, a afrykańskie dzieci pisały patyczkami na ziemi...

- Wcale nie pisały. Była kreda, miały zeszyty, ale nie miały książek. Jeżeli miał książkę, to nauczyciel i czasami przepisywał ją na tablicę, na której i tak nic nie było widać. Po prostu nagle mnie olśniło, że przecież one tak do końca nie potrafią czytać jak nasze dzieci w ich wieku, bo nie mają czego czytać. Nie mają gazet, książek.

- A po co im te komputery skoro nie mają prądu w domu?

- To nie jest tak. Slumsy to nie są chatki bez prądu. Natomiast komputera w domu nie mają. Nasza działalność jest po to, żeby te dzieci mogły wyrwać się biedy i dostać pracę w mieście. Mając podstawy obsługi komputera, mogą już być kelnerami. Miasto, które jest zaledwie 20 minut drogi od slumsów, to już jest inny świat. To są galerie, w których są restauracje, sklepy itd. Ojciec Jacek np. robił rekrutację do swojego przedszkola i zgłosiło się 20 nauczycielek, ale żadna z nich nie potrafiła nic napisać na komputerze, a każda jest po szkole średniej (…)

- Jest Pani w Lindzie jest najbardziej oczekiwanym gościem.

- Nie chcę za kogoś takiego uchodzić, ale jeżeli coś rozdajemy, to nie rozdajemy tego w stylu: „Chodźcie, biały przyjechał”. Raczej to John - dyrektor szkoły szuka takich osób, które są obdarowywane i nigdy nie robimy tego ostentacyjnie. Mam jedną rodzinę z Nowego Sącza, która w tym momencie opłaca szkołę dla trójki takich najbiedniejszych dzieci, których nie było ich stać na dalszą edukację.

- To jest duży wydatek?

- W zależności od klasy jest to koszt 10-18 dolarów za miesiąc. Akurat ta rodzina ma małe dzieci, dziewczynki, które straciły ojca i mama już nie była w stanie dalej płacić.

- Jakiś apel do sądeczan?

- Jeśli jest ktoś, kto chciałby pomóc w jakikolwiek sposób, czy to przez wyjazd, a jak najbardziej zapraszamy ludzi w każdym wieku, którzy znają język angielski i w jakiś sposób potrafiliby prowadzić na miejscu lekcje języka, czy jakieś inne kursy. I oczywiście szukam przedsiębiorców, którzy są na takim etapie, że mają już coś dla siebie, ale chcieliby się tym podzielić. Wszystko co trafia do mnie jest przekazywane do tych, którzy najbardziej nas potrzebują i o których nie możemy zapomnieć, bo te dzieci są naprawdę cudowne i warto im dać szansę w życiu.

 

Wykorzystano fragmenty nagrania dla Regionalnej Telewizji Kablowej

 

TRADYCJATEXT

Wypowiedz się w tej sprawie