Z pamiętnika Bejora - żółtodzioba

Drogi pamiętniczku! Byliśmy, zobaczyliśmy i... nie, nie zwyciężyliśmy, ale mimo wszystko medale dostaliśmy. Choć początkowo było sporo wątpliwości, to teraz z czystym sumieniem możemy stwierdzić: wszystko było warte tej niezapomnianej atmosfery!

Renault2

Nie biegamy. No, może czasem na autobus. Nie ćwiczymy, nie dbamy o swoją kondycję. Nawet nie spacerujemy zbyt często. Co prawda mąż pracuje fizycznie, a oboje jesteśmy strażakami ochotnikami, ale jednak bliżej nam do zwierząt kanapowych niż sportowców. Jednak, mimo wszystko, udało się! Dokonaliśmy tego - staliśmy się prawdziwymi Bejorami.

Niestety, lepszego zdjęcia na starcie nie zdążyliśmy zrobić 🙂

Pierwszy raz o ryterskim Biegu usłyszałam jakieś dwa miesiące temu. Wcześniej nie miałam pojęcia o istnieniu tej imprezy, a przecież organizowana jest corocznie od piętnastu lat. Pierwsza myśl - to nie dla mnie, nie dam rady, to prawie pięć kilometrów i to pod górkę...

Wtedy w redakcji padło hasło: chodźmy na bieg całą ekipą, będzie zabawnie. Właściwie, czemu nie? Skoro nie zależy nam na rewelacyjnych wynikach, to przecież możemy tę trasę po prostu "przetruchtać", albo nawet przejść. Motywacja była spora, bo i cel szczytny. XV edycja Biegu Bejorów miała charakter charytatywny - zbiórka funduszy na rehabilitację Tomka Brzeskiego, sportowca i najszybszego Bejora 2016 roku.

Kim jest Bejor? Według "Słownika gwary górali łąckich" jest to człowiek nierozsądny, bejdok, berys. Nawet pasuje.

Nasz redakcyjny Bejor-weteran fot. z arch. Iwony Kamieńskiej

Po głębokich przemyśleniach czwórka śmiałków (a właściwie "śmiałkiń") w tym jedna weteranka Biegu Bejorów i trójka żółtodziobów zdecydowała się reprezentować naszą redakcję. Dwie z nas postanowiły nawet zabrać ze sobą swoje drugie połówki. Sześcioosobowa ekipa? - całkiem nieźle.

Czasu do dnia Biegu było jeszcze sporo, więc pojawiły się wątpliwości i objawy podejścia "nie chce mi się". Tak mijał dzień za dniem, aż pewnego pięknego wieczoru pojawiła się informacja: internetowe zapisy trwają jeszcze tylko trzy godziny!

Pora na decyzję: idziemy? - idziemy. Rejestrować? - rejestrować.

Tuż przed zakończeniem zapisów pojawiliśmy się na liście startowej, jako członkowie "klubu sportowego" Dobry Tygodnik Sądecki. Pozostało jeszcze tylko uiścić opłatę startową i czekać na sądny dzień.

Mama idzie z córką pod górę, a zachwycony syn wraca już z medalem

W końcu nadeszła niedziela, 22 października. Niestety życie lubi płatać figle i zrzuciło na nas kilka ważnych wydarzeń w jednym czasie. Z tego powodu w noc przed biegiem spaliśmy tylko dwie godziny... Kiedy dodatkowo w dzień startu okazało się, że pozostali redakcyjni śmiałkowie z istotnych powodów nie są w stanie dotrzeć na Bieg, załamaliśmy się całkowicie. Mąż nawet w ramach protestu wskoczył do łóżka, zakrył się kołdrą po same uszy i zasnął. Po co mamy tam jechać bez naszej ekipy? Sami, we dwójkę? Myślałam, że już po wszystkim...

Ranek był mglisty, chłodny i zniechęcający. Niewyspanie też nie pomagało. Około 9:30 po wykonaniu kilku telefonów i zobaczeniu promieni słońca wpadających przez okno, wzięłam się w garść i podjęłam męską decyzję: nie możemy się teraz poddać, jedziemy.

Mąż zrzucony z łóżka, w miarę sportowe ubrania założone, dwa izotoniki i aparat fotograficzny w plecaku i ruszamy. Do Rytra dotarliśmy szybko, ale że nie znamy tej miejscowości, to oczywiście trochę pobłądziliśmy przed dotarciem na miejsce zbiórki. Przejechać wąską drogą i przez tłum rozgrzewających się biegaczy też nie było łatwo. Oczywiście okazało się, że biuro zawodów działało do 10:30, a my zgłosiliśmy się około 10:35. Cudem wydano nam jeszcze numery startowe.

Wyprzedzają mnie dzieci...

Teraz trzeba było zejść jeszcze około kilometra na linię startu. Po drodze spotkaliśmy znajomych, którzy biegają od wielu lat

- A gdzie wasze stroje? - zapytali.

Spojrzeliśmy na siebie, no przecież stroje mamy. Hmm... Mąż w luźnych dresach zamiast sportowych legginsów i z kapturem na głowie pewnie bardziej przypominał przedstawiciela subkultury osiedlowej niż biegacza. Moje pół-adidasy, a pół-górskie buty z pewnością w oczach prawdziwych sportowców też pozostawiały wiele do życzenia, nie mówiąc o kurtce, kiedy wszyscy wokoło ubrani byli w termoaktywne koszulki. No trudno.

Na linii startu tłum. Na liście było przecież około pół tysiąca ludzi. Przedarliśmy się do środka ogromnej grupy -  nie będziemy zastępować drogi zdeterminowanym biegaczom, stojącym w pierwszym szeregu.

Mąż mi ucieka...

Emocje narastały z każdą chwilą i rozpoczęło się odliczanie: 10, 9, 8, 7...

Wszyscy ruszyli biegiem z radosnymi okrzykami. Przód peletonu szybko zaczął się oddalać. My truchtaliśmy w tyle. Męska duma męża i wrodzony nadmiar energii wkrótce dały się we znaki. Nie odpowiadało mu wleczenie się na szarym końcu.

To zostaw mnie i biegnij.

Nie trzeba go było długo namawiać. Zabrał napój do jednej ręki, chusteczki higieniczne do drugiej i pognał przed siebie, zostawiając biedną żonę z plecakiem i aparatem daleko w tyle.

Szczęśliwy biegacz już wraca...

Starałam się utrzymywać stałe tempo szybkiego marszu. Co chwilę wyprzedzali mnie rodzice z dziećmi prowadzonymi za ręce, niesionymi na barana, czy nawet pchanymi w wózkach, ludzie z psami, a także starsze panie z kijkami. Trochę wstyd, ale mimo wszystko nie traciłam optymizmu. Szłam po prostu przed siebie podziwiając piękno doliny, która wspina się w kierunku Kramarki.

Szybko stwierdziłam, że kurtka nie była dobrym wyborem. Było w niej za ciepło. Za to przydałyby się rękawiczki, szalik i ewentualnie jakaś czapka. Na przyszłość będę wiedzieć. Co jakiś czas mąż meldował się telefonicznie

- Jestem przy drugim kilometrze.

- Super, biegnij dalej. 

Po jakimś czasie przestał dzwonić, pomyślałam, że się zgubił (haha), ale okazało się, że po prostu nie było już zasięgu.

Mistrz Tomasz

Co kilometr ustawiono tabliczkę informacyjną. Przy trzeciej tabliczce zaczęli mnie mijać wracający już z góry biegacze. Wszyscy reagowali uśmiechem na widok obiektywu, pokazywali medale i kciuki uniesione w górę.

Po ponad pięćdziesięciu minutach, za kolejnym zakrętem wyłoniła się meta. Ten widok dodawał zastrzyku energii. Ogromny tłum biegaczy, oczekujących na takich niedobitków jak ja, widoczny był z daleka.

Kiedy mijałam kolejne osoby z obsługi, które zapisywały numer zawodnika, czas przez niego osiągnięty, częstowały batonikiem i ogólnie witały zawodników doznałam szoku: na samym końcu stał sam Tomasz Brzeski. Tego się zupełnie nie spodziewałam. Bejorski mistrz, asekurowany przez żonę stał i osobiście gratulował przybyłym na metę. W momencie gdy ten niesamowity człowiek własnoręcznie założył mi na szyję pamiątkowy medal, poczułam, że było warto. Chyba nigdy tego nie zapomnę.

Radość na mecie

Mąż już na mnie czekał .

- Dobrze, że nie byłaś ostatnia -  stwierdził.

Sam przybył na metę jakieś dziesięć minut przede mną. Jeszcze tylko grupowe zdjęcie na szczycie i można było wracać na dół. Dumni z siebie i wsparci nową falą energii zbiegliśmy z mężem jakieś dwa kilometry, resztę trasy po prostu przeszliśmy.

Wspólne zdjęcie na szczycie

Dalsza część imprezy miała miejsce na terenie hotelu Perła Południa. Tam można było posilić się ciepłym bigosem, wypić gorącą herbatę, a później obejrzeć dekorację zwycięzców i koncert kapeli Ciupaga.

Po powrocie do domu kolejna niespodzianka: dostałam wiadomość od redakcyjnego Bejora-weterana: "Właśnie schodzę z Kramarki".

Na moją pełną zdziwienia reakcję przychodzi odpowiedź:

"Spóźnienie nie oznacza niebiegania,  jeśli się jest Bejorem :)"

Myślę, że mówi to samo za siebie. Naprawdę warto było, mimo dzisiejszych zakwasów.

Z pozdrowieniami dla wszystkich Bejorów i tych, którzy Bejorami dopiero zostaną.

Kinga Bejor Nikiel-Bielak

 

 

Opublikowany przez Tomasz Brzeski na 22 października 2017

PUMA

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.