To nieprawda, że najpiękniej jest umrzeć w górach

            – Jurek bardzo kochał góry. Nie wyobrażał sobie bez nich życia. Chciał, abyśmy byli w czołówce himalaistów światowych. Bo konkurencja deptała nam po piętach. Stąd przeskakiwał z wyprawy na wyprawę. Było to kosztem najbliższych. Gdyby jednak ten czas bardziej dzielił ze swoją rodziną, prawdopodobnie nie miałby na koncie tylu sukcesów – mówi himalaista, taternik i alpinista Walenty Fiut z Nowego Sącza, który ma za sobą dwie wspólne wyprawy z Jerzym Kukuczką. 24 października mija 30 lat od śmierci legendarnego zdobywcy ośmiotysięczników. W 1989 roku podczas zdobywania południowej ściany Lhotse z wysokości ok. 8300 m n.p.m. spadł w przepaść i zginął.

wsb3

Walenty Fiut jest jednym z czołowych polskich wspinaczy, zdobywających najwyższe szczyty świata w złotym okresie polskiego himalaizmu. Był między innymi uczestnikiem pierwszego polskiego przejścia zimowego północnej ściany Grandess Jorasses drogą przez Całun w 1977 roku. Ma na swoim koncie pierwsze polskie, zimowe przejście północnej ściany Eigeru, czego dokonał w ciągu 4 dni (1-4 marca 1978 r.), razem z Andrzejem Czokiem, Januszem Skorkiem i Janem Wolfem. Uczestniczył też między innymi w wyprawie na Mount Everest w 1980 r., zakończonej pierwszym zimowym wejściem na ten najwyższy szczyt Ziemi.

Z Jerzym Kukuczką po raz pierwszy poznał się bliżej podczas wyprawy na Broad Peak w 1984 roku. Byli w odrębnych zespołach. Jednak ze względów logistycznych postanowili razem dotrzeć do bazy i wspólnie tam czekać na dobrą pogodę, która miała pozwolić im wejście na szczyt. W wolnych chwilach czytali książki, grali w szachy czy karty.

Bardzo go polubiłem. Był przede wszystkim bezkonfliktowy. Potrafił z każdym się dogadywać i dostrzegać rację drugiej osoby. To co go jeszcze wyróżniało to ogromna pracowitość. Wszystkie czynności w obozie wykonywał sumiennie i ze starannością – wspomina Walenty Fiut.

 

Rafał spadł w przepaść i zginął

Kiedy było to już możliwe, zespoły ruszyły w stronę szczytu. Walenty Fiut ze swoją grupą zdobył ośmiotysięcznik już utartą drogą. Natomiast Jerzy Kukuczka wraz ze swoim wysokogórskim kolegą, Wojciechem Kurtyką, postanowili wytyczyć nową trasę. Himalaiści zdecydowali wspinać się na trawers wierzchołków Broad Peak. To taka grań, która przeprowadza przez Broad Peak północny, potem przełęcz i finalnie główny szczyt. I się udało. Do tej pory nikt tego nie zrobił. Ale to nie dziwiło innych towarzyszy wyprawy. Kukuczka miał już za sobą duże osiągnięcia w Himalajach.

Był wyjątkowo odporny psychicznie i niezwykle sprawny fizycznie – dodaje himalaista.

            Kolejną wspólna wyprawa w Himalaje dotyczyła zdobywania góry Lhotse w 1985 roku. To czwarty co do wysokości szczyt Ziemi o wysokości 8516 m n.p.m. Wspinaczy było w sumie 12, głównie z Klubu Wysokogórskiego z Katowic. Wytypowali możliwie najbezpieczniejszy wariant do przejścia systemem wynoszenia bagaży oraz lin i zakładania obozów coraz wyżej. W sumie założono ich pięć. Ostatni powstał na wysokości 8 tys. m n.p.m. ponad spiętrzeniem głównej ściany. Niestety góra była nie do pokonania i pokazała swoje groźne oblicze.

Jurek Kukuczka poszedł w kierunku szczytu z obozu piątego z Rafałem Chołdą. Nie udało się im jednak dotrzeć na szczyt. Zabrakło im sprzętu biwakowego. I podczas powrotu, na wysokości ponad 8 tys. n.p.m. Rafał spadł w przepaść i zginął. To był najmłodszy uczestnik wyprawy. Miał jedynie 27 lat – mówi z ubolewaniem Walenty Fiut. – Jurek był załamany, bardzo to przeżył. Ale tak to bywa w górach. Na szczęście jemu się nic nie stało.

 

Ciała Kukuczki nigdy nie odnaleziono

Po tym wypadku wyprawa została zakończona. Mimo że kosztowało to wszystkich wiele wysiłku i pieniędzy. Ale chęć zdobywania kolejnych szczytów nie przechodziła. Szczególnie dla Jerzego Kukuczki wspinanie było wszystkim i raczej nie było w nim lęku przed trudnościami. Postanowił zatem jeszcze raz zmierzyć się z Lhotse. Pojechał tam ponownie w 1989 roku. Niestety szczyt go pokonał. Zginął 24 października na wysokości 8300 metrów podczas wejścia na górę przez słynną, niezdobytą wówczas południową ścianę.

Szczyt eksplorował wspólnie z Ryszardem Pawłowskim. Kukuczka wspinał się jako pierwszy i tuż przed granią szczytową odpadł i spadł w dwukilometrową przepaść. Lina, nie wytrzymując obciążenia, po prostu pękła. Ciała Kukuczki nigdy nie odnaleziono, ale oficjalna wersja brzmiała, że Kukuczkę pochowano w lodowej szczelinie, nieopodal miejsca upadku. Taki krok był podyktowany wymaganiem odnalezienia ciała do wypłaty odszkodowania dla rodziny zmarłego.

– Nie zgadzam się ze zdaniem, że najpiękniej jest umrzeć w górach. Zdecydowanie byłoby lepiej dla wszystkich, żeby Jurek żył do tej pory. Śmierć wybitnych wspinaczy wysokogórskich to zawsze niepowetowane straty. Ponadto żona nie straciłaby męża a dzieci ojca – twierdzi Walenty Fiut.

 

Dlaczego mój syn zginął, a Walek żyje?

Sądecki himalaista sam niemal otarł się o śmierć. Również podczas eksplorowania Lhotse. Było to w 1987 roku, czyli dwa lata wcześniej od ostatniego zmagania się z górą Jerzego Kukuczki. Niespodziewany podmuch bocznej lawiny porwał wspinacza i jego bliskiego przyjaciela Czesława Jakiela z Trójmiasta, który był lekarzem wyprawy.

Niestety Czesiek nie przeżył wypadku. To było dla mnie szczególnie trudne doświadczenie, bo sam go namówiłem na ten wyjazd. Jego matka bardzo długo miała do mnie żal za śmierć swojego syna. Miała tylko jego. Kiedyś powiedziała do moich kolegów: „Dlaczego mój syn zginął a Walek żyje?”. Było mi trudno jej to wszystko racjonalnie wytłumaczyć. To są jednak  nieprzewidziane sytuacje, przed którymi trudno się ustrzec. Mimo że staraliśmy się przestrzegać wszelkich zasad poruszania się w wysokich górach, to warunki na trasie zawsze mogą zaskoczyć.

 

Pan Bóg dał mi drugą szansę na życie

Dla samego Walentego Fiuta wypadek w górach był bardzo poważny. Miał zerwane kolano, zwichnięte wiązadła, zniszczone biodro, pękniętą miednicę i mocny uraz głowy. Po hospitalizacji musiał przejść wielomiesięczną rehabilitację. Noga nie odzyskała już dawnej sprawności. I trzeba było się definitywnie pożegnać ze wspinaniem.

Bardzo chciałem wrócić w góry. Tęsknota była ogromna. Bałem się jednak, że będę ciężarem dla innych uczestników wypraw. I po 20 latach wspinania się postanowiłem zakończyć wysokogórskie eksploracje. Uświadomiłem sobie, że jeszcze mam coś innego do zrobienia w tym życiu. Pan Bóg dał mi przecież drugą szansę na życie.

            Himalaje do tej pory przyciągają  miłośników mocnych wrażeń. I ofiar wciąż przybywa, jest ich więcej niż dawniej. Głównie wynika to ze słabego przygotowania do dużych wysokości. Przed wyjazdem nie trzeba się już zapisywać się do szkoły wspinaczkowej i sukcesywnie uczyć się pokonywania trudnych tras, na przykład w Tatrach czy choćby w Alpach. Teraz wystarczy mieć pieniądze i można się dopisać do wyprawy. I liczy się szybkość w zdobyciu danego wierzchołka. A jak doradza sądecki himalaista, przed takim trudnym wyzwaniem jest bardzo ważne, aby poznać swoje fizyczne możliwości.

– Wspinaczka w górach nauczyła mnie wielkiej pokory. Natura potrafi pokazać swoje groźne oblicze i nie należy tego lekceważy, bo o tragedię nietrudno – puentuje Walenty Fiut.

 

 

 

FORDELEKT
ZESZYTYBOBO
Share on twitter
Share on facebook
INNE POSTY

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zamiast wzruszającego wstępu

Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz

10 lat temu (słownie dziesięć) 30 września ukazał się pierwszy numer „Dobrego Tygodnika Sądeckiego” (zwanego dalej DTS). Z tej okazji dokładnie 10 lat później oddajemy do rąk Czytelników nową odsłonę naszego portalu dts24.pl.

A wracając do jubileuszu, po długiej i burzliwej naradzie nie doszliśmy jednak do porozumienia – cieszyć się czy martwić z tego powodu? Cieszyć, bo to zawsze miło dojść do jakiegoś punktu. Martwić, bo choć wytrwali w marszu, to jednak jesteśmy starsi o dekadę.

Świętowanie jubileuszy pachnie naftaliną starej szafy, a już na pewno muzealną ekspozycją. A do muzeum jeszcze nam niespieszno. To już na cmentarz było zdecydowanie bliżej, wszak jakiś czas temu w konkurencyjnych mediach ukazały się dwa nasze nekrologi. I jak tu nie wierzyć w mądrości ludowe? Mówią, że umarłeś? Wróży ci to długie życie. O tych nekrologach DTS to byśmy już nawet nie pamiętali, ale Jerzy Wideł przypomniał na 27 stronie. Wiadomo, Wideł mieszka najbliżej cmentarza i pasjami czytuje nekrologi.

Zatem jubileusz bierzemy z marszu, bez ckliwych przemówień, ronienia łzy, ani też bez zbędnego zadęcia. Ot, pogrzebaliśmy trochę w starych zdjęciach, pofatygowaliśmy się sprawdzić co słychać u kilku bohaterów tekstów z tamtego 30 września i w zasadzie tyle. No dobrze, poprosiliśmy jeszcze prasoznawców i speców od mediów o krótki wykład, jak to jest z tą prasą lokalną (str. 14-15). Wychodzi na to, że ciągle nieźle. Przedwczesne również okazały się pogłoski o rychłej śmierci papieru jako nośnika różnych treści. DTS oczywiście nie upiera się, że wersja papierowa gazety jest nieśmiertelna i oddamy nie za nią życia. Wszak coraz więcej naszych czytelników wybiera niepapierową wersję gazety. Papier to jednak papier – prestiż i elegancja. A w internecie każdy stragan z jarzynami ma dzisiaj swoją stronę (z całym szacunkiem dla warzyw, powinno się je zjadać trzy razy dziennie).

Trendy są zresztą lekko odwrotne, a przecież wiadomo, że dziś wszelkie trendy wyznacza Facebook. No więc Facebook jakiś czas temu uznał, że dla swoich najlepszych klientów stworzy ekskluzywny, bezpłatny magazyn „Grow”. No, bo papier to prestiż (chyba już wspominaliśmy), a nie byle post na osi czasu. DTS identycznie – dla naszych najlepszych na świecie Czytelników tworzymy ekskluzywny, bezpłatny magazyn. Bo chcemy, żebyście poczuli się docenieni. Czy to nie jest piękne – wcale nie musicie być najlepszymi biznesowymi partnerami Marka Zuckerberga, by ktoś wyłącznie z myślą o Was tworzył ciekawe treści.

No i to by chyba było na tyle, jeśli chodzi o 10-lecie ukazania się pierwszego numeru DTS. Tyle się przez te lata wydarzyło ciekawych rzeczy (najważniejsze przypominamy na str. 16), ale przecież nie będziemy się tu wzruszać minionymi dokonaniami. Wyznajemy raczej starą piłkarską zasadę „Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz”. I cóż z tego, że wygrałeś już 100 meczów. Najważniejsze jest to, czy masz plan, jak wygrać dziesięć i dwadzieścia następnych. Nasze głowy pełne są pomysłów na najbliższe tygodnie i miesiące, potrzebujemy tylko sprzyjających warunków, aby je zrealizować. No i co mamy teraz napisać, że czasy są ciężkie, a przyszłość niepewna. Tyle to wiemy, przecież wszyscy mają pod górkę. A kto akurat ma z górki, też musi uważać, żeby się za mocno nie rozpędzić, bo potem wielkość guza jaki można sobie nabić jest wprost proporcjonalna do osiągniętego rozpędu.

Cieszymy się, że możemy robić dla Was coś ciekawego i pożytecznego. Od 10 lat napędzamy się naszym wrodzonym optymizmem, na równi zresztą jak reklamami, które na naszych łamach zamieszczacie. No i tu trafiamy na błędne koło filozoficznie – nie byłoby tak wielu Reklamodawców, gdyby DTS nie miał tak wielu Czytelników. Nie byłoby tak licznych Czytelników, gdyby Reklamodawcy nie utrzymywali gazety na zadowalającym wszystkich poziomie. Prawda, jaka piękna puenta?

Oczywiście chcielibyśmy Was wszystkich uścisnąć z okazji urodzin, ale pamiętamy, że trzeba zachować dystans społeczny. Nie znaczy to wcale, że podchodzimy do tego wszystkiego z dystansem. Wręcz przeciwnie. Wzruszamy się!

Redakcja DTS

Przeczytaj jubileuszowe wydanie „Dobrego Tygodnika Sądeckiego”: