Rada Miasta jest dziś upolityczniona

Bożena Jawor – pozwala dyskutować czy nie?

Rozmowa z przewodniczącą Rady Miasta Nowego Sącza – Bożeną Jawor

wsb3

– Tylko Jerzy Gwiżdż był częściej wybierany do Rady Miasta niż pani Bożena Jawor. Ile razy Pani została wybrana radną?

– Sześć.

– A Jerzy Gwiżdż?

– On chyba startował za każdym razem jak były wybory, tylko że potem rezygnował. Tyle razy co ja, był wybierany także pan rady Józef Hojnor, bo nie był w pierwszej kadencji, ale za to był w czwartej, w której ja nie startowałam. Startowałam wtedy na prezydenta, ale nie na radną.

– Obchodzimy 725-lecie Nowego Sącza. Te sześć kadencji, czyli w zasadzie cały okres nowego odrodzonego samorządu, Pani w Nowym Sączu oglądała z bliska. Jak się ta lokalna demokracja przez 27 lat zmieniła?

– Zmieniała się dlatego, że diametralnie inna była pierwsza kadencja. To byli ludzie, którzy w większości, powiedziałabym w 75 proc., nie byli nigdy radnymi i nie interesowali się polityką lokalną.

– Nie było się czym interesować.

– Przecież była Rada Narodowa, tylko że rzeczywiście ja też nie wiedziałam za bardzo, co to jest za gremium i co się dzieje. Natomiast na falach pierwszych wyborów z 1989 r. tak zwanych wolnych, ale które się teraz
inaczej nazywa, rok 1990 przyniósł nowe wybory do samorządu. I wtedy wiele osób startowało z pobudek patriotyzmu lokalnego. Uważali, że skoro dokonują się pewne zmiany w kraju, to my chcemy o pewnych rzeczach decydować w mieście. Listy komitetu obywatelskiego były pełne do tego stopnia, że trzeba było zrobić tak zwane prawybory. Żeby dostać się na listę, trzeba było najpierw przejść przez sito. To było, pamiętam, w Miejskiej Ośrodku Kultury – wtedy jeszcze w Domu Kolejarza przy Alejach Wolności – trzeba było wyjść na scenę, przedstawić się, opowiedzieć o sobie i dopiero wtedy ewentualnie można było się dostać na listę.

– Dzisiaj sytuacja chyba jest odwrotna. Niepotrzebne są prawybory. Potrzebne są poszukiwania chętnych na listę.

– Na pewno jest wiele osób, które ja osobiście znam i uważam, że powinny startować, bo są to osoby, które potrafią zaangażować się w różne społeczne sprawy i robią dużo dobrego. Ale one mówią: nie, my się do tego nie nadajemy. Szkoda bardzo. Natomiast jest sporo ludzi, którzy jednak garną się do tej listy. I dobrze, byleby tylko było dobre rozeznanie wśród wyborców, aby wybierali właściwie.

– Czy tamci ludzie, o których Pani wspomniała, z 1990 r., z tych pierwszych wyborów, którzy mówili: chcemy iść do rady, chcemy zmieniać najbliższy nam świat, oni się rozczarowali? Pomyśleli sobie, że to nie tak miało wyglądać.

– To była kwestia naprawdę ogromnego zaangażowania ludzi, którzy dyskutowali, sprzeczali się ze sobą, ale na bardzo wysokim poziomie. Przykład – pan doktor Długopolski i kilka innych osób, które wymieniały się cytatami łacińskim, bardzo ostro czasami się sprzeczały, bo pewne rzeczy widziały inaczej.

– Powiedziała Pani o doktorze Stanisławie Długopolskim. Jedyny przez 25 lat radny, który z własnej woli powiedział: oddaję mandat, ideowo nie zgadzam się z wami.

– Tak, to było w drugiej kadencji i wtedy rzeczywiście on tak zrobił. Jego wybór.

– Jego wybór, ale to jest taka postawa, jakiej dzisiaj próżno szukać. Jak ktoś już zdobędzie mandat to mówi: nawet jak nie mam nic do powiedzenia, to jakoś tam dociągnę do końca.

– Może jest coś takiego, ale może jest też wiara wśród tych osób, że jeżeli w tej sprawie nie wygrałam, to może w jakiejś innej uda mi się przekonać i grupę radnych, i prezydenta. Nie można twierdzić, że ci, którzy są, chociaż nie osiągają tego, co zamierzali, to są dlatego, bo są, a może powinni zrezygnować. Tak nie można. Gdyby tak wszyscy zaczęli rezygnować to wtedy byłby kłopot. Chociaż jeśli chodzi o ordynację wyborczą, to wiadomo, że wchodzi następna osoba z listy, która uzyskała najwięcej głosów.

– A nie było tak kiedyś, że pojedynczy radny, który miał dobry pomysł, dobrą ideę, mógł to przeforsować, przekonać do swego pomysłu pozostałych radnych?

– Było tak. W trzeciej kadencji na fali krytyki niszczejącego cmentarza i braku pieniędzy, kiedy zobaczyłam, że na wszystkich dużych cmentarzach są prowadzone kwesty, wyszłam z taką propozycją. Podchwyciło to parę osób i nikt tego nie negował, a wręcz wielu radnych stanęło do kwestowania.

– Czy dzisiaj Rada Miasta jest bardziej upolityczniona niż 25, 20, 15 lat temu?

– Już tyle lat żyję, że mogę śmiało powiedzieć: tak, jest upolityczniona. To nie jest dobrze, dlatego że rady gmin mają służyć ludziom i przede wszystkim przekonywać się do wykonywania pewnych zadań, które mają poprawić życie w danej miejscowości.

– Pani lubi chodzić piechotą, lubi pani z Ratusza przez pół miasta do domu przejść. Na pewno Pani spotyka sądeczan. Pewnie Pani słyszała takie opinie, że radni się kłócą i jeśli ktoś z Platformy powie, że coś jest białe to ten z PiS odpowiada, że to jest czarne. I na odwrót.

– Muszę powiedzieć, że ja nie słyszę jakiś negatywnych opinii, jeśli chodzi o mój klub. Często ludzie mówią: (…)

Przeczytaj więcej w „Dobrym Tygodniku Sądeckim”:

 

FORDELEKT
ZESZYTYBOBO
Share on twitter
Share on facebook
INNE POSTY

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

[mailpoet_form id="1"]