75 lat temu zginął żydowski świat

Jeszcze w latach 20. ubiegłego wieku co trzeci mieszkaniec Nowego Sącza był Żydem. Dwadzieścia lat później po tamtym świecie została pustka…


„W niedzielę 21 sierpnia mieli się wszyscy stawić nad Dunajcem. Wydano też rozkaz, że klucze z mieszkań opatrzone karteczkami z adresem mają być w niedzielę oddane milicji żydowskiej. I chociaż tyle przeszliśmy do tego czasu, wielu wierzyło, że to jest tylko przesiedlenie. 16 tysięcy ludzi stanęło nad Dunajcem. Kobiety, mężczyźni z plecakami. Stawało się w szeregach według ulic. Hamann w towarzystwie pięciu gestapowców przechadzał się przed szeregami, a kogo uderzył rajtpajczą, ten miał wyjść z szeregu. Wierzyć się po prostu nie chce, że szesnaście tysięcy ludzi stało posłusznie przed sześcioma mordercami i że nie rzucili się na nich. Z szeregów nad Dunajcem wybrał 1100 osób, sama młodzież i milicjanci z rodzinami, oraz pracownicy tartaku w Rytrze, cegielni w Nawojowej i Warsztatów w Nowym Sączu. Wybranych, w tej liczbie i mnie, zabrał z placu i poszliśmy na ulicę Kraszewskiego do opuszczonych domów żydowskich. Resztę ludności getta umieszczono w małym getcie. Tam przeprowadził Hamann trzy akcje. W sierpniu w poniedziałek 24, w środę 26 i piątek 28. Ludzi zabranych z mieszkań i złapanych na ulicy transportem odesłano do Bełżca. W ostatnim transporcie poszli moi rodzice i bracia z rodzinami. Wszystkich załadowano do wagonów z niegaszonym wapnem. Posłaliśmy w ślad za wagonami znajomych Polaków, żeby się dowiedzieli, dokąd poszły transporty. Polacy wrócili z wiadomością, że w Rawie Ruskiej pociągi zniknęły im z oczu. Ale później dowiedziałam się, że transport poszedł do Bełżca”.

To wspomnienie Reny Anisfeld z domu Guttenreich urodzonej w 1919 r. w Nowym Sączu, która przebywała w getcie do lipca 1943 r. Następnie została wysłana do obozu w Szebniach koło Jasła. W listopadzie 1943 r. trafiła do obozu w Auschwitz, a w styczniu 1945 r. do obozu Ravensbruck. Tam doczekała wyzwolenia i wróciła do Nowego Sącza. Napisała w swoich wspomnieniach, że po powrocie zastała w tym mieście około 30 Żydów. Byli to ludzie, którzy powrócili z Rosji, z ukrycia i obozów hitlerowskich. Rena Anisfeld w 1946 r. wyjechała do Wrocławia, gdzie wyszła za mąż a następnie w 1950 r. udała się do Izraela. Ona przeżyła, około 18 tysiącom Żydów z Nowego Sącza i okolic nie było to dane. 75 lat temu zginął żydowski świat.

Diwrej Chaim najsławniejszy sądecki Żyd

Warto w tym miejscu przypomnieć historię tak nierozerwalnie związaną z historią miasta obchodzącego w tym roku swoje 725-lecie. Otóż Żydzi, jako legalni mieszkańcy, pojawili się w 1673 r. na mocy przywileju króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Starosta sądecki Aleksander Michał Lubomirski postanowił wzmocnić miasto i ożywić je gospodarczo. Jednakże w świecie żydowskim Sącz miał zasłynąć za sprawą rabina cadyka Chaima Halberstama (1793-1876) zwanego od tytułu swojego dzieła życia Diwrej Chaim. Jego osobowość i działalność istotnie wpłynęły na ukształtowanie się chasydyzmu w zachodniej Galicji. To był prawdziwy przywódca religijny i jego sława promienieje do dzisiaj wśród religijnych Żydów na świecie. Corocznie pielgrzymują do jego grobu.

Co trzeci mieszkaniec Sącza był Żydem

Aż do wybuchu II wojny światowej życie większości mieszkańców dzielnicy pomiędzy zamkiem i Rynkiem oraz na Piekle przebiegało jak życie w typowym sztetł (miasteczku żydowskim). Podporządkowane było rytmowi świąt, uroczystości rodzinnych i gminnych, jakie ukształtowały się za czasów Diwrej Chaima i pielęgnowane były przez jego następców aż do końca istnienia żydowskiego Nowego Sącza. Dość powiedzieć, że w gęsto zabudowanej dzielnicy koło zamku a także na Piekle było około dwudziestu bóżnic i domów modlitwy religijnych chasydów. Bo siniejącą obecnie synagogę, jako nazbyt postępową, omijali szerokim łukiem, mimo że przecież istniała od wieków w ich dzielnicy. Korzystali z niej nieortodoksyjni Żydzi, świat biznesu, kultury, wolnych zawodów a także żydowscy żołnierze służący w wojsku.

W 1920 r. mieszkało w Nowym Sączu 7990 Żydów na 25 tys. ogółu mieszkańców. Według zaś spisu powszechnego z 1931 r. żyło tu 9084 mieszkańców religii mojżeszowej, z których zdecydowana większość uważała się za Żydów, miasto liczyło zaś 30 298 osób, zatem stanowili jedną trzecią mieszkańców. Większość sklepów w Rynku, na Jagiellońskiej i pobliskich ulicach była w rękach żydowskich. Żydzi reprezentowali niemal wszystkie branże, przede wszystkim spożywczą, tekstylną, monopolową. W 1931 r. na 124 sklepy spożywcze właścicielami 91 byli kupcy żydowscy. W gastronomii na 78 restauracji i barów – 65 było ich własnością. Wśród lekarzy, adwokatów, notariuszy stanowili połowę. Ale też żyła tutaj biedota bez żadnego wykształcenia, nieznająca dobrze języka polskiego.

Piekło getta

Już pod koniec września 1939 r. utworzono obozy przymusowej pracy dla Żydów w Nowym Sączu, Chełmcu, Rytrze, Lipiu i Rożnowie.

Wiosną 1940 r. rozpoczęło się przesiedlanie Żydów do Sącza z większych miast Krakowa, Lwowa, Łodzi, Bielska i innych. Restrykcje się nasiliły w maju 1940 r., np. zabroniono Żydom wstępu do parków miejskich, nakazano płacenie kontrybucji firmom, nakazano wszystkim powyżej 12. roku życia noszenie opasek z gwiazdą Dawida. Rozpoczęła się fizyczna likwidacja poprzez rozstrzeliwanie i wywożenie do Auschwitz. W lipcu 1940 r. niemieckie władze okupacyjne wydały zarządzenie o utworzeniu dzielnic żydowskich. W Nowym Sączu były one właściwie jednym getto podzielonym na dwie części, między którymi mieszkańcy mogli się przemieszczać. Granicę pierwszej od połowy stanowił cmentarz żydowski, od zachodu Dunajec, od południa Rynek i ul. Piastowska, zaś od wschodu ul. 3 Maja i Piotra Skargi. Tę granicę symbolicznie zaznaczono przed dwoma laty na Placu 3 Maja na chodniku i zainstalowano stosowny napis.

Drugą dzielnicę utworzono na Piekle. Jej granicę stanowiła od południa i zachodu rzeka Kamienica, od północy ul. Zdrojowa, Głowackiego, od wschodu ul. Paderewskiego, od południa ul. Kołłątaja i Zaleskiego. Po zakończeniu akcji osiedleńczej w listopadzie 1940 r. mieszkało w tych dzielnicach 18 tys. osób w urągających zazwyczaj warunkach.

Pod karą śmierci

W kwietniu 1941 r. władze niemieckie wydały kolejne zarządzenie: wszyscy Żydzi dotychczas mieszkający przy Rynku musieli się udać do getta a z niego wyprowadzić dotąd żyjący Polacy.

W listopadzie 1941 r., kolejne zarządzenie określało drogę, jaką mogli przechodzić z jednej dzielnicy getta do drugiej. Mogli to czynić tylko ulicą Wałową, Szwedzką i Pijarską. Do Rynku niemieccy „łaskawcy” zezwolili im dojść od strony ul. Piastowskiej. „Poniosą ci Żydzi, którzy nieuprawnieni opuszczą wyznaczoną im dzielnicę, karę śmierci” - głosiło rozporządzenie komisarza miejskiego z 14 czerwca 1941 r. Karą śmierci zagrożone było także usiłowanie opuszczenia getta, „karę śmierci poniosą też osoby udzielające schronienia Żydom opuszczającym getto a także podżegacze i pomocnicy”. Dla ludności żydowskiej ustalono godzinę policyjną od 20.30 do 6. rano w okresie letnim, a w zimowym od 19.30. Mimo tych restrykcji udawały się, co prawda nieliczne, ucieczki z getta, podobnie jak nieliczni Polacy nieśli pomoc Żydom.

W literaturze dotyczącej II wojny światowej sporo miejsca poświęcono masowym mordom, rozstrzeliwaniom działaczy politycznych, kulturalnych słowem inteligencji żydowskiej w Nowym Sączu. Jak na ironię Niemcy dokonywali tych mordów na cmentarzu żydowskim. Opisywano też wielokrotnie rajdy pijanych siepaczy na czele z Hamannem po getcie żydowskim. Niestety nieliczni świadkowie tych wydarzeń, jak choćby Izak Goldfinger, bądź odchodzą z tego świata, bądź też, jak Marcus Lustig, zbliżają się do kresu swoich dni. Przechowujących pamięć tych dni jest już coraz mniej. (...)

Przeczytaj cały tekst w "Dobrym Tygodniku Sądeckim":

JERZY WIDEŁ

Reklama w DTS

Wypowiedz się w tej sprawie