Sądeczanka na motocyklu: to jest tylko moja chwila…

Rozmawiamy z Magdaleną Rolą – Górecką, motocyklistką

– Każdy motocyklista to wariat?

– Nie. To kompletnie nieuprawniona opinia. Nie zgadzam się z nią. Prawdziwy motocyklista nie jest wariatem – szanuje swoją maszynę i ludzi na drodze. Przynajmniej ja tak robię i większość znajomych, z którymi jeżdżę, też jest taka. Do motocykla trzeba dojrzeć. Zaczynając jazdę w młodym wieku przechodzić stopniowo przez różne maszyny i nie zaczynać od wysokiej mocy. Kiedy młody człowiek siada od razu na mocną maszynę, to wówczas faktycznie ciężko jest zapanować nad manetką i nad sobą. Powiem nawet, że dla pokory, dobrze mieć niegroźną wywrotkę np. na „pięćdziesiątce” – bo nic się nie stanie, a nabieramy szacunku i respektu do maszyny i swoich możliwości.

wsb3

– To dlaczego my, niemotocyklowi użytkownicy dróg, mamy poczucie, że niemal wszyscy motocykliści to szaleńcy?

Na sto osób pewnie dwie jeżdżą nieodpowiedzialnie. Ale tak jest pewnie w każdej dziedzinie życia, nie tylko wśród motocyklistów.

– Od kilku dni w kalendarzu i przyrodzie wiosna. Kiedy motocykliści wyjeżdżają na szosy?

– Nie mam pojęcia. Dla każdego jest to bardzo indywidualna sprawa. Jedni wyjadą w czerwcu, inni jeżdżą już w styczniu…

– Po śniegu?

– Pamiętam takie czasy, kiedy jeździłam WSK-ą po śniegu i to mi dawało ogromną frajdę. W tym roku już wyjechałam z garażu, ale nie uważam, że to już dobry moment. Każdy wyjeżdża wtedy, kiedy czuje się pewnie, kiedy na drodze nie ma już piasku po zimie. Oczywiście są tacy, którzy wyjeżdżają już w lutym, tylko po co w naszym klimacie? Jazda motocyklem ma być przyjemnością, dawać dobrą energię i pozytywne nastawienie do życia. Nie ma określonej daty, kiedy się wyjeżdża z garażu.

– Dużo miałaś w swoim życiu motorów?

– Nie chcę o tym mówić. Moim zdaniem w środowisku motocyklistów opowiadanie o maszynach jakie się miało jest przejawem złego gustu. To zwykłe przechwalanie się… Ale niech będzie, tutaj powiem: miałam sporo motocykli – od skuterów, przez WSK-i, małe pojemności jak 125, aż po całkiem spore pojemności, na przykład taką, jaką jeżdżę teraz.

– Czyli?

– Honda VFR pojemność 800, 106 koni. Wielu uzna, że to wcale nie jest duża pojemność, ale według mnie jak na kobietę to dużo.

– A dlaczego jeździsz na motocyklach?

– Dlaczego? Bo nie muszę mieć wtedy przy sobie telefonu. Bo jestem wtedy tylko ja i motocykl. Bo lubię odgłos jaki wydaje. Bo czuję się poza kontrolą innych – w dobrym tego słowa znaczeniu. Mogę sobie jechać gdzie chcę i kiedy chcę, to jest tylko moja chwila. Kiedy wracałam z pracy rozdrażniona, bo nie radziłam sobie z jakimś problemem, to nawet mój mąż był przyzwyczajony, że kiedy wsiądę na motor i pojadę na godzinę przed siebie, to wrócę zupełnie inna. I nie chodzi nawet o motocykl, ale o pasję, o to coś w naszym życiu, co rozpala iskrę w oku.

– Kiedy pierwszy raz wsiadałaś na motocykl?

– To było u mojego dziadka, który miał tzw. „kaczkę”, jawę 50 cm pojemności. Pamiętam, że kuzyni ją wyremontowali, bo nie działała już, a ja się wtedy pierwszy raz przejechałem motocyklem. Na koniec jazdy wywróciłam się. Nie zmienia to faktu, że miałam ogromną frajdę i od tego momentu zachorowałam na motocykle. Od tamtej chwili mnie nie opuszczały. Najpierw uczyłam się motocykli przy bracie, który zawsze miał jakąś maszynę i zabierał mnie na przejażdżki, a potem jeździłam już sama. Zawsze byłam zakochana w tzw. chopperach. Teraz jeżdżę klasycznym motocyklem szosowym. To coś zupełnie innego. Ten motocykl w zasadzie sam się prowadzi, sam wchodzi w zakręty i to jest czysta przyjemność.

– Pozostaniesz przy motocyklach typowo szosowych?

– Na pewno! Ale… Jest małe „ale”. Właśnie zaczęłam rozmyślać o drugim motocyklu i chciałabym żeby to był klasyczny chopper… No dobrze, przyznam się… gdy o nim pomyślę uśmiech sam maluje się na mojej twarzy. Można powiedzieć, że kiedy myślę o nowym motocyklu to mam motyle w brzuchu, jak przy pierwszej randce. Ale zostawmy moje pomysły, bo rozmowa o motocyklowych marzeniach wzbudza u mnie zbyt duże emocje.

– Jak wybrać motocykl odpowiedni dla siebie, jeśli ktoś nigdy wcześniej nie miał takiej maszyny?

– Nie jestem dobrym doradcą, bo w tych sprawach trudno mi zachować zdrowy rozsądek. Emocje zawsze próbują nas zdominować, więc powinniśmy wylać wiadro zimniej wody na głowę i podejść do tematu z możliwie największym dystansem. Funkcjonuje takie przekonanie, że opłacalny jest zakup motocykla „na jesień”, czyli po sezonie, bo zazwyczaj można nabyć taki sprzęt taniej. Nie jest to regułą, bowiem dobra maszyna trzyma cenę cały czas i pora roku nie ma znaczenia. Jeśli więc wiosną najdzie nas ochota na posiadanie jednośladu, jest to również dobra pora, by kupić sprzęt i cieszyć się nim cały sezon.

– Jak kupować i czym się kierować?

– Pierwszy krok to oczywiście wybór idealnej maszyny. Każdy z nas mas w głowie swój typ, choć czasem jest ich więcej. No i tu wracam do swoich rozterek: czyż nie przyjemnie jest mieć dwa motocykle? Jeden na dłuższe wyprawy, wygodny, ubrany w kufry, sakwy, a drugi na krótkie wypady wokół komina. Gdy przemyślimy kwestie pojemności, przeznaczenia, sposoby napędu, chłodzenia i w końcu znajdziemy nasz sprzęt, to najwyższy czas na obejrzenie i jazdę próbną. Jeśli sami nie mamy dostatecznej wiedzy na temat motocykli, dobrze zabrać ze sobą doświadczoną osobę, która wie, na co zwrócić uwagę przed zakupem. Pamiętajmy, że wygląd to nie wszystko, a chęć posiadania przysłania nam często rzeczywisty stan. I tak po kilku dniach od zakupu, gdy emocje już opadną, możemy mieć ten nieprzyjemny moment, gdy widzimy, słyszymy i czujemy podczas jazdy mankamenty naszego nowego motocykla. Dlatego żeby motocykl naprawdę nas cieszył, a jazda na nim dawała ogromną radość, kupując, emocje zostawiamy w domu, a zabieramy ze sobą zdrowy rozsądek.

– Kiedy spotykacie się w swoim gronie, to bez końca gadacie o motocyklach?

– To nie jest tak! Jeżdżę głównie ze starymi znajomymi np. ze studiów, ale sama nie należę do żadnego klubu motocyklowego. Cieszę się, że jest ich w Nowym Sączu sporo, choć sama stoję trochę z boku środowiska, bo nie potrafię się dostosować. Lubię niezależność.

– Dużo ludzi w Nowym Sączu i regionie jeździ na motocyklach?

– Teraz już bardzo duże. Motocykl stał się bardzo popularny i tutaj powinnam się ugryźć w język.

– Bo…

– Bo nie podoba mi się to, co się dzieje na drogach. Dzisiaj motocykl to jest głównie szpan. Liczy się wygląd, marka motocykla, ubiór motocyklisty, a przecież nie o to chodzi. Pamiętam czasy, kiedy w Nowym Sączu było kilkanaście motocykli, a wszyscy stanowili wielką rodzinę. Dzisiaj tego nie ma, a ja nie potrafię i chyba nie chcę dostosować się do nowych obyczajów. Na otwarcie i zamknięcie sezonu przyjeżdża kilkuset motocyklistów.

– A kiedy tegoroczne otwarcie sezonu?

– O rany, nie mam pojęcia, mówiłam, że jestem trochę poza środowiskiem. Pewnie można to sprawdzić gdzieś w internecie.

– Co sobie myślisz, kiedy widzisz na samochodach naklejki „Motocykle są wszędzie”.

– To głupie! Ale nie piszmy, że tak powiedziałam.

– Dlaczego?

– Bo równie dobrze można nakleić, że karetki są wszędzie i ludzie są wszędzie – chore! Nakleja się to chyba po to, żeby się pochwalić posiadaniem motocykla. Ale po co? Po co światu komunikować, że motocykle są wszędzie? Bo jakiś motocyklista jechał za szybko, albo bez świateł, albo wciskał się na trzeciego i samochód zrobił mu krzywdę? Jazda na motocyklu to odpowiedzialność, wymaga zdwojonej czujności. Trzeba przewidywać ruchy innych kierowców i trochę myśleć za nich, ale to wcale nie oznacza, że mamy być jakoś ulgowo traktowani.

– Ile sądeczanie wydają na motocykle?

– Można wydać 500 złotych i można wydać ponad sto tysięcy. Temat rzeka…

Rozmawiał (icz)

GLINIK
ZESZYTYBOBO
Share on twitter
Share on facebook
INNE POSTY

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zamiast wzruszającego wstępu

Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz

10 lat temu (słownie dziesięć) 30 września ukazał się pierwszy numer „Dobrego Tygodnika Sądeckiego” (zwanego dalej DTS). Z tej okazji dokładnie 10 lat później oddajemy do rąk Czytelników nową odsłonę naszego portalu dts24.pl.

A wracając do jubileuszu, po długiej i burzliwej naradzie nie doszliśmy jednak do porozumienia – cieszyć się czy martwić z tego powodu? Cieszyć, bo to zawsze miło dojść do jakiegoś punktu. Martwić, bo choć wytrwali w marszu, to jednak jesteśmy starsi o dekadę.

Świętowanie jubileuszy pachnie naftaliną starej szafy, a już na pewno muzealną ekspozycją. A do muzeum jeszcze nam niespieszno. To już na cmentarz było zdecydowanie bliżej, wszak jakiś czas temu w konkurencyjnych mediach ukazały się dwa nasze nekrologi. I jak tu nie wierzyć w mądrości ludowe? Mówią, że umarłeś? Wróży ci to długie życie. O tych nekrologach DTS to byśmy już nawet nie pamiętali, ale Jerzy Wideł przypomniał na 27 stronie. Wiadomo, Wideł mieszka najbliżej cmentarza i pasjami czytuje nekrologi.

Zatem jubileusz bierzemy z marszu, bez ckliwych przemówień, ronienia łzy, ani też bez zbędnego zadęcia. Ot, pogrzebaliśmy trochę w starych zdjęciach, pofatygowaliśmy się sprawdzić co słychać u kilku bohaterów tekstów z tamtego 30 września i w zasadzie tyle. No dobrze, poprosiliśmy jeszcze prasoznawców i speców od mediów o krótki wykład, jak to jest z tą prasą lokalną (str. 14-15). Wychodzi na to, że ciągle nieźle. Przedwczesne również okazały się pogłoski o rychłej śmierci papieru jako nośnika różnych treści. DTS oczywiście nie upiera się, że wersja papierowa gazety jest nieśmiertelna i oddamy nie za nią życia. Wszak coraz więcej naszych czytelników wybiera niepapierową wersję gazety. Papier to jednak papier – prestiż i elegancja. A w internecie każdy stragan z jarzynami ma dzisiaj swoją stronę (z całym szacunkiem dla warzyw, powinno się je zjadać trzy razy dziennie).

Trendy są zresztą lekko odwrotne, a przecież wiadomo, że dziś wszelkie trendy wyznacza Facebook. No więc Facebook jakiś czas temu uznał, że dla swoich najlepszych klientów stworzy ekskluzywny, bezpłatny magazyn „Grow”. No, bo papier to prestiż (chyba już wspominaliśmy), a nie byle post na osi czasu. DTS identycznie – dla naszych najlepszych na świecie Czytelników tworzymy ekskluzywny, bezpłatny magazyn. Bo chcemy, żebyście poczuli się docenieni. Czy to nie jest piękne – wcale nie musicie być najlepszymi biznesowymi partnerami Marka Zuckerberga, by ktoś wyłącznie z myślą o Was tworzył ciekawe treści.

No i to by chyba było na tyle, jeśli chodzi o 10-lecie ukazania się pierwszego numeru DTS. Tyle się przez te lata wydarzyło ciekawych rzeczy (najważniejsze przypominamy na str. 16), ale przecież nie będziemy się tu wzruszać minionymi dokonaniami. Wyznajemy raczej starą piłkarską zasadę „Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz”. I cóż z tego, że wygrałeś już 100 meczów. Najważniejsze jest to, czy masz plan, jak wygrać dziesięć i dwadzieścia następnych. Nasze głowy pełne są pomysłów na najbliższe tygodnie i miesiące, potrzebujemy tylko sprzyjających warunków, aby je zrealizować. No i co mamy teraz napisać, że czasy są ciężkie, a przyszłość niepewna. Tyle to wiemy, przecież wszyscy mają pod górkę. A kto akurat ma z górki, też musi uważać, żeby się za mocno nie rozpędzić, bo potem wielkość guza jaki można sobie nabić jest wprost proporcjonalna do osiągniętego rozpędu.

Cieszymy się, że możemy robić dla Was coś ciekawego i pożytecznego. Od 10 lat napędzamy się naszym wrodzonym optymizmem, na równi zresztą jak reklamami, które na naszych łamach zamieszczacie. No i tu trafiamy na błędne koło filozoficznie – nie byłoby tak wielu Reklamodawców, gdyby DTS nie miał tak wielu Czytelników. Nie byłoby tak licznych Czytelników, gdyby Reklamodawcy nie utrzymywali gazety na zadowalającym wszystkich poziomie. Prawda, jaka piękna puenta?

Oczywiście chcielibyśmy Was wszystkich uścisnąć z okazji urodzin, ale pamiętamy, że trzeba zachować dystans społeczny. Nie znaczy to wcale, że podchodzimy do tego wszystkiego z dystansem. Wręcz przeciwnie. Wzruszamy się!

Redakcja DTS

Przeczytaj jubileuszowe wydanie „Dobrego Tygodnika Sądeckiego”: