O Trabim, co skradł serce Puzona

Był w stanie agonalnym, ale Puzon z prawdziwą czułością zajął się każdą jego częścią. Dziś lśniący, wychuchany, traktowany jest niemal jak członek rodziny. Do tego stopnia, że w czasie deszczu właściciel nie pozwala mu opuszczać domu. To musi być miłość. Prawdziwa miłość do samochodu.

A zaczęło się od miłości do kobiety – Karoliny. Gdy uczucie rozkwitło, przyszedł czas na poznanie rodziców narzeczonej. Sądeczanin Radosław „Puzon” Kurek pojechał pod Lublin i zobaczył oczywiście teścia, ale też to, czemu oddał cząstkę zarezerwowanego dla Karoliny serca. Pod plandeką, przy domu rodzinnym przyszłej żony, wypatrzył stary samochód.

– Zapytałem teścia, czy potrzebne mu jest to auto, a on mocno się zdziwił. A potem śmiał się ze mnie, że ten złom nazywam autem – wspomina. W październiku 2012 r. laweta przywiozła do Nowego Sącza teściowy złom czyli dwudrzwiowy sedan, o pojemności 0,6 litra i mocy 23 KM.  Trabant 601, nazywany „mydelniczką” albo „dyktą”, ze względu na nadwozie wykonane z duroplastu. Jego stan rzeczywiście okazał się fatalny.

– Co tu dużo mówić, trabant był w stanie agonalnym – przyznaje Kurek.

Drugie życie trabanta

Okazało się, że auto jest mocno nadgryzione rdzą, zwłaszcza nadkola i pas przedni. Na szczęście konstrukcja i podwozie były w lepszym stanie. Zaczęła się powolna reanimacja.

– To była żmudna dłubanina – wspomina pan Radek. – Rozebrałem samochód na części od razu dokonując selekcji na to, co jeszcze może się przydać i na to, co musi trafić na złom. Elementy zawieszenia, resory, bębny zostały wypiaskowane i pomalowane. Śruby i inne drobiazgi, które jeszcze nadawały się do wykorzystania trafiły do ocynkowni. Równocześnie zacząłem szukać potrzebnych części.

Wbrew pozorom części do trabanta wcale nie jest trudno zdobyć. Wystarczy śledzić aukcje internetowe. Na Śląsku jest nawet specjalny sklep oferujący części lub ich zamienniki do tej marki samochodu. Pomocne są też internetowe kluby miłośników trabanta, dzięki którym pasjonaci wymieniają się nie tylko doświadczeniami.

Oczywiście praca nad rekonstrukcją samochodu wymaga precyzji i cierpliwości. Te cechy akurat są bliskie Radosławowi Kurkowi, na którego znajomi wołają „Puzon”.

– Mój ojciec naprawia instrumenty muzyczne, stąd to przezwisko, ale stąd też chyba odziedziczona po ojcu precyzja. Zawsze byłem pedantem, jak coś robię, to powoli, ale bardzo dokładnie. A majsterkowanie pociągało mnie od dzieciństwa – przyznaje.

W sierpniu 2014 roku trabant trafił do lakiernika. Potem zaczęło się jego składanie. Ale ponieważ był to dla Radka – funkcjonariusza Straży Granicznej czas zawirowań związanych z pracą i zmianą miejsca zamieszkania, musiał na pół roku przerwać rekonstrukcję. Wreszcie 24 stycznia 2015 roku trabant po raz pierwszy odpalił, a 31 maja ruszył w swoją nową drogę drugiego życia.

Takie cudo nie na sprzedaż

– Samochód nie jest użytkowany na co dzień. Stoi w ciepłym garażu pod pokrowcem. Tylko raz deszcz go złapał w czasie jazdy – śmieje się właściciel, który przyznaje, że swoim trabantem wyjeżdża w trasę tylko okazyjnie i to przy ładnej pogodzie.

Gdy rusza w miasto, jego autko wzbudza niemałe zainteresowanie. Podchodzą przechodnie, zwłaszcza starsze osoby. Ktoś mówi, że też miał trabanta, ktoś, że o takim marzył. Proszą, żeby odpalił silnik, docisnął gaz, żeby posłuchać tego charakterystycznego dźwięku. Bywa, że ktoś pyta o cenę, o możliwość kupna. Ale opcji sprzedaży swojego trabanta Radosław Kurek nie bierze w ogóle pod uwagę.

– Jestem przywiązany do Trabiego. Od początku wiedziałem, że robię go dla siebie, nie na sprzedaż.

Ile kosztował go cały remont?

– Żony nie ma, to mogę powiedzieć – śmieje się. – Dużo pracy wykonałem sam oraz przy pomocy kolegi, brata i innych znajomych. Zapisywałem oczywiście większe wydatki, wyszło około 13 tys. zł za remont. Ale dla porównania mój kolega kupił syrenkę, tyle że jej renowację zlecił osobie z zewnątrz, bo sam nie ma czasu się tym zajmować. Kosztowało go to grubo ponad 30 tys. zł.

Kopci, dymi, ale ma klimat

Swoja pasją właściciel Trabiego dzieli się w internecie. Na jednym z filmików za kierownicą siedzi żona Karolina, która śmieje się, że prędkość 60 km na godzinę, jest wszystkim, na co stać trabanta.

– Rzeczywiście trabantem jeździ się całkiem inaczej. Silnik jest dwusuwowy, kopci, dymi. W silniku nie ma zbiornika na olej. Tankując, muszę sam robić mieszankę paliwa ze specjalnym olejem. Wewnątrz jest bardzo ubogie wyposażenie. Nawet wskaźnika paliwa nie ma, dlatego mam taki specjalny patyk z miarką, który wsadzam do baku, sprawdzając poziom paliwa. Nie ma żadnych kontrolek, tylko prędkościomierz.

Dźwignia zmiany biegów umieszczona jest w kierownicy. Nie ma wspomagania, ale przedni napęd, lekkie nadwozie, bo samochód waży około 600 kg, cienkie opony, powodują, że tego nie czuć. Rzeczywiście komfortu jazdy może nie ma, ale za to jaki jest klimat!

Klimat trabanta tak zachwycił Kurka, że… marzy mu się drugi taki samochód do pary. Jak żartuje, ma dwóch synów, więc i trabanty muszą być dwa. Już nawet wypatrzył takiego w wersji kombi, który stoi od lat przy jednej z sądeckich ulic.

– Bo rekonstrukcja samochodu to pasja, która wciąga… – kwituje.

Zdjęcia Z arch. Radosława Kurka

Czytaj więcej:

Share on twitter
Share on facebook
INNE POSTY

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.