Nie tylko o pijaczkach, złodziejaszkach i paniach lekkich obyczajów

Moja przygoda z dziennikarstwem była jak romans: krótka, intensywna w doznaniach i na długo zapadająca w pamięć. Zanim kamasze na stałe zagościły na mych stopach, a mundur stał się garsonką biurową, przez dwa lata kolaborowałam z sądeckim światkiem dziennikarskim, ocierając się też na chwilę o niszową TVP Kulturę.

wsb3

Była wczesna wiosna 2006 r., gdy przekroczyłam progi sądeckiego oddziału „Dziennika Polskiego”. Zaczynałam właśnie drugi semestr studiów podyplomowych na kierunku dziennikarskim i, co za tym idzie, szukałam redakcji, która przyjęłaby mnie na krótkie praktyki. Adres przy Narutowicza znałam bardzo dobrze, gdyż będąc krnąbrną nastolatką, bywałam tuż obok w popularnym wówczas pubie „Absolwent”. Innych prasowych lokalizacji po prostu nie kojarzyłam. Nie przygotowałam się na rozmowę, nie błyszczałam publikacjami w studenckich periodykach. Ówczesny dyrektor oddziału musiałby mocno wysilić wyobraźnię, by owego dnia dojrzeć we mnie potencjał. Na próbę dokooptował mnie do zdobywającej wówczas swoje  dziennikarskie szlify Katarzyny Gajdosz. Miałyśmy współtworzyć dodatek studencki. Dostawałam też pomniejsze zadania do wydań codziennych: jubileusze, zebrania, konferencje - mało ambitne i zupełnie nieciekawe. Po dwóch tygodniach, gdy redakcja nieco do mnie przywykła, przyniosłam swój pierwszy duży tekst. Tak na próbę, bez nadziei na jakikolwiek oddźwięk, zwłaszcza że tematykę poruszałam w nim kontrowersyjną i bolesną. Traktował o zamieszkach antysemickich pod koniec XIX wieku na terenie Sądecczyzny. Ku memu zaskoczeniu (...)

To tylko fragment tekstu Anny Dominik-Krupy. Całość przeczytasz w specjalnym wydaniu "Dobrego Tygodnika Sądeckiego" - pobierz za darmo jednym kliknięciem:

MAGIK MAŁA

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.