Biała plama w historii miasta. Potem nic już nie było normalne i piękne

Rozmowa z Łukaszem Połomskim – dyrektorem Sądeckiego Sztetlu

- Przed II wojną światową co trzeci mieszkaniec Nowego Sącza był wyznania mojżeszowego. Co się stało, że nagle ten świat zniknął?

- W czasie wojny Niemcy stworzyli w Nowym Sączu getto, które stało się etapem zagłady narodu żydowskiego. W getcie zostało zamkniętych ok. 11 tys. Żydów z Nowego Sącza oraz mieszkańcy okolicznych miejscowości. Warunki w dzielnicy zamkniętej były tragiczne: kanibalizm, głód, 8 osób na metr kwadratowy. Nie możemy sobie tego wyobrazić. W momencie likwidacji getta, czyli w sierpniu 1942 r., było to łącznie ok. 16 tys. Żydów. W ramach polityki „ostatecznego rozwiązania” w sierpniu 1942 r. prawie 16 tys. osób zostało wysłanych do obozu zagłady w Bełżcu, gdzie zostało zamordowanych. Stamtąd nikt nie wrócił.

TLENOTERAPIA

- Ten świat zniknął też ze świadomości kolejnych pokoleń, przez długie lata o tym się nie mówiło.

- To prawda, choć nie wiem, dlaczego tak było. Pamięć o żydowskich mieszkańcach Nowego Sącza wracała, gdy przyjeżdżali tutaj i pojawiali się w mediach ci, którzy przetrwali. Ale to nie była pamięć o ofiarach getta. To właśnie jednak historia wojny, Holokaustu, jest dla nas przestrogą, ważną lekcją, z której każde pokolenie musi wyciągać wnioski, aby historia nigdy się nie powtórzyła.

- Skąd Pana zainteresowanie tym tematem?

- Jakub Muller, którego poznałem, pisząc pracę magisterską, okazał się prawdziwą skarbnicą wiedzy nt. historii Żydów w Nowym Sączu. Spędzałem z nim mnóstwo czasu. Tak się zaczęło. Potem spotkałem kolejne osoby, które zainteresowały się tematem: Artura Franczaka, Darka Popielę, Marię Molendę, Maćka Walaska. Wielką pomocą były spotkania ze starszymi sądeczanami, którzy opowiadali o mieście, jakiego nie znałem. Byli to Żydzi, Polacy, Niemcy – wszyscy się tutaj urodzili. I tak to poszło dalej.

- Badając temat, miał Pan okazję poznać mnóstwo indywidualnych historii. Która z nich najbardziej Panem wstrząsnęła?

- Takich historii jest bardzo dużo, dużo jest też historii, które dopiero są odkrywane, poznawane z biegiem czasu. Zawsze opowieścią, która działa na wyobraźnię, są losy Markusa Lustiga, jeszcze żyjącego ostatniego świadka zagłady sądeckiego getta. Markus mieszkał na ul. Pijarskiej z rodziną. 29 kwietnia 1942 r. Niemcy zastrzelili na jego oczach jego mamę, tatę, siostrę i brata, który spał z nim w jednym łóżku. Markus miał 17 lat. Ta historia opowiadana przez niego, zapada w pamięci. Nieczęsto się widzi 95-letniego człowieka płaczącego… Może dlatego ta historia jest mi też bliska, że Markus jest dla mnie osobą szczególnie ważną, mimo odległości – bo mieszka w Izraelu – dzwoni regularnie do Sącza i sprawdza, jak się zmienia miasto. Nauczył mnie nie tylko tej smutnej historii, ale także miłości do rodzinnej ziemi. Myślę, że wiele zabitych w 1942 r. myślało podobnie.

- Są też piękne historie?

- Najbardziej znaną jest historia Berty Korenman, która została ocalona przez Stefana Mazura, pracownika zegarmistrza Dobrzańskiego. Mazur ukrywał Bertę w zegarze na szczycie wieży ratuszowej. Takich historii rozegrało się też sporo w wioskach wokół Nowego Sącza. Trzeba też podkreślić, że ludzie w getcie starali się żyć normalnie. To nie tak, że zamknięci w dzielnicy żydowskiej, zaczęli rozpaczać i myśleć, że to już koniec. Poznawali się, brali śluby, rodziły się dzieci. Dokumenty wskazują, że ostatnie dzieci przyszły na świat kilka dni przed likwidacją getta, odbywały się ostatnie obrzezania i uroczystości nadawania imion. Życie toczyło się normalnie do samego końca… To piękne, że mieli nadzieję, przykre, że los im ją odebrał tak dramatycznie 23 sierpnia 1942 r. Wówczas odbyła się selekcja przed likwidacją getta. Już nic nie było potem normalne i piękne. Wszystko bolało. Niektórych ocalonych boli do dziś.

- Gdy spotykamy się z tragedią jednej osoby, to ona nas porusza. Tu mówimy bez emocji – ok. 16 tys. osób trafia do Bełżca, gdzie zostają zamordowani…

- Podajemy tylko liczbę, która nie odzwierciedla tragedii. Tę tragedie rzeczywiście da się bardziej zrozumieć, gdy mówimy o poszczególnych osobach. My w Sądeckim Sztetlu takie osoby odkrywamy i przypominamy ich losy, bo za każdą z tych osób stała jakaś historia, krótsze lub dłuższe życie. Poraża fakt, że 16 tys. osób zostało wywiezionych, a po wojnie do Nowego Sącza wróciło 123 Żydów. To pokazuje skalę tego, co się stało. Osobnym tematem jest radzenie sobie z tym, co się stało. Powiedziałem wcześniej, że nic już nie było normalne. Zajmowałem się teraz badaniem losów Żydów, którzy wrócili do Sącza. Jak się okazuje, niektórzy nie potrafili sobie poradzić z traumą Holokaustu i już nawet jako staruszkowie, popełniali samobójstwa - jak Artur Eisenbach w 1992 r., jeden z czołowych historyków żydowskich, który emigrował do Izraela. Więc ta trauma ciągnie się całymi latami i przechodzi na kolejne pokolenia.

- Irit Amiel mówi o „osmaleniu” Holokaustem. Ci ludzie m.in. nie potrafili poradzić sobie z tym, że oni przetrwali, ich rodziny nie…

- Zawsze ciekawi mnie reakcja ludzi, kiedy opowiadam historię Berty Korenman, która przeżyła wojnę, ale do końca życia nie miała w domu tykającego zegara. Reakcje są różne, niektórzy się śmieją, bo trochę jest to opowieść anegdotyczna, ale też przerażająca. Berta nie miała tykającego zegara, bo czuła to piętno - z liczącej niemal sto osób rodziny przetrwała ona jedna. Tykający zegar wybijał nazwiska bliskich, sekundy od rozstania z mamą i tatą. Ci ludzie nie mieli serc z kamienia, żyli tak jak my. Piętno zostaje, zostaje też w psychice kolejnych pokoleń. Wielu z ocalałych porzuciło religię. Rabini w czasie Holokaustu kazali im czekać na to, co będzie dalej, bo przecież zawsze jakoś to było…

- Do Nowego Sącza wróciły 123 osoby, a ocalało?

- Ciężko powiedzieć. Znamy historie osób, które przetrwały, ale do Nowego Sącza nie wróciły, bo nie miały po co – ich całe rodziny zginęły. Można sobie zresztą wyobrazić co przeżywali ci, którzy wrócili. Wysiadają na dworcu, idą ulicami, które są wyłożone macewami - pod nogami znajdują nagrobki swoich przodków. Idą w kierunku dzielnicy żydowskiej, która jest jedną wielką ruiną, bo wybuch w zamku w 1945 r. doprowadził do wielkiej katastrofy urbanistycznej. Idą dalej w kierunku cmentarza żydowskiego, gdzie odbywa się targ bydła. Nie było po co wracać… Tak jak pisał Albin Kac – to był jeden wielki cmentarz. Miasto było dla wszystkich - Polaków, Żydów, także Niemców – jedną wielką raną, która w kolejnych latach się zabliźniała.

- Co się stało z materialnymi śladami bytności Żydów w Nowym Sączu. One są?

- Jest cmentarz żydowski, synagoga, bożnica na ul. Jagiellońskiej, siedziba gminy żydowskiej na ul. Wąsowiczów i to właściwie wszystkie ślady, które zostały po przedwojennej obecności Żydów w mieście. Ale to są ślady społeczności, religii. Są jeszcze ślady ludzi, one są bardziej emocjonalne, ważniejsze. Tak jak powiedziałem – 16 tys. to liczba, ale za każdą jest życie: ulubiona muzyka, pierwsza miłość, zapach Dunajca, pierwsze wypite piwo. Mnóstwo słyszałem takich historii. To nie jest tak, że gdy tutaj przyjeżdżali ocaleni, których zostało już bardzo mało, to szukali zabytków. Nie, oni przeżywali, że widzieli Ratusz, ul. Lwowską, Jagiellońską, ruiny zamku, popatrzyli na Beskidy i oddychali zapachem rzeki. To się liczy.

- A co z ich mieszkaniami, rzeczami, które zostawili, idąc do wagonów?

- Z tego co badałem, warunki życia w getcie były fatalne. Trudno tu mówić o jakimkolwiek dobytku. Wyposażeniem mieszkania był np. stół zbudowany z deski czy z drzwi od szafy. W oknie zamiast firanek były gazety. Brak toalety, tylko jakieś wiadro w rogu. Co więc mogli ze sobą zabrać? Getto zostało opustoszałe w sierpniu 1942 r. i potem przystąpiono do jego sprzątania. Dzielnica zamkowa została zniszczona po wybuchu zamku. Warto pamiętać, że właśnie między zamkiem a rynkiem była dzielnica żydowska, tu gdzie przed synagogą jest parking, stało kilkanaście budynków, które zniknęły. Zniknęło całe podzamcze, czyli teren między obecną fabryką Korala a zamkiem. Mówiło się, że ktoś znalazł świeczniki, puchary czy jakieś pieniądze. Tak też było po wojnie.

- Przed rokiem Dariusz Popiela powiedział na naszych łamach, że o pamięć tych ludzi nie ma kto dbać, bo oni i ich rodziny nie przetrwali.

- My dbamy, zresztą Darek też. Przyjeżdżają też potomkowie sądeckich Żydów, drugie, trzecie pokolenie. Są wśród nich osoby naprawdę mocno zaangażowane w pomaganie nam w organizacji uroczystości upamiętniających likwidację getta czy w obchodów akcji kwietniowej z 29 kwietnia, kiedy zamordowano 300 osób. To jest zaangażowanie trochę na odległość, ale tak się historia potoczyła.

- Coraz więcej się o tym mówi? Coraz więcej osób się angażuje w przypominanie historii?

- Ciągle jest to biała plama w historii miasta Nowego Sącza. Ktoś, kto naprawdę historię rozumie, dostrzeże, że trzeba się tymi tematami zajmować. Mija osiem lata od założenia Sądeckiego Sztetlu. Dużo ciekawych rzeczy się przez ten czas wydarzyło. Sama idea zrodziła się w 2010 r., gdy zmarł Jakub Muller. Dalsze zajmowanie się tematem stanęło wtedy pod znakiem zapytania, ale na Facebooku powstała grupa i okazało się, że ma duże zainteresowanie.

- Bywa trudno, bo temat żydowski nie jest czarno-biały?

- Zdecydowanie nie jest czarno-biały. I bywa trudno. Ale jest też duże zainteresowanie tematyką, pozytywny odzew, co widać szczególnie w czasie rocznicy likwidacji getta. Żydowskich sąsiadów naszych dziadków zabito w 1942 r., ale może to nie ta śmierć boli najbardziej. Zapomnienie to też rodzaj śmierci, dlatego cieszę się, że sądeczanie pamiętają.

 

BrowarSylwester2

Wypowiedz się w tej sprawie

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w Polityce prywatności oraz regulaminem, dostępnymi na stronie internetowej.