Mateusz czterokrotnie pokonał raka. Teraz potrzebuje pomocy życzliwych ludzi

Mając 14 lat walczymy o dobre oceny, o wygraną w piłkę nożną z kolegami, czy też o wyższe kieszonkowe. Mateusz Płecha musiał walczyć o życie, kiedy jego organizm zaatakował złośliwy rak kości. W tym samym czasie zmarła jego mama. Jednak mimo bólu nie poddał się. Cztery przerzuty, niegojąca się blizna po endoprotezie i kilka operacji... Walkę zwyciężył. Znalazł także miłość, która zaprowadziła go 245 kilometrów od domu rodzinnego w Aleksandrowie do Nowego Sącza, gdzie teraz mieszka. Żeby mógł z uśmiechem patrzyć w przyszłość 20-latek potrzebuje  wsparcia, które pomoże mu w całkowitym powrocie do zdrowia. 

-Nie oczekuję od życia wiele. Chciałbym aby było tak, jak jest w tej chwili. Niczego więcej nie potrzebuję. Jeśli mam być szczery, to chciałbym się ożenić z moją dziewczyną - uśmiecha się skromnie Mateusz.

Jak mówi - interesuje się od dziecka komputerami i chciałby znaleźć pracę biurową. Obecnie, o ile zdrowie pozwala, chłopak jeździ dwa razy do roku na turnusy rehabilitacyjne oraz co jakiś czas na kontrole do szpitala w Warszawie. To wiąże się z niemałymi kosztami za noclegi i za podróż.

- Ciężko jest samemu to wszystko ogarnąć - dodaje. Jednak wierzy, że znajdą się ludzie, którzy zechcą mu pomóc.

Boli, bo rosnę.

Historia Mateusza rozpoczyna się w 2011 roku. Był wówczas zwyczajnym, wesołym i lubiącym grać w piłkę nożną uczniem gimnazjum. Pewnego dnia zaczął odczuwać dziwny ból nogi, jednak tłumaczył sobie to faktem, że rośnie i stąd dolegliwość. Jednak ból nasilał się i konieczna była wizyta u lekarza. Nadszedł wrzesień 2011 i wówczas wszystko stało się jasne: złośliwy rak kości - zdiagnozował lekarz.

-W wieku 14- lat nie wiedziałem jeszcze, co to dokładnie oznacza, nie zdawałem sobie sprawy z powagi sytuacji. Sądziłem, że po dwóch/trzech dniach wrócę ze szpitala do domu i będzie wszystko w porządku. Poza tym wówczas mało się mówiło na temat raka, media nie nagłaśniały i nie edukowały społeczeństwa na ten temat, tak jak teraz - stwierdza. 

Dla rodziny Płechów w jednej chwili świat się zatrzymał. To było dla nich jak cios prosto w serce. Rozpoczął się tragiczny wyścig z czasem i walka o życie. Każdy dzień zwłoki oznaczał szalę zwycięstwa przechyloną na korzyść choroby. Na początek trzeba było znieść cztery miesiące chemioterapii oraz operację  usunięcia guza i włożenia endoprotezy zastępującej kość biodrową, którą wykonano w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie. W międzyczasie, zaraz po zabiegu, przez pięć miesięcy chłopak otrzymywał agresywną chemioterapię. To nie było jedyne zmartwienie.

- Początkowo po zabiegu wstawienia endoprotezy wszystko było w porządku. Niestety do czasu, gdy okazało się, że nie chce się przyjąć. Bez przerwy miałem stany zapalne, rana pooperacyjna także się nie goiła. Miałem robione drenaże oczyszczające, ale nie wiele pomagały, brałem cały czas antybiotyki - wspomina Mateusz.

Lekarze byli jednomyślni: potrzebna jest nowa endoproteza. Na domiar złego, po ośmiu miesiącach bez chemioterapii pojawił się przerzut na płuco. Mateusz przeszedł kolejną operację usunięcia guza z płuca oraz przyjął kilkumiesięczną chemioterapię w szpitalu w Warszawie. Dodatkowo cały czas musiał stosować antybiotyki, gdyż rana pooperacyjna nogi, nie goiła się i ciągle wdawał się stan zapalny.

Kolejny cios w nierównej walce

Walka o życie stawała się coraz trudniejsza. Sześć miesięcy po pierwszym przerzucie pojawił się kolejny. Znów operacja i kolejna chemioterapia. Na domiar złego rana nie goiła się. Lekarze postanowili wstawić nową endoprotezę. W listopadzie 2014 roku nastolatek przeszedł kolejną operację. Wyciągnięto z biodra endoprotezę i założono na osiem miesięcy gips biodrowy usztywniający nogę.

-Na nową endoprotezę miałem czekać trzy miesiące, jednak przedłużyło się do dziewięciu - dodaje chłopak.

We wrześniu tego samego roku u mamy Mateusza zdiagnozowano raka. Została poddana chemioterapii i radioterapii, jednak leczenie nie przyniosło efektów.

Mama coś wcześniej podejrzewała, ale nie chciała się przyznać i robić kłopotu. Kiedy lekarz ją zdiagnozował było już za późno, miała kilka przerzutów i mimo walki bardzo szybko zmarła - wspomina z bólem 20-latek.

Z Aleksandrowa do Nowego Sącza

Mimo tragedii Mateusz nie poddawał się, walczył o zdrowie i ani myślał odpuścić. Był 2015 rok. Pewnego razu do kliniki w Warszawie trafił młody chłopak - Damian, który dopiero zaczynał swoją walkę z rakiem. Okazało się, że pochodzi z okolic Nowego Sącza, dokładnie z Łącka. Chłopcy zaprzyjaźnili się, Mateusz był też jego oparciem, gdyż miał za sobą kilka chemii i wiedział jak to wygląda.

Mateusz w sierpniu skończył brać chemioterapię i we wrześniu doczekał się wreszcie operacji wstawienia nowej endoprotezy, która tym razem przyjęła się.

W grudniu rozpoczął kurs prawa jazdy, o którym marzył od dawna. Kilka miesięcy później, za pierwszym razem zdał egzamin, ale zanim to nastąpiło, spędził Sylwestra w Łącku, u kolegi, którego poznał w klinice w Warszawie.

Tam spotkał Asię - swoją obecną dziewczynę i największą miłość. Jeździł do niej przemierzając niemal 300 km. W końcu postanowił się przeprowadzić do Nowego Sącza. Decyzja ta nie była łatwa, wątpliwości miał także tata chłopca, zwyczajnie martwił się o niego.

Ale stało się! Mateusz postanowił na swoim.

-We wrześniu 2016 przeprowadziłem się do Nowego Sącza zacząłem chodzić do szkoły policealnej o profilu technik informatyk, ale dosłownie po paru miesiącach musiałem zrezygnować ponieważ choroba wróciła - wspomina.

Rak nie chciał odpuścić. Mateusz musiał podjąć czwartą walkę o swoje życie, ale ani myślał się tym zamartwiać. Po prostu walczył. Jak sam zaznacza  - nie bez znaczenia był fakt, że miał u boku kochającą dziewczynę, która go wspierała.

- Było inaczej. Po chemii bardzo dobrze się czułem, byłem w stanie wsiąść w samochód i przejechać 300 kilometrów - mówi.

W końcu udało się. Mateusz wygrał z rakiem w marcu 2017 roku. Wówczas wziął ostatnią chemioterapię i po dziś dzień wszystko jest w porządku, także wyniki badań nie dają powodów do zmartwień. Do pełni szczęścia potrzebuje jedynie całkowicie sprawnej nogi, gdyż teraz porusza się o kuli. Żeby odzyskał w pełni siły, musi jeździć na rehabilitację, co wiąże się ze sporym kosztem. Musi też przechodzić kontrole i wykonywać badania w szpitalu w Warszawie. Po tak długiej i wyczerpującej walce staje na nogi, jednak potrzebuje pomocy, gdyż nie jest w stanie sprostać finansowo kosztom związanym z rehabilitacją, dojazdamii noclegami w Warszawie.

Wierzymy w Wasze dobre serce i w to, że razem uda nam się wspomóc walecznego Mateusza.

Chcesz pomóc? 

Wsparcie dla Mateusza koordynuje nowosądeckie Stowarzyszenie Sursum Corda.

Wpłać dowolną kwotę na specjalne konto bankowe:

Stowarzyszenie SURSUM CORDA
26 8805 0009 0018 7596 2000 0080
z dopiskiem/tytułem "Mateusz Płecha"

W przypadku wpłat z zagranicy należy podać dodatkowo kod swift:
POLUPLPR, zaś przed numerem powyższego rachunku wpisać: PL

Lub przekaż 1% podatku. Jak? Nic prostszego!

W deklaracji PIT wpisz nasz  nr KRS 00000 20382
w polu "Cel szczegółowy" dopisz "Mateusz Płecha"

Link do strony Mateusza na Sursum Corda znajdziesz TUTAJ

Dziękujemy!

 

 

Fot. arch. prywatne Mateusza

ŚLIZGOSTRADA

Wypowiedz się w tej sprawie