Mój sąsiad z rubryki obok martwi się, jak sobie poradzić ze świątecznymi życzeniami specjalnej troski. I słusznie. Lepiej być przygotowanym na różne rozwiązania, a nawet mieć ze sobą plecak ewakuacyjny. Legendarne „nawzajem” będące motywem przewodnim u JM Bulzaka, jest igraszką ledwie. Wszak takie zbiorowe składanie życzeń na zgromadzeniach może się skończyć zaliczeniem plaskacza z liścia w twarz i to bez wyciągania rąk z kieszeni.
Wiem co mówię. Jak mawiają starzy Lachowie w długie jesienne wieczory: „Działo się to za poprzedniego reżimu…”. Miłościwie panujący zaprosił dziennikarzy do zamku na opłatek i barszczyk z uszkami. Ludzie coś tam sobie składają, najczęściej „najlepszego” albo „nawzajem”, choć niektórzy z tyłu głowy i języka mają raczej „a żeby cię chudy byk popieścił”. I tak to leci, a pierogi stygną. W ogólnym zamieszaniu puszy się wicepanujący. Przyjmuje hołdy, nadmiernie lukrowane słowa spija z ust licznych pochlebców, którzy lizusowskie przymiotniki uznania dla jego dokonań chcą w przyszłości zamienić na dobrą monetę. Ale wicegospodarz w zasobach licznych przymiotów godnych męża opatrznościowego posiada również szczerość. I nie zawaha się jej użyć. Na moje więc bałakanie, że oto prawie Wigilia, że biała gwiazda zza horyzontu się wyłania, szczerze odpowiada: „życzenia przyjmuję, ręki nie podaję!” Co za lapidarny kunszt! Jakże misternie trafne! Jakże lekkie w swojej prostocie, a jednocześnie gatunkowo artyleria ciężka, posyłająca przeciwnika (w tym wypadku mnie) natychmiast do piachu. To było owo zaliczenie z liścia, choć walący w twarz, nawet rąk z kieszeni wyjmować nie musiał. Tak się przechodzi do historii. To jest mistrzostwo, o którym opowiadać będą sobie pokolenia. Nawet „nawzajem” nie zdążyłem odszczeknąć.
Ale o czym to myśmy mówili? Otóż zima jest stanowczo przereklamowana. Jak można lubić zimno zamiast ciepła? Co jest fajnego we wnoszeniu do chałupy na butach soli, piachu i siutru, którymi dobry gospodarz obficie posypuje gościńce i trotuary? A może wy lubicie, jak wasz samochód tańczy po drodze i finalnie ląduje w paryi. Bo ja nie lubię ani zawiei, ani zamieci, ani obfitych roztopów, ani nawet dzwoneczków sań. Wkurza mnie „biały puch, który otulił świat delikatną pierzynką”. Ani trochę nie rozumiem miłośników białego szaleństwa. To nierozsądne. Ba, są nawet zawody, gdzie pracodawca zakaz tego wariactwa wpisuje do umowy o pracę. Z zimy lubię tylko gapienie się na sikorki w karmniku. Taka sikorka, to stworzenie idealne. Przepisowo nosi żółtą kamizelkę, żeby jej inne ptaszki nie potrąciły w locie, no i kulturę osobistą oraz empatię stawia na pierwszym miejscu. Dlatego całą zimę mógłbym się gapić jak taka sikorka ląduje w karmniku, bierze ziarenko i odlatuje na najwyższą gałąź, żeby je wtranżolić. Tym samy robi miejsce innej sikorce, a ta następnej i następnej. Cały ten sikorzy ruch lotniczy wygląda jakby był nawigowany przez wieżę kontroli lotów na Londyn Heathrow. Jedni startują, inni lądują. I jak się tak gapię latami na te sikorki w karmniku, to nie widziałem jeszcze takiej, która by się pchała do koryta, żeby nachapać więcej ziarenek niż inne. Wesołych Świąt!
Czytaj całe świąteczne wydanie DTS:
[kliknij w okładkę, aby uruchomić pobieranie e-wydania za darmo].



























































































































































































































