Właściwie od grudnia wiadomym było, że ani Sandecja nie chce u siebie Rafała Wolsztyńskiego, ani sam zawodnik specjalnie nie palił się do przesiadywania w głębokiej rezerwie. Sytuacja przy każdej kolejnej próbie nie znajdywała rozwiązania, bowiem na przeszkodzie – jak to zazwyczaj w takich momentach bywa – stawały pieniądze. Mijał czas, upadały kolejne pomysły na konsensus i problem zamienił się w konflikt.
Można powiedzieć, że punktem kluczowym dla relacji obu stron był początek grudnia i utworzenie listy transferowej. Sandecja umieściła tam między innymi króla strzelców z poprzedniego sezonu – Rafała Wolsztyńskiego. Zainteresowanie usługami napastnika wyrażały między innymi Sparta Katowice, KSZO Ostrowiec Świętokrzyski, Mławianka Mława, Avia Świdnik i Chełmianka Chełm. Na testy zaprosił go także pierwszoligowy Górnik Łęczna, ale finalnie nic z tego nie wyszło. Z biegiem czasu wiele wskazywało na to, że Wolsztyński w Nowym Sączu jednak zostanie, ale w swojej drużynie nie widział dla niego miejsca trener Rafał Smalec. Ponadto sztab szkoleniowy dopatrzył się u zawodnika konieczności wdrożenia treningów indywidualnych i nadrabiania zaległości. Przy tym wszystkim klub usilnie poszukiwał snajpera, kolejno padały nazwiska Kamila Sabiłło, Szymona Sobczaka czy ostatnio Damiana Warchoła. To wszystko coraz bardziej podsycało zbliżający się wybuch emocji.
Nagle w dniu 18 lutego Rafał Wolsztyński „odpalił się” na platformie X. Padały różne zarzuty – o brak wypłacania wynagrodzenia, brak szacunku i celowe działanie na szkodę piłkarza. Obrywało się tajemniczym „dwóm osobom” (można się domyślać, że chodzi o właścicieli) w klubie chcącym rzekomo zawodnikowi wyrządzić krzywdę. Wkrótce wpisy zamieniły się w obszerną dyskusję, padały mniej lub bardziej racjonalne stwierdzenia, po czym do sprawy włączył się nawet właściciel klubu Arkadiusz Aleksander. Znak czasów, że takie rozmowy odbywają się publicznie w mediach społecznościowych.
Swoją drogą bardzo niefortunne wydaje się chyba stwierdzenie człowieka, który ponoć zarabia około 26 000 złotych netto miesięcznej pensji (plus premie), że nie ma pieniędzy, aby „zabrać rodzinę na obiad, czy dzieci na lody”. Każdy ma jednak własny sposób na budżet domowy i nic nam do tego. Później okazało się jednak, że zarzuty Wolsztyńskiego znacznie mijają się z prawdą, jeśli chodzi o zaległości.

Sandecja odniosła się do sprawy w oświadczeniu. – W nawiązaniu do wczorajszych postów Rafała Wolsztyńskiego w serwisach społecznościowych pragniemy poinformować, iż jego publikacje nie polegały na prawdzie. Zawodnik doręczył Klubowi faktury za swoje wynagrodzenie za grudzień 2025 r. i styczeń 2026 r. dopiero w dniu 13 lutego 2026 r. Klub zatem nie miał prawnej możliwości wcześniejszej zapłaty wynagrodzenia. Niezwłocznie po otrzymaniu w/w faktur klub opłacił zawodnikowi część jego wynagrodzenia. Pragniemy przypomnieć, że na mocy kontraktu zawodnik nie posiada tylko praw, ale ma też obowiązki względem Klubu, które zostały naruszone.”. – Trudno więc zrozumieć, dlaczego Wolsztyński oczekiwał zapłaty należności pomimo, że nie dostarczył do rozliczenia stosownych dokumentów.
W tak zwanym międzyczasie na jaw zaczęły wychodzić kolejne wątki, jakoby klub prowadził wobec swojego zawodnika postępowanie wyjaśniające, bowiem ten nie pojawił się na zbiórce przed wyjazdem na oficjalny mecz. Co więcej, ponoć dopiero kiedy autokar podjechał pod jego mieszkanie, to ten po pewnych rozmowach zdecydował się jednak wybrać z drużyną. Wydarzenie rozwścieczyło zarówno właścicieli klubu, jak również szkoleniowca, jednakowoż Wolsztyński tłumaczył się później, że po prostu zaspał i problem jej rozdmuchany.
Dlaczego, skoro sytuacja była tak napięta, strony nie rozstały się wcześniej? Otóż zawodnik ma ważny kontrakt do czerwca przyszłego roku – łatwo więc policzyć ile pieniędzy zostało mu w Nowym Sączu do zarobienia. Złożył on więc władzom propozycję, iż rozwiąże swój kontrakt, jeśli otrzyma rekompensatę – równowartość kilkumiesięcznej pensji. Właściciele stwierdzili, że nie jest to dla nich opłacalne, bo jednak lepiej mieć tego Wolsztyńskiego w składzie skoro i tak trzeba mu zapłacić, niż puścić go do konkurencji z sowitą odprawą. Nie trudno się domyślić, że piłkarz zapewne miał na taką okoliczność przygotowaną nową drużynę, gdzie przeniósłby się niezwłocznie.
Co przyniosła ta cała wojenka? Zawodnik ściągnął na siebie widmo kilkuset tysięcy złotych kary za naruszenie klubowych regulaminów. Sandecja otrzymała sporą dawkę złego PR-u po oskarżeniach ze strony Wolsztyńskiego, które finalnie okazały się niesłuszne. Dalej nastąpiło więc rozwiązanie umowy za porozumieniem stron, lecz na zupełnie innych warunkach niż omawiano to wcześniej. Po tym, jak zwaśnione strony już się rozeszły, Rafał Wolsztyński wydał oświadczenie. Przeprasza i przyznaje, że zamieszczał wiadomości o klubie, które mogły wprowadzać w błąd.

Czy to wystarczająca pokuta? Zawodnik skarży się, że klub mu nie płaci, w dodatku ktoś wyrządza mu celowo krzywdę, a to wystarczy, aby rozniecić płomienne artykuły w różnych portalach, że Sandecja znęca się nad piłkarzem. Mijają trzy dni – piłkarz na odchodne mówi „przepraszam”, które nie będzie miało nawet 25% procent tego zasięgu, co miały jego oskarżenia. Tak naprawdę, to chyba mocne działanie na szkodę spółki, ale od takich rozstrzygań są przecież prawnicy.
Czytaj także: Nowe nazwisko na radarze. Sandecja wciąż mierzy wysoko


















































































































































































































