Odmiana nazw miejscowości w Polsce to temat rzeka, który potrafi poróżnić nawet najbliższych sąsiadów. Kiedy więc nadarzyła się okazja, żeby osobiście porozmawiać z prof. Jerzym Bralczykiem i redaktorem Michałem Ogórkiem, od razu wiedziałem, że muszę rzucić na stół lokalne klasyki. Bez owijania w bawełnę wziąłem na warsztat Tęgoborze i jego kapryśną odmianę, która od lat dzieli kierowców oraz samych mieszkańców. Przy okazji pogadaliśmy o tym, dlaczego Nowy Sącz tak chętnie gubi w skali kraju swój przymiotnik. Zamiast nudnego wykładu wyszła nam lekka, pełna humoru, ale też bardzo konkretna rozmowa.
Tęgoborze, czyli językowy bór
Każdy, kto choć raz jechał trasą z Krakowa do Sącza, doskonale zna Tęgoborze. I na pewno słyszał, jak różnie ludzie odmieniają tę nazwę. Rozpoczynając spotkanie, zapytałem moich gości wprost o ten regionalny spór, który trwa od wielu lat i do dzisiaj pozostaje nierozstrzygnięty. Jerzy Bralczyk tylko się uśmiechnął. Jak wyjaśnił, dla niego takie językowe łamigłówki, to czysta przyjemność, dlatego odparł, że skoro to trwało od lat, to niech jeszcze trwa: – Bardzo lubię takie sytuacje, w których mamy kilka możliwości i nawet spory językowe, ponieważ takie spory sprawiają, że inne spory się nie pojawiają. Profesor zaczął się głośno zastanawiać, czy to liczba mnoga, czy może liczba pojedyncza rodzaju nijakiego.
No dobra, ale kto w takim razie ma rację? Okazuje się, że wcale nie sztywne reguły ukryte w słownikach. Językoznawca postawił sprawę jasno, mówiąc, że „decydują o tym mieszkańcy najczęściej” oraz że „tu nie ma takich reguł, które by przeciw mieszkańcom mogły występować”.
Żeby jednak nie zostawiać tematu w zawieszeniu, spróbowałem wyciągnąć od niego konkretną deklarację. Dla profesora sprawa intuicyjnie jest dość prosta: „W Tęgoborzu raczej niż w Tęgoborzach. To dla mnie byłoby oczywiste, ja bym tak powiedział”. Dodał przy tym dla porównania, że mówi się przecież „w Międzymorzu”, a nie „w Międzymorzach”.
Tyle akademickiej teorii, bo przecież praktyka na naszych drogach i w domach bywa zupełnie inna. Od razu wszedłem mu w słowo, zauważając, że formą, która jest u nas używana najczęściej, jest zazwyczaj ta z końcówką „-y” – czyli mówimy, że „byłem na przykład w Tęgoborzy, a nie w Tęgoborzu.
Kiedy przeszliśmy do tematu samych mieszkańców – czyli Tęgoborzan i Tęgoborzanek – do tablicy wywołał się Michał Ogórek. Zwrócił uwagę na to, kto dzisiaj wita nas jako pierwszy i nawiązując do współczesnej mody językowej na wymienianie najpierw kobiet, rzucił z przekorą: „Dlaczego niby żeńska forma ma być najpierw? To już nic z tym nie zrobisz. Już tak jest w tej chwili”. A po chwili, z właściwym sobie czarnym humorem, zaproponował rozwiązanie, które zamknęłoby temat raz na zawsze: „A może by tu przyłączyć to Tęgoborze do czegoś innego i to w ogóle by zniknęło?”
Nowy Sącz staje się po prostu… Sączem
Drugi temat to nasza regionalna tożsamość i wieczny dylemat: dlaczego w Polsce wszyscy mówią „Sądecczyzna” i „Sądeczanie”, a tak rzadko używają pełnej nazwy z przymiotnikiem „nowosądecki”? Zapytałem panów prosto z mostu, skąd to się wzięło, że nazwa całego regionu nie pochodzi bezpośrednio od dużego miasta i czy tak to właśnie powinno wyglądać. Tu profesor Bralczyk mocno mnie zaskoczył, przy okazji bardzo miło łechcąc naszą lokalną dumę. Według niego to dla nas świetna wiadomość: „Myślę, że powinniście się z tego cieszyć. Bo to by znaczyło, że Nowy Sącz się stał prawdziwym Sączem. Że kiedy się mówi o Sączu, częściej się myśli o Nowym niż o Starym”.
Żeby to lepiej zobrazować, profesor wyciągnął z rękawa świetny przykład z polsko-czeskiej granicy. Przypomniał, że dla nas miasto po drugiej stronie to zawsze „czeski Cieszyn”, podczas gdy na ten po naszej stronie mówimy po prostu „Cieszyn”, a nie „polski Cieszyn”. „O czym to świadczy? O tym, że polski Cieszyn zdominował. Prawda?” – pytał retorycznie profesor. Kiedy Bralczyk snuł tę opowieść, Michał Ogórek nagle wszedł mu w słowo, rzucając z właściwym sobie błyskiem: „Ale Czesi chyba mówią polski Cieszyn”. – Już nie mówią, bo tam Wietnamczycy mieszkają. W obu Cieszynach – ripostował mu Jerzy Bralczyk.
Wniosek? Nasza sądecka mowa żyje własnym życiem i żadne sztywne reguły jej nie złamią. A dzięki panom Bralczykowi i Ogórkowi nasze lokalne dylematy doczekały się w końcu lekkiego, życiowego i bardzo trafnego komentarza.
Czytaj także: Koniec teorii, czas na projekt. Zamek w Nowym Sączu ma zielone światło
fot. Natalia Sekuła



































































































































































































