Krzysztof Romańczyk – Master of Mechanik: TIR-y to nie są zwykłe samochody

W zasadzie od dziecka reperował wszelkie pojazdy. A ponieważ na podwórku rodziców w Bereście nie brakowało traktorów, małych fiatów i innego sprzętu mechanicznego, warunki do praktykowania były wręcz idealne. W pierwszej klasie samochodówki samodzielnie złożył silnik żuka. Dwukrotnie zdobył tytuł najlepszego mechanika w Polsce, zdobywając tytuł Master of Mechanik.

wsb3

*

Krzysztof Romańczyk reperuje TIR-y w sądeckim Truck Partnerze. Nieco ponad dwadzieścia lat temu zaczynał w zawodzie od cerowania sypiących się radiowozów w wyjątkowo niedoinwestowanej wówczas policji. To była świetna praktyka dla początkującego mechanika, bo zdezelowane auta policyjne z kilkusettysięcznym przebiegiem, wymagały świętej cierpliwości. Ciągnęło go jednak do wielkich samochodów, a pierwsza z nimi przygoda przytrafiła mu się podczas półrocznego wyjazdu zarobkowego do Szwecji, gdzie został kierowcą wielkich ciężarówek.

Samochody, które potocznie nazywamy tirami, to obecnie pasjonujące urządzenia mechaniczne – opowiada o swojej pracy Krzysztof Romańczyk. – Dzisiaj, kiedy postęp technologiczny pędzi tak bardzo do przodu, samochody, z którymi mam do czynienia, trudno w ogóle porównywać z pojazdami, na których uczyłem się mechaniki. To komputery na kołach. Zresztą wie o tym pewnie każdy posiadacz nowoczesnego samochodu. Dawniej, kiedy coś się popsuło, każdy sam podnosił maskę i majstrował. Dzisiaj usterkę sygnalizuje zapalenie się jakiejś kontrolki i trudno poradzić sobie, bez diagnozującego problem komputera.

*

Nowe czasy w mechanice samochodowej najlepiej zresztą widać właśnie w wielkich firmach przewozowych, a Nowy Sącz – jak powszechnie wiadomo – jest stolicą polskiego transportu. Dzisiaj kierowca zgłaszający gdzieś z odległego miejsca usterkę czeka na serwisantów z danego kraju obsługujących samochody w ramach gwarancji.

Ale jeszcze całkiem niedawno tak wygodnie nie było – śmieje się Romańczyk.  – Jak się nasz TIR popsuł w Hiszpanii albo we Francji, wsiadaliśmy w samochód osobowy i gnaliśmy przez Europę naprawiać go na miejscu. Dlaczego? Bo jak kierowca zgłosił awarię w piątek, to miejscowy serwis docierał do niego po weekendzie, części dowożono na środę, więc prawie cały tydzień stał unieruchomiony. My docieraliśmy do niego w sobotę, a w niedzielę mógł jechać dalej. Wiadomo, że w transporcie liczy się czas i terminy, a popsute auto zamiast pracować, tylko generuje koszty. Na szczęście dzisiaj takie akcje naprawcze należą do rzadkości, bo niemal cała flota ZET Transport, to auta na gwarancji, obsługiwane na miejscu przez serwisantów danej marki.

*

Żeby nie było wątpliwości, Krzysztof Romańczyk uważa zawód kierowcy wielkiej ciężarówki za jeden z trudniejszych i najbardziej wymagających.

Mechanik codziennie po pracy wraca do domu, kierowcy do domu wracają co sześć tygodni, bo w takich cyklach dzisiaj pracują przewoźnicy – mówi Romańczyk. – Trzeba kochać takie życie w drodze, kiedy kabina ciężarówki całymi latami jest dla ciebie domem. Oczywiście, że dzisiejsze TIR-y to supernowoczesne i bardzo wygodne pojazdy, nie zmienia to jednak faktu, że kierowcy są nieustannie poszukiwani, a chętnych brakuje. Nie ma w Nowym Sączu firmy przewozowej, w której nie pracowaliby Ukraińcy. U nas jeździ ich już osiemdziesięciu.

*

Ale TIR-y to nie są zwykłe samochody. TIR-y to tytani wśród pojazdów mechanicznych. Przeciętny posiadacz osobowego samochodu używanego do celów prywatnych, jeśli wykręci 25-30 tysięcy km rocznie, uchodzi za przyklejonego do kierownicy, a przebieg 250 tys. km to dla większości aut czas zasłużonej emerytury, jeśli w ogóle takiego przebiegu doczekają. TIR z przebiegiem miliona km nie jest czymś szczególnym, a pokonanie rocznie 150 tys. km nie jest jakimś nadzwyczajnym wynikiem.

Gdybyśmy osobowe auta eksploatowali tak jak użytkowane są TIR-y, pewnie też moglibyśmy nimi przejechać kilka razy więcej kilometrów niż przejeżdżamy – przekonuje Krzysztof Romańczyk. – Kierowca wielkiej ciężarówki nie zatrzymuje się co chwilę na światłach, nie zmienia nieustannie biegów, tylko jedzie kilkaset kilometrów w jednym rytmie. To sprzyja żywotności silnika, choć jest to silnik wielki, bo 500-konny i spalający ok. 13 litrów na setkę.

*

Jak się zostaje najlepszym mechanikiem w Polsce? Według Krzysztofa Romańczyka to bardzo proste:

Trzeba się nieustannie uczyć, być ciekawym nowych rozwiązań i codziennie przez wiele godzin pracować z samochodami. Kiedyś nie wszyscy chętnie jeździli na szkoleniowe wyjazdy, a ja zgłaszałem się przy każdej okazji. Wspominałem, że z każdym rokiem technologia idzie do przodu, a jak nie jesteś ciekawy uczenia się nowości, to samochód zostawi cię daleko w tyle. Proszę zwrócić uwagę, że dzisiaj w zasadzie nie kształci się mechaników samochodowych w dawnym znaczeniu, dzisiaj dominuje mechatronika – czyli połączenie mechaniki z elektroniką, która zdominowała również motoryzację. Jeśli w wielkim aucie coś szwankuje, to najczęściej właśnie układy elektroniczne.

I z nimi nie tylko najlepszy polski mechanik musi umieć sobie poradzić. W konkursie Master of Mechanik najpierw z teoretycznymi eliminacjami, na które w tej edycji nie trzeba było nawet opuszczać domu, wypełniając testy w internecie. Potem dziesiątka finalistów naprawia w Warszawie dziesięć popsutych TIR-ów, na co miała mają 20 minut. Jeśli więcej osób usunie wszystkie sprowokowane przez organizatorów usterki, decyduje czas, w jakim uporali się z problemem. Po raz drugi już wszystkich konkurentów wyprzedził Krzysztof Romańczyk. Co w nagrodę? Pamiątkowa statuetka, weekend w Hotelu Gołębiewski w Karpaczu i – co dla Romańczyka najcenniejsze – dużo darmowych szkoleń, które pomogą mu być jeszcze lepszym. A już po powrocie do Nowego Sącza, szefowie Jan Załubski i Dariusz Krupa, dorzucili jeszcze premię finansową, dumni, że najlepszy polski mechanik pracuje właśnie ich firmie.

(micz)

KOMORA
ZESZYTYBOBO
Share on twitter
Share on facebook
INNE POSTY

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zamiast wzruszającego wstępu

Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz

10 lat temu (słownie dziesięć) 30 września ukazał się pierwszy numer „Dobrego Tygodnika Sądeckiego” (zwanego dalej DTS). Z tej okazji dokładnie 10 lat później oddajemy do rąk Czytelników nową odsłonę naszego portalu dts24.pl.

A wracając do jubileuszu, po długiej i burzliwej naradzie nie doszliśmy jednak do porozumienia – cieszyć się czy martwić z tego powodu? Cieszyć, bo to zawsze miło dojść do jakiegoś punktu. Martwić, bo choć wytrwali w marszu, to jednak jesteśmy starsi o dekadę.

Świętowanie jubileuszy pachnie naftaliną starej szafy, a już na pewno muzealną ekspozycją. A do muzeum jeszcze nam niespieszno. To już na cmentarz było zdecydowanie bliżej, wszak jakiś czas temu w konkurencyjnych mediach ukazały się dwa nasze nekrologi. I jak tu nie wierzyć w mądrości ludowe? Mówią, że umarłeś? Wróży ci to długie życie. O tych nekrologach DTS to byśmy już nawet nie pamiętali, ale Jerzy Wideł przypomniał na 27 stronie. Wiadomo, Wideł mieszka najbliżej cmentarza i pasjami czytuje nekrologi.

Zatem jubileusz bierzemy z marszu, bez ckliwych przemówień, ronienia łzy, ani też bez zbędnego zadęcia. Ot, pogrzebaliśmy trochę w starych zdjęciach, pofatygowaliśmy się sprawdzić co słychać u kilku bohaterów tekstów z tamtego 30 września i w zasadzie tyle. No dobrze, poprosiliśmy jeszcze prasoznawców i speców od mediów o krótki wykład, jak to jest z tą prasą lokalną (str. 14-15). Wychodzi na to, że ciągle nieźle. Przedwczesne również okazały się pogłoski o rychłej śmierci papieru jako nośnika różnych treści. DTS oczywiście nie upiera się, że wersja papierowa gazety jest nieśmiertelna i oddamy nie za nią życia. Wszak coraz więcej naszych czytelników wybiera niepapierową wersję gazety. Papier to jednak papier – prestiż i elegancja. A w internecie każdy stragan z jarzynami ma dzisiaj swoją stronę (z całym szacunkiem dla warzyw, powinno się je zjadać trzy razy dziennie).

Trendy są zresztą lekko odwrotne, a przecież wiadomo, że dziś wszelkie trendy wyznacza Facebook. No więc Facebook jakiś czas temu uznał, że dla swoich najlepszych klientów stworzy ekskluzywny, bezpłatny magazyn „Grow”. No, bo papier to prestiż (chyba już wspominaliśmy), a nie byle post na osi czasu. DTS identycznie – dla naszych najlepszych na świecie Czytelników tworzymy ekskluzywny, bezpłatny magazyn. Bo chcemy, żebyście poczuli się docenieni. Czy to nie jest piękne – wcale nie musicie być najlepszymi biznesowymi partnerami Marka Zuckerberga, by ktoś wyłącznie z myślą o Was tworzył ciekawe treści.

No i to by chyba było na tyle, jeśli chodzi o 10-lecie ukazania się pierwszego numeru DTS. Tyle się przez te lata wydarzyło ciekawych rzeczy (najważniejsze przypominamy na str. 16), ale przecież nie będziemy się tu wzruszać minionymi dokonaniami. Wyznajemy raczej starą piłkarską zasadę „Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz”. I cóż z tego, że wygrałeś już 100 meczów. Najważniejsze jest to, czy masz plan, jak wygrać dziesięć i dwadzieścia następnych. Nasze głowy pełne są pomysłów na najbliższe tygodnie i miesiące, potrzebujemy tylko sprzyjających warunków, aby je zrealizować. No i co mamy teraz napisać, że czasy są ciężkie, a przyszłość niepewna. Tyle to wiemy, przecież wszyscy mają pod górkę. A kto akurat ma z górki, też musi uważać, żeby się za mocno nie rozpędzić, bo potem wielkość guza jaki można sobie nabić jest wprost proporcjonalna do osiągniętego rozpędu.

Cieszymy się, że możemy robić dla Was coś ciekawego i pożytecznego. Od 10 lat napędzamy się naszym wrodzonym optymizmem, na równi zresztą jak reklamami, które na naszych łamach zamieszczacie. No i tu trafiamy na błędne koło filozoficznie – nie byłoby tak wielu Reklamodawców, gdyby DTS nie miał tak wielu Czytelników. Nie byłoby tak licznych Czytelników, gdyby Reklamodawcy nie utrzymywali gazety na zadowalającym wszystkich poziomie. Prawda, jaka piękna puenta?

Oczywiście chcielibyśmy Was wszystkich uścisnąć z okazji urodzin, ale pamiętamy, że trzeba zachować dystans społeczny. Nie znaczy to wcale, że podchodzimy do tego wszystkiego z dystansem. Wręcz przeciwnie. Wzruszamy się!

Redakcja DTS

Przeczytaj jubileuszowe wydanie „Dobrego Tygodnika Sądeckiego”: