Stryju, dzięki Twojej niezłomnej postawie uczyliśmy się patriotyzmu

– Jeszcze miesiąc temu podczas notacji z pracownikami IPN wspominał Ukraińca, który zaopiekował się nim podczas Marszu Śmierci i który dla umierającego zrobił z koca kołyskę podwieszoną u sufitu wagonu. Czeskich gospodarzy, którzy zaopiekowali się nim i przywrócili do żywych – opowiada o swoim stryju Józefie Hazie Agnieszka Masłowska. Jeden z ostatnich żyjących na Sądecczyźnie świadków tragicznej historii drugiej wojny światowej zmarł w niedzielę 18 kwietnia. We wtorek na cmentarzu w Przysietnicy w ostatniej drodze towarzyszyli mu najbliższa rodzina, przyjaciele i… góralska muzyka, którą kochał. 

Józef Haza miał 98 lat. Przeżył niemieckie obozy śmierci, później wraz z rodziną musiał się zmierzyć z prześladowaniami ze strony służb PRL. Na jego dzieci w szkole mówili “oświęcimiaki”. Nie mógł pogodzić się, że dziś próbuje zakłamać się historię.

Życiorys Józefa Hazy i słowa, które stanowią jego testament, przypomniała i przedstawiła podczas pogrzebowego przemówienia Agnieszka Masłowska:

“Szanowni Państwo. Jesteśmy tu dziś, żeby pożegnać drogiego nam człowieka. Józef Haza był jednym z ostatnich świadków tragicznej historii drugiej wojny światowej pochodzących z Sądecczyzny. Urodził się tu w Przysietnicy 26 marca 1923 r. w patriotycznej góralskiej rodzinie. Jego ojciec Jan dostał się do niewoli rosyjskiej i został zesłany na Syberię w 1914 roku, gdzie przez 7 lat wykonywał katorżniczą pracę.

W Przysietnicy też Józef Haza mieszkał po powrocie z niemieckich obozów śmierci, gdzie trafił w wyniku łapanki odwetowej 17 stycznia 1943 r. przy kościele w Barcicach.

Był wówczas partyzantem, zawiadowcą Batalionów Chłopskich, ps. „Kafka”, w oddziale pod dowództwem Stanisława Gołdyna „Krogulca” z Przysietnicy.

Przesłuchiwany przez gestapo w Nowym Sączu i Tarnowie nikogo nie zdradził.
Z rozbitą głową, uszkodzonym żołądkiem, ranami na rękach i nogach został skierowany do obozu Auschwitz-Birkenau i przewieziony tam 28 stycznia 1943 w bydlęcych wagonach wraz z dwoma tysiącami innych więźniów.

Tam stał się numerem 95591 – synonimem odczłowieczenia.

Jego pierwszy dzień w obozie: rampa kolejowa w Birkenau, okropny mróz i śnieg. Krzyk gestapowców, warczące psy. Więźniowie w pośpiechu wyskakujący z wagonów. Marsz za druty kolczaste na plac, całonocny apel. Głód i wyczerpanie.

Niedługo po aresztowaniu jego rodzice otrzymali propozycję – podpiszcie volkslistę, a wasz syn wyjdzie z obozu. Nie zgodzili się. Jego ojciec powiedział: „Jesteśmy Polakami i nie możemy zdradzić, ja przeżyłem 7 lat na Syberii, jeśli będzie mu dane od Boga powróci. Zawierzyli syna Bogu. Oddali go w opiekę Matce Bożej.

Przeżyłem obóz dzięki gorącym modlitwom mojej mamy. Kiedy śmierć była tuż, tuż w ostatniej chwili i w najmniej spodziewanym momencie przychodził ratunek – to Matka Boża Bolesna wysłuchała jej próśb – wspominał często Józef Haza.

Auschwitz to był początek gehenny. Stamtąd został przetransportowany, jako więzień polityczny do Sachsenhausen, potem do Buchenwaldu i Flossenbürga…

Ocalał z marszu śmierci; w kwietniu 1945 r. w czeskim mieście Kaplice został odbity przez czesko-ukraińskich partyzantów.

Jeszcze miesiąc temu podczas notacji z pracownikami IPN wspominał Ukraińca, który zaopiekował się nim podczas Marszu Śmierci i który dla umierającego zrobił z koca kołyskę podwieszoną u sufitu wagonu. Czeskich gospodarzy, którzy zaopiekowali się nim i przywrócili do żywych.

Do końca pamiętał przyjaciela i krajana, Wojtka Lisowskiego, który wmuszał w niego marne jedzenie, gdy – jako “muzułman” ważący 30 kilo nie miał sił, by jeść. “Jedz dziadu jeden. Musisz żyć, w domu płaczą i czekają na ciebie”. Mówił Wojtek.

Pamiętał Żydowskiego lekarza, który uratował go od komory gazowej, przeprowadzając na inny blok po tym, jak otrzymał od Niemców zastrzyk z tyfusem plamistym.

Wciąż pamiętał głód, pragnienie, chłód i lęk, esesmańskie razy… i rodziców, którzy zobaczył po powrocie do domu.

Po wojnie wraz z rodziną był szykanowany przez partię i służby PRL. Niestety, nawet w wolnej Polsce jeszcze.

Jego dzieci w szkole nazywane były OŚWIĘCIMIAKAMI… W jego domu wiedziano i głośno mówiono, czym był Katyń.

Całe jego życie to niesienie bezinteresownej pomocy innym, znajomym sąsiadom, rodzinom Oświęcimskim. Współtworzył również rolniczą Solidarność na Sądecczyźnie.

Po wielu latach od wyzwolenia z bólem serca mówił, że Polacy zapominają o tradycji i historii. Nie znają swoich korzeni. Uczestniczył we wszystkich patriotycznych uroczystościach, z dumą stając ze sztandarem. Takiego zapamiętał Józefa biskup tarnowski Andrzej Jeż i z przyjaźnią odwiedził go w domu niedługo przed śmiercią. Nigdy nie stracił wiary. Szedł w pielgrzymkach dziękować za ocalenie na Jasną Górę i do Limanowej do Matki Bożej Bolesnej.

Kiedy zapytałam go, o czym chciał, by inni pamiętali odpowiedział: “…że obóz Auschwitz-Birkenau to niemiecki obóz koncentracyjny, a napis „Arbeit Macht Frei” jest tego dowodem i świadectwem.

Że człowiek zawsze musi zachować swą godność i szanować godność innych.”

Powiedział, że nie czuje do nikogo nienawiści, bo „w sercu zemsty nosić nie wolno”. Że rodzina jest wielką siłą. Że każde życie jest darem. Jest bezcenne.

Zmarł w niedzielę w oktawie Bożego Miłosierdzia. Bóg był dla niego łaskawy.

W ostatnich chwilach była z nim jego ukochana rodzina – żona, którą odchodząc trzymał za rękę, dzieci, na które tak czekał i wnuki.

Odszedł człowiek szlachetny, odważny, prawy. Odszedł człowiek, dla którego BÓG, HONOR I OJCZYZNA nie były pustymi słowami.

Dzięki Twojej niezłomnej postawie uczyliśmy się patriotyzmu, byłeś naszym moralnym drogowskazem. Wiemy, w jakim kierunku mamy podążać.

Dziękuję Ci stryju…. Cześć Twojej pamięci.

***

Józef Haza był członkiem Związku Armii Krajowej. Został oznaczony Orderem Męczeństwa i Zwycięstwa dla Represjonowanych od 1939 do 1989 r. za Polskę Wolną i Sprawiedliwą (2001), Medalem Zwycięstwa i Wolności (1987), Krzyżem Oświęcimskim (1987), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (1983), Krzyżem Batalionów Chłopskich (1995), złotym Medalem „Za zasługi dla obronności kraju” oraz został uhonorowany przez Zarząd Powiatu Nowosądeckiego Złotym Jabłkiem Sądeckim (2017), Medalem Stulecia Odzyskanej Niepodległości (2020). W 2008 r. otrzymał stopień porucznika, a w 2017 r. kapitana za zasługi dla Związku Inwalidów Wojennych RP.

Fot. Barbara Masłowska

 

 

Share on twitter
Share on facebook
INNE POSTY

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.