Scena Słowik: Mitomania, porządek w chaosie i dada [RELACJA]

Scena Słowik: Mitomania, porządek w chaosie i dada [RELACJA]

Uwielbiam koncerty, które mają wszystkie wymagane dla krytyka-recenzenta składowe, by mogły ułatwić mu późniejszą robotę, a nawet zakończyć wydarzenie jeszcze przed jego rozpoczęciem. W tym drugim przypadku, to oczywiście kiepskiej jakości żart, choć bo ja wiem… Kiedy dajmy na to człowiek ma problemy z czytaniem ze zrozumieniem i pojawia się w „Spóźnionym Słowiku” dłuższą chwilę przed otwarciem bram, gdyż zrozumiał, że godzina ta jest godziną koncertu, nieść to może za sobą kusząco wywrotowe konsekwencje, którym należy się przeciwstawiać siłom i godnościom osobistom.

Jeżeli Julia Skowronek wita uśmiechem, rozmową i moim ulubionym IPA, Michał Chojecki robi mi wykład na temat zespołu, który za chwilę wystąpi, Aleksy Woropaj i Weronika Borkowska zgadzają się udostępnić swoje foty post factum, Kuba Sadowski – menadżer gwiazdy wieczoru, dosyła setlistę, Tomek Pilecki w sposób wciągający odciąga moją uwagę od roboty, a Michał Borkowski, Mikołaj Dunikowski i reszta obecnych z KarpatArt dorzucają swoje trzy grosze, tłumacząc jak to się stało, co się stać miało, by to, co miało nadejść, nadeszło i pojawiło się jeszcze dzień później, ale już w innym mieście – większym – i jako jedni z trzech w ramach kolejnego Grajdołka, satelity Grajdół Festiwal (pisało się TUTAJ), ich naczelnej imprezy (bardzo dobrej zresztą), a której 3. edycja odbędzie się czerwcem 2023 roku i na pewno okaże się wydarzeniem zacnym, bo z taką ekipą, to nie da się inaczej – to gdybym miał być bezczelny lub być sobą z jakiejś moralnie zwichniętej alternatywnej rzeczywistości, to w zasadzie mógłbym poprosić kogokolwiek o nagranie butlega, dopić IPA i wrócić do doma.

Jakub Wiśniewski | fot. Weronika Borkowska

Wiele jest zespołów, które są zwyczajnie słuchalne, a nawet takie, na których można zawiesić oko i nie zanudzić się w jego mgnieniu, lecz stosunkowo niewiele, które można (a jeżeli można, to należy) doświadczyć całym sobą. Pisanie o tym, z jakiej perspektywy na porządek i chaos w muzyce spogląda krakowski duet Kirszenbaum, to jak podziwiać piękny zachód słońca z perspektywy przeciwatomowego bunkra. Jest to możliwe, o ile mocno przymruży się oczy na gatunkowość, a zamknie się je na tekściarskie schematy. Dzieje się tak, dlatego że mamy tu do czynienia z zespołem, który niebagatelną wagę przywiązuje do treści – dla jednych abstrakcyjnych, skojarzeniowych, wywiniętych na lewą stronę, operujących własnym kodem znaczeniowym, grze słów – dla innych z kolei zaklętych w słowie „poezja”, która w moi odczuciu zawsze była muzyką, sztuką rytmu i jej zakładniczką. W relacjonowanym przypadku o wymiarze ekstremalnym – sztokholmskim.

I w tym leży problem, a zarazem wartość i szlachetność artystycznej działalności Kirszenbaum – duetu, o którym do tej pory więcej słyszałem, niż którego słuchałem. Czucie i świadomość w temacie własnej poetyckości wynurza się z ich repertuaru niczym niebosiężna, czarodziejska góra, którą nam odbiorcom nakazuje się zdobyć. Jesteśmy przyciągani, tak jak marynarze wabieni syrenim śpiewem ulegamy pokusie, lecz nie giniemy rozbijając się o skały ich twórczości. Jakoś niewytłumaczalnie nie. Każde znaczenie i jego zmiana orbitujące wokół bazowego słowa, sekwencji słów – jakiejkolwiek formy wersyfikacyjnej – powstaje tutaj niekoniecznie poprzez znaczenie samego wyrazu, lecz umiejętne osadzenia go w muzyce. Niczym dadaiści tworzący absurdalne teksty i fonetyczne wiersze. To z jednej strony pociąga za sobą wszystkie wymagane atrybuty, by poruszyć umysły w sposób różnorodny i w zawoalowany sposób sięgnąć tematów głębszych – językiem niesprawdzalnym i niesprowadzalnym do żadnego innego, pozwalającym mówić to, czego w inny sposób powiedzieć się nie da. Albo gdy inaczej zwyczajnie nie wypada.

Napomknięta z początku setlista znalazła wyraz w kawałkach: „Staś Szczurołap”, „Transatlantyk”, „DJ Tołstoj”, „Wolni ciutludzie”, „Chochoł”, „Tybet”, „Korposłońce”, „Batman w raju”, „Turbomason”, „Ciężkoduch”, „Synczyzna”, „Samogongon”, „Motomyszy”, „Troglodyta” z bisem w postaci powtórki „Korposłońca” i numeru „Demon”, zamkniętych w niemal półtoragodzinnym gigu raz po raz robiącym mi w głowie zamęt, krótkie spięcia, przyprawiającym o gęsią skórkę, zachwyt i transowe odpływy. Ale jak to w życiu bywa, wszystko, co dobre, szybko się kończy, tak i tu i niczym mydlana bańka wieczór musiał pęknąć całościowo fantasmagorycznym doznaniem snu na jawie. Nie wiem czy do końca przyjemnym czy nie, dobrym czy złym, właściwym czy niewłaściwym, ale na tyle jakimś, że nie szło z niego wychodzić.

Kacper Szpyrka | fot. Sebastian Aleksy Woropaj

Kacper Szpyrka tnie na skrzypcach neoskansenowe post-rockowe dźwięki, zawieszone w live loopach i przetworzeniach. Jakub Wiśniewski, czyli gitara, ekspresja, charyzma i gardło. I do tego dwuinstrumentalnego chocholego tańca ochoczo skakaczą wszyscy, w pół-letargu, nie-wybudzeniu, niby „tu i teraz”, ale „gdzieś-pomiędzy”, ekstatycznie, biernie, dostępując odrodzenia, nawrócenia, wybaczenia. Wszystkiego wszędzie naraz. Wpadają kolejne tytuły, niezbyt długie (akuratne), następuje cięcie i zespół ponownie przenosi nas w sfery nieskrępowanej wyobraźni, w synergiczne postfolkowe kosmosy muzyki i słowa, podane w krótkich metrażach, kolażach, obrazach i obrazkach, tych starych i tych nowych i tych uniwersalnych, ale o rozdętym kontencie, poszatkowanym, skojarzeniowym. Ale nic w tym złego. Wręcz przeciwnie. Ten porządek w chaosie zaprawdę ma swój sens. Za każdym razem inny.

Foto: Sebastian Aleksy Woropaj, Weronika Borkowska

Share on twitter
Share on facebook