Sądeczanka kochająca, Mariola Pawlak: rok choroby męża był najlepszym w naszym życiu

Z Mariolą Pawlak rozmawia Wojciech Molendowicz

- Jak to jest, kiedy na Twoich oczach umiera ukochany mężczyzna, a Ty nic nie możesz zrobić, nie możesz mu pomóc?

- Wiadomość o chorobie spadła na nas dosyć nieoczekiwanie, bo Zygmunt nigdy nie chorował, nic Mu nie dolegało. Nie należał do ludzi, którzy muszą się regularnie badać. Czerstwy, młody facet – 53 lata, mężczyzna w tzw. sile wieku - z licencją pilota szybowcowego, wysportowany, bo dzieci mobilizowały nas do wszelkiej aktywności. W wolnych chwilach pracujący rekreacyjnie jako rolnik w naszym gospodarstwie.

GoldenEgo

- Pracujesz na co dzień z ludźmi chorymi. Nie wiedziałaś, że złe wiadomości przychodzą zwykle niespodziewanie?

- Wiem. One są zwykle tak zaskakujące, że powalają z nóg. To był strzał z boku, tym mocniejszy, że trafiał w człowieka zapracowanego i zagonionego wśród bieżących spraw.

- Mąż wrócił od lekarza i powiedział: mam raka?

- Było trochę inaczej. Dostałam telefon, że muszę szybko wrócić do domu, bo Zygmunt źle się czuje. W szpitalu w Krynicy zrobiono mu badania, a USG brzucha nie pozostawiało wątpliwości. Lekarz powiedział: Pan ma bardzo dużego guza na nerce. Tak się zaczęła nasza droga przez chorobę. W Mielcu wycięto mu guza, ale szczegółowe badanie, tzw. PET wykazało, że rozsiew nowotworu jest bardzo obfity. Od razu stało się jasne, że zostało nam bardzo niewiele wspólnego czasu.

- Co to znaczy dla śmiertelnie chorego człowieka „niewiele czasu”?

- Lekarze mówili o kilku tygodniach, ale mąż od momentu diagnozy, żył z chorobą rok i trzy miesiące.

- Pierwsza reakcja, kiedy słyszy się wyrok śmierci, odroczony na kilka tygodni?

-  Pierwsze jest zawsze przerażenie. Ale zaraz potem przychodzi moment otrzeźwienia, konieczności działania, no i przede wszystkim myśl, że może właśnie nam się uda. Bo czasami ludziom się udaje. Dowiedzieliśmy się, że w leczeniu raka nerki specjalizuje się Szpital Rydygiera w Krakowie i tam mąż był prowadzony. Udało się na pewien okres ustabilizować chorobę przez leki celowane. Ale było też jasne, że poza tymi lekami nic więcej nie możemy zrobić, bo choroba była bardzo zaawansowana. Rak do pewnego momentu w zasadzie nie daje objawów, aż do czasu, kiedy zaatakuje narządy istotne dla życiowych procesów: nerki, wątrobę, płuca…

- Popadliście w zwątpienie?

- Odpowiem tak. Jakiś czas temu pojawił się w naszym życiu duchowny, jezuita ojciec Mirosław Jajko. I kiedy dowiedział się o tej chorobie, częściej z nami był i dużo rozmawialiśmy. Dzięki mądremu duchowemu wsparciu przeprowadził nas przez tę chorobę. To ważne, kiedy otrzymuje się takie wsparcie, bo osoby wierzące mogą w trudnych momentach stracić nie tylko nadzieję, ale niekiedy i wiarę. Myśmy ani przez moment jej nie stracili. Byliśmy dobrze usposobieni do życia i gotowi przyjąć wszystko, co ono nam niesie.

- To duchowo, a medycznie?

- W pewnym momencie lekarz prowadzący przyznał, że medycyna nic więcej nie może już zrobić. Na moje pytanie, a co ja mogę zrobić, odpowiedział: Być z mężem. I tak zrobiłam. Zaczęliśmy poświęcać więcej czasu sobie i dzieciom. I ten rok – ostatni rok życia Zygmunta – to był najpiękniejszy rok naszego trzydziestoletniego małżeństwa. Wiedzieliśmy, że mamy mało czasu. Może nie rzucaliśmy się sobie na szyję, ale byliśmy ze sobą w taki naturalny, spokojny sposób, w jaki powinno żyć małżeństwo na co dzień.

- Choroba zdominowała Wasz dzień powszedni? Dominowała w rozmowach, w nadopiekuńczości: nie rób tego, bo jesteś chory…

- Nigdy tak nie było, choroba była jakby obok. Zygmunt niemal cały czas pracował, był sprawny fizycznie i intelektualnie, prowadził samochód. Wykonywał wszystkie zadania, które należały do niego to tej pory i myślę, że to mu bardzo pomogło w przejściu tego trudnego czasu. Zygmunt przez całe życie był dzielny i odważny. I taki też był w chorobie.

- Jak się żyje pod presją szybko uciekającego czasu, ze świadomością, że na horyzoncie widać kres? Zrywasz się rano i panikujesz, bo bliski jest koniec?

- Myślę, że to bardzo indywidualna sprawa każdego chorego. Zygmunt był człowiekiem, który nigdy nie panikował. Był bardzo pogodny i wstając rano nie odczuwałam, że żyje pod presją choroby. On nie czekał na koniec. Po prostu podejmował swoje obowiązki, jakby tej śmiertelnej choroby z nim nie było. Nie zachowywał się tak, jakby koniec mógł jutro nastąpić. Miał plany, odległy horyzont, raczej rozpoczynał, a nie zamykał w pośpiechu już rozpoczętych działań. Miał świadomość, że to może w każdej chwili nastąpić, ale nie chciał prowokować choroby, żeby się to stało dziś czy jutro.

- Jest coś takiego jak porządkowanie spraw: w tej teczce jest to, a inne dokumenty w tej szufladzie?

- Nie było takiej potrzeby. Myśmy byli udanym małżeństwem, razem pracowaliśmy i nawet jeśli prowadził oddzielną firmę i sprawy społeczne, to nie było tak, że ja nie wiem, co robi mój mąż. O wszystkim mnie informował: Kochanie wyjeżdżam na chwilę…

- Mówiliście do siebie „kochanie”?

- Rzadko, nieprzesadnie. Mój mąż był oszczędny w…

-… środkach wyrazu?

- Właśnie. Pewnie jak większość mężczyzn. Ale nie kaktus. Poza tym zawsze dało się odczuć, że on ciepło o mnie myśli. Kiedy mówił o mnie – niekoniecznie nawet w mojej obecności – odczuwało się, że jest między nami ta magia i chemia, która nie wygasa przez trzydzieści lat. Przypomniała mi się zabawna historia. Zygmunt miał do odebrania jakąś budowę w Wałczu i zapytał, czy bym z nim nie pojechała, bo na dłuższej trasie cierpła mu noga – zaatakowane już były kości. I pojechałam z nim na trzy dni, a był to… nasz pierwszy wspólny wyjazd bez dzieci, czyli od 28 lat, kiedy się urodziło najstarsze z piątki naszych dzieci. To było niesamowite i takie inne. Pierwszy raz nie musieliśmy skupiać uwagi wyłącznie na dzieciach – nie rób tego, idź tam, zrób tamto… To był czas wyłącznie dla nas. Pojechaliśmy do Inowrocławia, Torunia, Częstochowy, Krakowa. Może to śmiesznie zabrzmi, ale był czas na spacer, pójście na lody. Nawet kwiaty od męża dostałam, a w Ciechocinku poszliśmy na dancing!

- I mówiliście sobie, że to Wasz ostatni taniec?

- Zwariowałeś? Temat choroby i śmierci nie był obecny w naszym życiu. Może to nawet w Ciechocinku planowaliśmy, że na wakacje pojedziemy do Włoch. Na te wakacje, które dopiero przyjdą. Ale mąż zmarł w grudniu.

- Żyliście z chorobą męża nie zauważając jej?

- Na tyle, na ile było można, staraliśmy się dać chorobie do zrozumienia, że ją ignorujemy. Ani razu nie rozmawialiśmy, że coś w naszym wspólnym życiu jest ostatnie. Mieliśmy plany, byliśmy pełni nadziei i wierzyliśmy, że wydarzy się cud, który pozwoli chorobę pokonać.

- I były takie momenty, które wyglądały, że stanie się cud.

- Tak, to było w czerwcu ubiegłego roku. W wynikach badań było niemal zupełnie czysto. Czyli, że leki zadziałały, spowodowały zahamowanie choroby. Była nadzieja, że wszystko będzie się cofać.

- Euforia?

- Raczej dystans i olbrzymia nadzieja. Nie skakaliśmy pod sufit, ale dostaliśmy olbrzymi zastrzyk optymizmu, zapału, nowej energii. Nawet zaczęliśmy snuć długoterminowe plany inwestycyjne, choć zwykle planowaliśmy nie dalej niż na rok. Przełom nastąpił w listopadzie. Zygmunt złamał nogę, która nie chciała się zrastać i wtedy stało się jasne, że coś jest nie w porządku. Okazało się, że po chwilowej poprawie choroba wróciła do stanu pierwotnego. Może lek przestał działać, może organizm się na niego uodpornił?

- To był trudny moment?

- Przełomowy. Po raz pierwszy pojawiły się słowa: „co by było gdyby…?”. Zygmunt nigdy nie powiedział „gdybym umarł”. Mówił raczej „gdyby się coś popieprzyło”. No więc gdyby coś się popieprzyło, to dacie sobie radę. Starsze dzieci są samodzielne, młodsze radzą sobie w szkole, firmę przejmie Piotrek – generalnie rozdzielił nam zadania i naszkicował scenariusz życia na najbliższe pięć lat. Nic dziwnego – zawsze był motorem napędowym rodziny, wytyczał plany, które myśmy realizowali. Ale nie dlatego, że musieliśmy, tylko dlatego, że one były fajne. On je układał pod nas, a w realizacji był wymagający, konkretny i konsekwentny do bólu. No więc to, co nam zaproponował jako ostatni wariant, też jest fajne i da się zrealizować.

- Realizujcie ostatnią wolę Twojego męża, jego testament?

- Ani przez moment nie nazwałam tego testamentem. Ale opowiem coś innego. Zaraz po pogrzebie – którego rozmiary przekroczyły nasze najśmielsze wyobrażenia, bo musiała przyjechać policja, żeby kierować ruchem na ul. Nawojowskiej – wiele osób opowiadało mi, że śnił im się Zygmunt. A mnie się nie śnił i czułam się jakaś odrzucona i nawet miałam żal: to ja Ci poświęciłam duży kawałek swojego życia, zdrowie, energię, a ty mnie nie chcesz odwiedzić w snach? Byłam rozżalona. I przyszedł Sylwester, trzy tygodnie po pogrzebie. Siedzieliśmy całą rodziną w domu, a po fajerwerkach położyłam się do łóżka. Nie wiem czy spałam, ale poczułam jak biała chmura podąża w moim kierunku. Nie było to straszne, raczej przypominało bajkowego duszka Kacperka. Poczułam, że to jest Zygmunt. Nie napawało mnie to lękiem, było bardzo miłe. I ta chmura objęła mnie, otuliła całą, a ogromne napięcie jakie towarzyszyło mi od pogrzebu, opuściło mnie. Poczułam absolutny spokój i odprężenie, takie jak w chwilach, kiedy Zygmunt mówił: „Nie martw się, bo kto da radę, jak nie my?”. Obudziłam się wypoczęta jak nigdy wcześniej.

- I to wszystko bez tabletek?

- Przez cały trudny okres choroby i umierania mojego męża nie potrzebowałam tabletek uspokajających. To dzięki niesamowitej opiece duchowej wspomnianego już ojca jezuity Mirosława Jajko. Wszystkie obrzędy poprzedzające pogrzeb zawsze kojarzyły mi się z czymś bardzo smutnym i przygnębiającym. Nie wiem dlaczego. Skoro jako katolicy wierzymy, że właśnie skończyła się czyjaś ciężka ziemska wędrówka i przeszedł do lepszego świata, to skąd ten ogromny smutek?

- Chcesz powiedzieć, że zorganizowałaś mężowi wesoły pogrzeb?

- Sam się zorganizował. Oczywiście nie był radosny, ale na pewno nie miał atmosfery przytłaczającej smutkiem, jaka zwykle na pogrzebach bywa. Tutaj było inaczej. Nie chcę powiedzieć żeśmy tańczyli, ale dzięki niezwykłej osobowości księdza Mirka już podczas różańca w domu czuło się spokój i ciepło zamiast przygnębienia. Spotkanie na wspólnej modlitwie sprawiło, że poczuliśmy się odprężeni i spokojniejsi, mimo trudnej psychicznie sytuacji. Poczuliśmy się bliżej siebie. Dzień później była msza w naszym domu, podczas której każdy – a przyszło mnóstwo ludzi – mógł coś powiedzieć o Zygmuncie. Ale nie były to patetyczne mowy ku czci, tylko nasze bardzo osobiste rozmowy o zmarłym i słowa kierowane do niego. Pogrzeb też był wyjątkowy. Te tłumy i 210 intencji mszalnych uzmysłowiły mi, jak ciepło i serdecznie Zygmunt był odbierany przez ludzi, którzy swoją liczną obecnością chcieli mu okazać szacunek i podziękowania za to, jaki był za życia.

- Jak się pożegnałaś z mężem?

- Nie było ostatniej rozmowy. Ostatnie trzy doby spędziłam w szpitalu. W nocy z niedzieli na poniedziałek stan się bardzo pogorszył i była konieczna operacja. Sam podpisał zgodę, a ja mu powiedziałam tylko: „Kochanie, będę tu czekać na Ciebie, aż wrócisz z operacji”. I tak się stało. Spałam na krzesłach pod gabinetem ordynatora chirurgii. Była 3:30 w nocy, więc nikogo nie gorszyłam. Kiedy go przywieźli, był zmęczony narkozą, ale otworzył oczy, kiedy mówiłam mu, że wszystko się udało i teraz będzie już tylko dobrze. Odpowiedział: „Super” i spokojnie spał. Kiedy spojrzałam na zegarek okazało się, że to pora odwieźć dzieci do szkoły. Uznałam, że skoro się tak ładnie wybudził i uśmiechnął, to znaczy, iż będzie dobrze. Wzięłam go za ręce, które miał w gipsie od samoistnych złamań, i chwilę potem pojechałam do domu. Ledwie tam weszłam dostałam telefon ze szpitala, że muszę wracać. Kiedy dojechałam, Zygmunt już nie żył. Bardzo się bałam tego momentu. Wiedziałam, że on nastąpi, a ja sobie psychicznie nie dam z tym rady. Ten trudny moment został mi oszczędzony, a dzieci – zamiast, jak co dzień zawieźć do szkoły – zawiozłam do szpitala. Zygmunt już nie żył. Pożegnaliśmy się, tak jak umieliśmy, przytulając się wszyscy.

- Co wtedy pomyślałaś?

- Że jestem bardzo wdzięczna Bogu i losowi za ten nasz ostatni rok. Z jego perspektywy rozumiem fragment modlitwy „Od nagłej, niespodziewanej śmierci, zachowaj nas Panie”. Myśmy obydwoje wiedzieli, że musimy się rozstać. Mieliśmy czas, żeby bez patetycznych słów powiedzieć sobie tak wiele. Przez całe życie wiedziałam i czułam się przy nim bezpieczna i kochana, a w tym ostatnim roku nie musiał mi nawet tego mówić. Po prostu byliśmy razem. Może poświęcaliśmy sobie trochę więcej czasu, może zwolniliśmy trochę w pracy. I chociaż przez ten rok nie padło coś w stylu „jestem ci wdzięczny/wdzięczna za całe życie”. Po prostu wiedzieliśmy o tym i byliśmy razem.

- Pół roku później…

- To jest trudne poukładać sobie życie od nowa. Nie wiesz, ile drobnych rzeczy wiąże się z osobą, która odeszła. Nagle nie wiesz, gdzie leżą klucze do regulacji pieca, bo nigdy nikt poza tą osobą tego nie robił. Takich rzeczy są setki. Istnieje tysiące drobiazgów, za które jeszcze bardziej kochasz tę osobę, bo wcześniej tego wszystkiego nie musiałam wiedzieć. Bo to po prostu było zrobione. Pół roku po śmierci Zygmunta mogę powiedzieć, że kocham go jeszcze bardziej za to, że nie zostawił po sobie życiowego bałaganu, że wszystko miał uporządkowane. Ile razy idę na cmentarz, tyle razy myślę, że dopiero teraz chciałabym mu powiedzieć, jak bardzo go kocham.

Fot. z arch. M. Pawlak

 

TRADYCJATEXT

Wypowiedz się w tej sprawie