Rozmowa z posłem Arkadiuszem Mularczykiem, kandydatem do Sejmu z pierwszego miejsca listy Prawa i Sprawiedliwości w Okręgu nr 14.

- Słyszał Pan opinię, że Prawo i Sprawiedliwość w Okręgu nr 14 może przegrać tylko z PiS-em?

- Nasza sytuacja polityczna jest wynikiem ciężkiej pracy i wieloletniej konsekwencji w jej budowaniu zarówno w całym kraju, jak i naszym regionie. To bardzo dobra lista, dobrze rozłożona terytorialnie i z rozpoznawalnymi postaciami ze świata Sejmu i samorządu. Wszyscy pracujemy na dobry wynik. Myślę, że wyborcy docenią nasze zaangażowanie przy rozwiązywaniu problemów zarówno ogólnopolskich, jak i tych lokalnych. Mocno bowiem przez ostatnie cztery lata udało nam się wiele spraw posunąć do przodu...

- O tym może za chwilę. Wyborca natomiast może odnieść wrażenie, że rywalizacja wewnątrz listy jest silniejsza niż z przeciwnikami politycznymi. Na tej liście znalazło się – jak Pan sam zauważył - tyle silnych osobowości, że zrobił się „kłopot bogactwa”?

- W pewnym sensie rzeczywiście tak jest. Na tej liście znaleźli się „starzy” parlamentarzyści PiS-u, ale też dwa „nowe nabytki” poselskie: Elżbieta Zielińska i Andrzej Gut-Mostowy. Ponadto samorządowcy wojewódzcy, czy powiatowi. To wszystko postacie znane i rozpoznawane w regionach. Lista jest bardzo mocna, ale mandatów jest tylko dziesięć w okręgu wyborczym. Według różnych prognoz mamy szansę na zdobycie ośmiu, a nawet dziewięciu z nich. Tymczasem aspiracje na mandat ma cała lista kandydatów. Nic więc dziwnego, że rywalizacja jest widoczna nie tylko między partiami, ale i wewnątrz naszej listy.

- Mówi się, że Pan w tych wyborach prowadzi nietypową kampanię, inną niż do tej pory. Można ją nazwać minimalistyczną?

- Prowadzę kampanię racjonalną, zwłaszcza, że trzy miesiące temu miałem kampanię do europarlamentu, którą prowadziłem w dwóch województwach Małopolskim i Świętokrzyskim. Jestem widoczny wszędzie od Nowego Sącza, przez Gorlice, Limanową i całe Podhale. Okręg jest duży, więc rozkładam swoje siły proporcjonalnie. Ciężko jednak rywalizować na liczbę billboardów, czy banerów. Sądzę, że jest to ważne, ale nie najważniejsze. Widzieliśmy nieraz kampanie ludzi, którzy mieli setki billboardów i banerów, ale to im zwycięstwa w wyborach nie przyniosło. Liczy się praca społeczna i publiczna, która prowadzi się przez wiele lat. To buduje pozycję polityczna i zaufanie społeczne.

- Jedynka na liście PiS jest ewidentną „premią”, która daje dużo więcej, żeby nie powiedzieć - w Pana przypadku - z automatu gwarantuje mandat.

- W naszym systemie partyjnym, ale i wyborczym również, numer jeden na liście jest wynikiem docenienia pracy parlamentarnej przez centralne władze partii. A ja bardzo ciężko pracowałem przez ostatnie cztery lata, szczególnie jeśli chodzi o temat reparacji wojennych, polityki historycznej, ale także w kampanii do europarlamentu. To wszystko, myślę, zaprocentowało faktem, że władze partii uznały, iż powinienem otwierać tę listę i powalczyć o jak najlepszy wynik dla PiS. Tym bardziej, że w 2015 r. startowałem z siódmego miejsca i zdobyłem 37 tysięcy głosów zdobywając ich najwięcej na liście.

- Teraz nawet wewnątrz PiS przyjmowane są zakłady, ile zdobędzie Pan głosów. Mogę podać, jakie liczby padają…

- Ciężko zakładać, kto, ile głosów zdobędzie, dlatego, że lista jest bardzo mocna. Nie chcę nawet do tego w ten sposób podchodzić i zakładać liczby głosów. Po prostu intensywnie pracuję na różnych poziomach, żeby mieć jak najlepszy wynik. I tyle. Później z pokorą będę oczekiwał na decyzję wyborców.

- Na czym ta kampania polega? Spotkania w terenie, odwiedzanie mieszkańców?

- Tak, to między innymi spotkania w terenie, z ludźmi, ale też kampania w mediach społecznościowych. Prowadzę aktywną kampanię, wyjeżdżając w różne części okręgu z ulotkami, materiałami wyborczymi, plakatami i banerami. To jest ta część widoczna. Ale też prowadzę kampanię środowiskową, spotykając się z różnymi grupami społecznymi. To jest z kolei ta część kampanii, którą nie zawsze widać, niemniej ona toczy się każdego dnia. W ciągu czterech lat pomogłem i wspierałem wiele środowisk i wielu miejscowościom i mam nadzieję, że to też w pewien sposób zaprocentuje przy urnach wyborczych.

- Z jednej strony panuje opinia, że Pana kampania nie jest prowadzona zbyt aktywnie, ale trzeba zauważyć, że Pana sztabowcy są gotowi do poświęceń. W niedzielę już o 6:30 są widoczni w wiadomych miejscach, zostawiając ulotkę za szybą samochodów porannych wiernych w głębokim terenie.

- To też są elementy kampanii, których nie widać w mediach, ale są skuteczne. Przypominają mieszkańcom całego okręgu, że myślę o nich i staram się działać dla każdej jego części. Nie ma dla mnie miejsc nieważnych,  czy mniej ważnych. Wszystkie gminy są ważne – czy to jest Nowy Sącz, czy podsądecka wioska, Gorlice, Limanowa czy Podhale. Staram się zabiegać o głosy w całym okręgu wyborczym.

- Konkurencja też prowadzi kampanię. Andrzej Skupień, „jedynka” Konfederacji Wolność i Niepodległość, rozesłał w poniedziałek do mediów komunikat, w którym czytamy, że Arkadiusz Mularczyk nie wypełnił wyroku sądowego i nie wpłacił pieniędzy na cele charytatywne. Chodzi o wyrok z kampanii do europarlamentu.

- Jestem zdumiony. Po pierwsze dlatego, że wyrok został wykonany. Po drugie, z przykrością stwierdzam, że politycy młodego pokolenia zamiast prezentować swój program i swoje pomysły dla regionu, starają się budować pozycję polityczną na pieniactwie procesowym, wykorzystując negatywną postawę sądów i sędziów wobec Prawa i Sprawiedliwości. Wielokrotnie podkreślałem w kampanii do europarlamentu i wyjaśniałem w mediach, a później przed sądem, że to, co napisałem na plakatach wyborczych – że jestem jedynym kandydatem z jakiegoś regionu – odnosiło się do tego, iż jestem jedynym kandydatem z list Prawa i Sprawiedliwości. To było jasne i oczywiste. Niestety niektóre sądy i sędziowie,  prowadzą krucjatę wobec polityków PiS-u. W wyniku cywilnych wyroków zostałem zobligowany do zapłaty świadczeń finansowych i musiałem zapłacić kilkanaście tysięcy złotych za dwie identyczne sprawy. Widziałem wręcz niespotykaną determinację sędziowską w tych sprawach. Traktuję to więc jako formę nękania, bo w setkach innych ludzkich spraw nie widzę takiego pośpiechu i determinacji sędziowskiej. Tym bardziej, że w identycznej sprawie posła Edwarda Czesaka Sąd Apelacyjny w Krakowie wydał zupełnie odmienny wyrok i oddalił pozew. Na nic zdało się powoływanie na tę sprawę.  Tym bardziej uważam za wysoce nieetyczne ze strony młodych ludzi, że na tym chcą oprzeć swoją karierę polityczną. Na zaciekłości, zapiekłości i pieniactwie procesowym niestety jej nie zbudują. Chcę podkreślić zatem raz jeszcze, że wszystkie kwoty wynikające z dwóch identycznych wyroków – choć uważam je za niesprawiedliwe – zostały zapłacone.

- Jeśli chodzi o ogólnopolski program PiS - istnieje obawa, że mocno rozwinięty program socjalny spowoduje w przyszłości turbulencje w budżecie państwa? Priorytety regionalne też wiążą się z ogromnymi wydatkami. Co zatem z Sądeczanką i innymi kluczowymi inwestycjami dla regionu?

- Gdy cztery lata temu rozpoczynaliśmy rządy i deklarowaliśmy budowę programów społecznych, politycy Platformy Obywatelskiej, odpowiedzialni za finanse, mówili, że pieniędzy nie ma i nie będzie. Dzisiaj widzimy, że pieniądze są, bo nasza polityka była bardzo spójna i konsekwentna. Walka z przestępczością gospodarczą, mafią VAT-owską, konsolidacja sektora finansowego, budowa jednej, spójnej polityki finansowej poprzez KAS [Krajowa Administracja Skarbowa – przyp. red.], przyniosły efekty w postaci dużej efektywności ściągalności podatków. Ponadto dobrze rozwijająca się gospodarka przynosi wyższe wpływy do samorządu, Skarbu Państwa oraz spółek Skarbu Państwa. Pokazaliśmy w ciągu czterech lat, że potrafimy rządzić, że ta skonsolidowana władza w rękach premiera, prezesa przynosi wymierne efekty i społeczeństwo odczuwa korzyści z tego tytułu. Chcemy tę politykę kontynuować. Jeśli chodzi natomiast o kwestie związane z regionem, to należy podkreślić, że wykonaliśmy krok milowy. Dwie strategiczne inwestycje – wspomniana Sądeczanka oraz kolej Podłęże-Piekiełko – są już realizowane na etapie procedur projektowych, środowiskowych i mają zabezpieczone fundusze w budżecie państwa. Kolejne ogromne inwestycje dotyczą mostów. To nam, przy moim również w tym udziale, udało się wywalczyć 77 mln zł dotacji na nowy most tzw. heleński, który został już oddany do użytku, a teraz kolejne ponad 189 mln zł na 600 metrowy most w Kurowie, którego budowa niedawno się rozpoczęła i będzie częścią Sądeczanki. Ponadto przyznane są już środki – w ramach programu rządowego „Mosty dla regionów” 155 mln zł na prace projektowe i wykonawcze tak zwanego mostu południowego na Dunajcu.  Nigdy w historii naszego regionu nie było tak wielkich, strategicznych inwestycji.

 

WIŚNIAMAŁALIP

2 comments

Wypowiedz się w tej sprawie