Nie chcę być panią entertainer, chcę być panią wodzirej

Rozmowa z kryniczanką Moniką Dubel, wokalistką swingowo-jazzową, nauczycielką i wodzirejem

wsb3

– Kobieta wodzirej?

– Kiedy w 2017 roku moja przyjaciółka Anna Marut zdobyła tytuł Wodzireja Roku, kobiety w tym zawodzie budzą już nieco mniejsze zdziwienie. Coraz więcej pań go uprawia. Podczas ostatniego konkursu na Najlepszego Wodzireja 2018 wśród dziesięciu uczestników były trzy kobiety.

– Ale na Sądecczyźnie chyba nie ma takiej drugiej jak ty?

– Takiej to na pewno nie (śmiech). Przyznam, że na warsztatach wodzirejów, na które przyjeżdżają osoby z całej Polski, nie spotkałam nikogo stąd, więc chyba jestem tu jedynym wodzirejem.

– Jak to? Przecież niemal na każdym weselu jest pan, który zachęca gości do picia i tańca. To nie wodzirej?

– Ubolewam nad tym, że to pojęcie kojarzy się właśnie w ten sposób. Bycie wodzirejem to sztuka. Niektórym wydaje się, że są wodzirejami, a tak naprawdę robią nam czarny PR. Przede wszystkim łączenie tej funkcji z alkoholem jest zaprzeczeniem całej filozofii wodzireja. Prawdziwy wodzirej za punkt honoru powinien obrać sobie fakt, że będzie tak prowadzić imprezę, aby goście bardziej chcieli spędzać czas na parkiecie niż przy stole, przy kieliszku.

– Prawdziwy wodzirej nie zaintonuje „A teraz idziemy na jednego…”?

– Wodzireja wynajmuje klient i jeśli takie są oczekiwania klienta, trudno z tym dyskutować. Niemniej prawdziwy wodzirej jest na tyle elastyczny, że potrafi dobrać właściwą formę i treść komunikatu, by zachować klasę.

– To kim właściwie jest wodzirej?

– Może zacznę krótko od historii. Zapotrzebowanie na wodzirejów zrodziło się w Europie w XVIII wieku wraz z modą na tańce korowodowe. Mnogość figur wymagała koordynacji, a w balach jak wiadomo uczestniczyło bardzo wielu gości. Potrzebna była więc osoba, która poprowadzi ich przez salę balową. Wodzirej to więc człowiek, który prowadzi tańce na balach, weselach i innych imprezach. Ale jego rola nie tylko ogranicza się do tańca. Wodzirej to również konferansjer, choreograf, psycholog…

– Psycholog?

– Nie mam na myśli specjalisty, terapeuty. Dobry wodzirej to osoba, która potrafi szybko „zeskanować” gości i rozeznać typy osobowości. To pozwala mu tak dobrać tańce i zabawy, by najpierw zachęcić ich do wyjścia na parkiet, a później ich na nim zatrzymać. Tego uczy się latami.

– Nie ma szkół dla wodzirejów?

– Takich szkół nie ma, ale są jak już wspomniałam warsztaty, na których można się tej sztuki uczyć. Mimo że dla wielu wciąż wodzirej to pojęcie jednoznaczne z drużbą weselnym – przynajmniej u nas w Małopolsce w szczególności na Sądecczyźnie mam poczucie, że tak jest – to ten zawód przeżywa dziś swój renesans. Prekursorami tego odrodzenia są bracia Józef i Kazimierz Hojna z Krakowa, którzy od 20 lat prowadzą warsztaty dla wodzirejów. Odwiedzam je regularnie od pięciu lat.

– Nie ma niebezpieczeństwa, że kobieta wodzirej bardziej uwodzi niż wodzi?

– Kobieta wodzirej nie może uwodzić. Ma wyglądać pięknie, schludnie, zwracać uwagę gości na tyle, by chcieli za nią podążać, ale na pewno nie może ich przyćmić. A już na pewno na weselu nie może przyćmić panny młodej. Dlatego wodzireja obowiązuje pewien dress code. Prawdziwi wodzireje występują we frakach, w cylindrze na głowie, w białych rękawiczkach i z laską w ręce.

– Wodzirejkę też ten ubiór obowiązuje?

– Wspomniana Anna Marut nie wyobraża sobie wyjść inaczej na imprezę niż we fraku. We mnie jednak odzywa się dusza sceniczna. Nie byłabym sobą, gdybym co nieco tego wyglądu nie zmodyfikowała. Pozostaję w tej stylistyce, ale bez fraku za to w białej koszuli z długą baskinką. Na głowie mam namiastkę cylindra – taki mały kapelusik z woalką.

– Powiedziałaś dusza sceniczna. Właściwie jak to się stało, że wokalistka wykonująca utwory smooth jazzowe została wodzirejem? To się nie kłóci?

– Zastanawiałam się na tym. I na pierwszy rzut oka może tak to wyglądać. Niemniej to chyba kwestia mojej natury. Ja idę za tym, co mi w duszy gra. Muzyka towarzyszyła mi od zawsze. Uczyłam się w szkole muzycznej gry na fortepianie, ale choć lubiłam to robić, z klasyką nie było mi po drodze. Zaczęłam śpiewać, co wciągnęło mnie na tyle, że w wieku 18 lat już zarabiałam, śpiewając na weselach oraz dancingach w Krynicy. I to chyba jest odpowiedź na pytanie, dlaczego tak bardzo zapragnęłam być wodzirejem. Mi po prostu brakowało tego klimatu, a szczególnie tańca. Wiele lat temu zrezygnowałam ze śpiewania na weselach, bo jednak mój wokal nie pasuje do muzyki rozrywkowej, a po drugie moje struny głosowe nie były w stanie wytrzymać już 13-godzinnego śpiewu co weekend. Spokój i siebie odnalazłam w muzyce jazzowej.

– Słuchając jak śpiewasz, trudno wyobrazić sobie Ciebie w roli wodzireja.

– Też się czasem dziwię, ale właśnie w tej roli wychodzi moja druga natura. Kiedy zrezygnowałam z występowania na weselach, dancingach, szukałam sposobu na zaspokojenie mojej silnej potrzeby bawienia ludzi i integrowania ich w tańcu. Smooth jazz i swing służy bowiem nieco innej rozrywce. Odkryłam zawód wodzireja i uwolniłam z siebie drapieżcę (śmiech). Właśnie w tańcu. Należy przy tym podkreślić, że to, co cechuje dobrego wodzireja, to umiejętności taneczne. Jeśli ktoś chce być wodzirejem, a nie lubi tańczyć, lepiej, żeby w ogóle się za to nie brał. Bardzo mnie boli, jak wiele osób dezawuuje ten zawód. Warsztaty wodzirejskie trwają trzy doby i my przez ten czas bez przerwy tańczymy – dzień i noc.

– Może zastąpić słowo wodzirej innym, które już nie będzie postrzegane stereotypowo?

– Ostatnio nawet pokusiłam się o eksperyment i na Facebooku nazwałam siebie pani entertainer, co jest angielskim odpowiednikiem wodzireja. Nie sprawdzałam komentarzy, ale mnie samej wówczas przyszła refleksja. Dlaczego mamy zmieniać słowa, które od wieków funkcjonowały? To też element naszej tradycji.  A tradycję należy pielęgnować. Jeśli zaniedbaliśmy ją i doprowadziliśmy, że pojęcie wodzireja nie wszystkim dobrze się dziś kojarzy, to naszym celem jest to naprawić. Za wiele pięknych słów w języku polskim straciło swoją wartość, nabrało zupełnie nowego, niestety pejoratywnego znaczenia. Nie jestem purystą językowym, co więcej często śpiewam po angielsku i – jak zauważyłaś – używam obcobrzmiących słów, więc w tym co teraz mówię, mogę być mało przekonująca. Tak na marginesie, na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, że to wynika z tego, że przez dwa lata mieszkałam w Anglii, tam między innymi grałam i śpiewałam w restauracji, a po powrocie do mojej rodzinnej Krynicy stworzyłam program dla dzieci nauki angielskiego poprzez zabawę i naukę piosenek. Ale dzielę się na świeżo moją refleksją. Nie chcę być panią entertainer, chcę być panią wodzirej.

– Nie wodzirejką?

– Pozostańmy przy pani wodzirej (śmiech).

– Wodzirej to elitarny zawód? Mam wrażenie – po sposobie jaki o nim opowiadasz – że traktujesz go jak swego rodzaju misję?

– Dla mnie to zdecydowanie elitarny zawód. Nigdy nie nazywałam go moją misją, ale to dobre określenie. W sylwestra grałam koncert jazzowo-swingowy w nowo otwartym hotelu w Szczawnicy. Bawiłam gości śpiewem przez kilka godzin. Najpierw część koncertowa, później bardziej rozrywkowa, przy której goście już tańczyli. Dalszą część zabawy przejął DJ. Żegnam się z gośćmi i czuję, że powinnam wejść w rolę wodzireja. To było silniejsze ode mnie. Ściągnęłam buty i zeszłam na parkiet z mikrofonem, w tej mojej długiej sukni i poprowadziłam ludzi w tańcu. Trzy tańce integracyjne wystarczyły, żeby osoby, które przez cały wieczór bawiły się tylko „ze swoimi znajomymi,” zauważyły też inne ciekawe persony wokół. Taniec i dotyk w tańcu pozwala przełamać bariery, czyni ludzi bardziej otwartymi i uważnymi na siebie. Masz rację, w dzisiejszych czasach – cyberczasach, gdzie nawet mąż z żoną komunikują się często ze sobą za pośrednictwem telefonu, choć siedzą przy jednym stoliku – sprawienie, że ludzie ze sobą zaczynają rozmawiać, przeżywać daną chwilę to jest misja.

– Udaje Ci się realizować tę misję w Krynicy?

– Gdyby nie Krynica, nie wiem, czy mogłaby żyć z moich pasji. Nikt mi nie zwrócił uwagi, a i ja sama na to nie wpadłam, że powinnam iść na wokalistykę. Wybrałam kierunek studiów zupełnie niezwiązany z tym, co robię – stosunki międzynarodowe, a później zarządzanie i marketing. Żeby jednak było mnie na nie stać, zaczęłam śpiewać. Uzdrowisko dało mi tę szansę, bo tu muzyka na żywo zawsze była w cenie. Studiowałam od poniedziałku do piątku, a w weekendy zjeżdżałam do Krynicy, by śpiewać i zarabiać pieniądze. Po studiach bardzo chciałam tu wrócić. Nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej.

– Wróciłaś do śpiewania do kotleta?

– To powiedzenie zawsze mnie bolało. Potrafi wokalistę sfrustrować i zdołować, ma bowiem bardzo pejoratywny wydźwięk. Jeśli mogę cię prosić, używaj zwrotu muzyka na żywo czy live music. Mam kontrakt z dwoma hotelami w Krynicy – Czarny Potok Resort & Spa i Dr Irena Eris. Zapewniam tam muzykę na żywo, daję koncerty akustyczne. Ludzie przychodzą, zamawiają sobie drinka, siadają i słuchają. Taka atrakcja w hotelu świadczy o prestiżu miejsca.

– Słuchają Cię tylko goście hotelowi czy osoby z zewnątrz przychodzą posłuchać Moniki Dubel?

– Skromnie powiem, że coraz więcej osób przychodzi właśnie posłuchać wokalu Moniki Dubel, akompaniamentu Maćka Niecia czy gry na saksofonie Sergiusza Marczuka.

Czytaj „Dobry Tygodnik Sądecki” – kliknij i pobierz bezpłatnie:

 

 

 

 

 

 

NATURHOUSE
ZESZYTYBOBO
Share on twitter
Share on facebook
INNE POSTY

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zamiast wzruszającego wstępu

Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz

10 lat temu (słownie dziesięć) 30 września ukazał się pierwszy numer „Dobrego Tygodnika Sądeckiego” (zwanego dalej DTS). Z tej okazji dokładnie 10 lat później oddajemy do rąk Czytelników nową odsłonę naszego portalu dts24.pl.

A wracając do jubileuszu, po długiej i burzliwej naradzie nie doszliśmy jednak do porozumienia – cieszyć się czy martwić z tego powodu? Cieszyć, bo to zawsze miło dojść do jakiegoś punktu. Martwić, bo choć wytrwali w marszu, to jednak jesteśmy starsi o dekadę.

Świętowanie jubileuszy pachnie naftaliną starej szafy, a już na pewno muzealną ekspozycją. A do muzeum jeszcze nam niespieszno. To już na cmentarz było zdecydowanie bliżej, wszak jakiś czas temu w konkurencyjnych mediach ukazały się dwa nasze nekrologi. I jak tu nie wierzyć w mądrości ludowe? Mówią, że umarłeś? Wróży ci to długie życie. O tych nekrologach DTS to byśmy już nawet nie pamiętali, ale Jerzy Wideł przypomniał na 27 stronie. Wiadomo, Wideł mieszka najbliżej cmentarza i pasjami czytuje nekrologi.

Zatem jubileusz bierzemy z marszu, bez ckliwych przemówień, ronienia łzy, ani też bez zbędnego zadęcia. Ot, pogrzebaliśmy trochę w starych zdjęciach, pofatygowaliśmy się sprawdzić co słychać u kilku bohaterów tekstów z tamtego 30 września i w zasadzie tyle. No dobrze, poprosiliśmy jeszcze prasoznawców i speców od mediów o krótki wykład, jak to jest z tą prasą lokalną (str. 14-15). Wychodzi na to, że ciągle nieźle. Przedwczesne również okazały się pogłoski o rychłej śmierci papieru jako nośnika różnych treści. DTS oczywiście nie upiera się, że wersja papierowa gazety jest nieśmiertelna i oddamy nie za nią życia. Wszak coraz więcej naszych czytelników wybiera niepapierową wersję gazety. Papier to jednak papier – prestiż i elegancja. A w internecie każdy stragan z jarzynami ma dzisiaj swoją stronę (z całym szacunkiem dla warzyw, powinno się je zjadać trzy razy dziennie).

Trendy są zresztą lekko odwrotne, a przecież wiadomo, że dziś wszelkie trendy wyznacza Facebook. No więc Facebook jakiś czas temu uznał, że dla swoich najlepszych klientów stworzy ekskluzywny, bezpłatny magazyn „Grow”. No, bo papier to prestiż (chyba już wspominaliśmy), a nie byle post na osi czasu. DTS identycznie – dla naszych najlepszych na świecie Czytelników tworzymy ekskluzywny, bezpłatny magazyn. Bo chcemy, żebyście poczuli się docenieni. Czy to nie jest piękne – wcale nie musicie być najlepszymi biznesowymi partnerami Marka Zuckerberga, by ktoś wyłącznie z myślą o Was tworzył ciekawe treści.

No i to by chyba było na tyle, jeśli chodzi o 10-lecie ukazania się pierwszego numeru DTS. Tyle się przez te lata wydarzyło ciekawych rzeczy (najważniejsze przypominamy na str. 16), ale przecież nie będziemy się tu wzruszać minionymi dokonaniami. Wyznajemy raczej starą piłkarską zasadę „Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz”. I cóż z tego, że wygrałeś już 100 meczów. Najważniejsze jest to, czy masz plan, jak wygrać dziesięć i dwadzieścia następnych. Nasze głowy pełne są pomysłów na najbliższe tygodnie i miesiące, potrzebujemy tylko sprzyjających warunków, aby je zrealizować. No i co mamy teraz napisać, że czasy są ciężkie, a przyszłość niepewna. Tyle to wiemy, przecież wszyscy mają pod górkę. A kto akurat ma z górki, też musi uważać, żeby się za mocno nie rozpędzić, bo potem wielkość guza jaki można sobie nabić jest wprost proporcjonalna do osiągniętego rozpędu.

Cieszymy się, że możemy robić dla Was coś ciekawego i pożytecznego. Od 10 lat napędzamy się naszym wrodzonym optymizmem, na równi zresztą jak reklamami, które na naszych łamach zamieszczacie. No i tu trafiamy na błędne koło filozoficznie – nie byłoby tak wielu Reklamodawców, gdyby DTS nie miał tak wielu Czytelników. Nie byłoby tak licznych Czytelników, gdyby Reklamodawcy nie utrzymywali gazety na zadowalającym wszystkich poziomie. Prawda, jaka piękna puenta?

Oczywiście chcielibyśmy Was wszystkich uścisnąć z okazji urodzin, ale pamiętamy, że trzeba zachować dystans społeczny. Nie znaczy to wcale, że podchodzimy do tego wszystkiego z dystansem. Wręcz przeciwnie. Wzruszamy się!

Redakcja DTS

Przeczytaj jubileuszowe wydanie „Dobrego Tygodnika Sądeckiego”: