Ludzie z głową. Wikt ery cyfrowej czyli dietetyczny catering

Gołyźniak

W niepozornym, nieoznakowanym miejscu w Starej Wsi znajduje się punkt, z którego snują się smakowite aromaty i rozwożone są dania do klienteli aż po Warszawę. Stoi tam manufaktura, której wyroby raczą podniebienia i służą zdrowiu mrowia ludzi, w tym celebrytów. To Dietering, czyli dietetyczny catering.

Akurat firma znajduje się w przededniu odpalenia zgoła nowatorskiego przedsięwzięcia, awangardowego zarówno pod względem asortymentu, jak i dystrybucji!

To biznes rodzeństwa Gołyźniaków – Beaty i Jarosława. Ona zajmuje się biurem i logistyką, a on z racji wykształcenia (technik technologii żywienia zbiorowego) – merytoryką. Oboje kiedyś wyjechali na saksy do Wiednia, skąd powrócili z kapitałem na rozruch. Najpierw była to piekarnia cukiernicza z elementami cateringu weselnego, sklepy w Nowym Sączu i Grybowie, po czym właśnie Dietering. Siedziba zlokalizowana jest na gruncie rodzinnej posesji w Starej Wsi, położonej nad Krużlową Wyżną.

Jojo i Jarosław

Dietering był przedsięwzięciem pionierskim nie tylko w naszym regionie, ale nawet w skali kraju. Nie zaczął się od olśnienia pomysłowego Dobromira, lecz wyewoluował. Zaczęło się od zgryzoty Jarosława. Już jako uczeń szkoły gastronomicznej w Nowym Sączu pracował w branży – w zakładzie gastronomiczno-cukierniczym Raj w Gołkowicach. A im dłużej przyrządzał przysmaki, tym bardziej tył. Toteż na żywym organizmie własnego ciała testował różne diety, tocząc nieubłagany bój z uporczywym efektem jojo.

Kiedy już przerobił wszystko, co mogła mu zaoferować dietetyka odchudzająca, zobaczył w Tarnowie anons o kebabie na wynos. I wtedy wpadł na pomysł, żeby uruchomić dla takich jak on osób ze skłonnością do tycia dostawę dań dietetycznych. I to nie pojedynczych, lecz zestawów w formie 5 posiłków dziennie, rozpisanych na tygodnie i miesiące zdrowego odżywiania.

Zaplecze kuchenne już miał z dotychczasowej działalności cukierniczo-cateringowej. Wprawdzie nie skorzystał z unijnych funduszów na rzecz aktywizacji gospodarczej terenów wiejskich, ale z dotacji Urzędu Pracy i PFRON na wynagrodzenia pracowników to i owszem. W szczytowym momencie zatrudnienie w firmie sięgnęło 80 osób.

Suszona morwa

Oczywiście do rozwiązania było masę problemów. Jeśli dania miały być oryginalne, to skąd składniki? W Nowym Sączu nie można było np. dostać kuskusu, daktyli, orkiszu, amarantusa czy mąki kasztanowej, a o produktach ekologicznych dało się tylko pomarzyć. A jeśli nawet coś było dostępne, to w ilościach detalicznych. Konieczne stały się wyprawy do hurtowni w Krakowie dwa razy w tygodniu. Ale od tego czasu sporo się zmieniło i (…)

Cały tekst Ireneusza Pawlika przeczytasz w „Dobrym Tygodniku Sądeckim”. Za darmo!

DTS 26 08 2021

Share on twitter
Share on facebook
INNE POSTY

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.