Koledzy mnie wypchnęli i zostałem dyrektorem

Rozmowa z Aleksandrem Rybskim – odchodzącym na emeryturę dyrektorem I LO im. Jana Długosza w Nowym Sączu

- Spędził Pan pół wieku w jednej szkole, to prawie całe życie. Wyobraża Pan sobie teraz tak z niej odejść na emeryturę?

- Losy człowieka są bardzo przewrotne. Gdyby mi ktoś na początku studiów powiedział, że przez 44 lata będę uczył w szkole, której byłem absolwentem, nie uwierzyłbym. I LO kończyłem, mając 17 lat. Byłem bardzo dobrym uczniem, ale zawsze czułem respekt i pewien dystans do szkoły. Kiedy przyjeżdżałem na studiach z Krakowa do Nowego Sącza szedłem do domu tak, by jak najszerszym łukiem ominąć „Długosza”. Naprawdę nie potrafię do dziś wytłumaczyć sobie mojego zachowania. Czy to był lęk, czy respekt? Po prostu jakiś wewnętrzny paraliż. Nie umiem tego nawet nazwać.

- Po studiach jednak przełamał Pan tę wewnętrzną barierę?

- Co można robić po matematyce? Albo uczyć w szkole, albo zostać na uczelni. Na to drugie miałem za słabą ocenę. Czwórka na Uniwersytecie Jagiellońskim nie wystarczała, by zostać. Mogłem spróbować w Wyższej Szkole Pedagogicznej (dziś Uniwersytet Pedagogiczny), ale wiązało się to z mieszkaniem w akademiku z innymi. Przyznam, że miałem już dość akademickiego życia, więc wróciłem do Nowego Sącza. I gdzie, jak nie do I LO, miałem złożyć papiery o pracę?

- I wpisał się Pan w 200-letnią historię szkoły nie tylko stażem nauczycielskim.

- Jeśli chodzi o staż nauczycielski, to rekordu nie pobiłem. Moja koleżanka, notabene z lat szkolnych, Urszula Adamek przepracowała 45 lat. Ja tylko mogę się pochwalić, że najdłużej w historii szkoły utrzymałem się na dyrektorskim stanowisku.

- 27 lat!

- Sam się dziwię. Byłem pierwszym dyrektorem wybranym z konkursu. Oczywiście w ogóle nie miałem zamiaru ubiegać się o tę funkcję. W 1991 roku była presja, aby dotychczasowi dyrektorzy szli na emeryturę, bo za bardzo kojarzyli się ze starym ustrojem. Nabór na ich miejsce to była łapanka. Po prostu koledzy mnie wypchnęli. Uznałem, że jeśli mi nie wyjdzie, to po prostu zrezygnuję. I tak mi nie wychodziło przez 27 lat (śmiech).

- A co Panu wyszło najlepiej?

- Jak człowiek znajdzie się w tej szkole, to jej duch tak na niego działa, że nie sposób robić nic przeciwko niemu. Kiedy nastąpiła reforma oświaty i czteroletnie liceum stało się trzyletnim, poczułem, że nie mogę zmarnować potencjału szkoły. Trudno zachować standardy I LO, wychować młodzież w tym Długoszowym duchu, mając do dyspozycji tak krótki czas. Mamy tu pewną ideę, jak powinien wyglądać uczeń „Długosza”. Odwołałem się więc do tradycji i założyłem gimnazjum. To jego uczniowie tworzyli podwaliny liceum.

- Teraz gimnazja znikają.

- Jako członkowie Towarzystwa Szkół Twórczych i Stowarzyszenia Szkół Aktywnych mocno walczyliśmy o powrót czteroletniego, w pełni sprofilowanego liceum.

- Mówi Pan o wizji idealnego ucznia, a jak powinien wyglądać idealny dyrektor I LO? Pana wizja na przestrzeni tylu lat pracy zmieniła się?

- Ludzie się zmienili. Kiedy zaczynałem pracę w I LO, to był najwspanialszy czas. Polityczna strona nie wyglądała może kolorowo, ale my byliśmy młodzi i korzystaliśmy z życia. Grono pedagogiczne potrafiło się bawić. Jeździliśmy na wycieczki, organizowaliśmy wspólnie andrzejki, sylwestra.

- Dziś już tego nie ma?

- Ludzie nie mają czasu na takie spotkania. Gonią w piętkę. Bo praca, bo rodzina. Przecież my też mieliśmy małe dzieci, ale na kilka godzin o czasu do czasu miał się kto nimi zająć, byśmy mogli wyjść do ludzi. Dla mnie kluczem do sukcesu na każdym stanowisku są relacje międzyludzkie. Jeśli ludzie są życzliwie do siebie nastawieni, to wszystko funkcjonuje prawidłowo. Taką zasadę próbowałem wprowadzać jako dyrektor. Starałem się uczyć trudnej umiejętności dzielenia się swoim sukcesem i swoimi umiejętnościami. Gdyby to się w stu procentach udało, to wszystko działałoby jak w szwajcarskim zegarku.

- A nie działa?

- Jak powiedziałem, to trudna sztuka umieć dzielić się swoim sukcesem. Nie każdy na przykład potrafi przekazać zdolnego ucznia innemu nauczycielowi, o którym wie, że zrobiłby z tego młodego człowieka jeszcze większego geniusza. Ja starałem się dbać o to, by wszystko funkcjonowało jak należy, ale dawałem nauczycielom wolną rękę. Każdy, kto miał pomysł, a widziałem, że służy to szkole i budowaniu pozytywnych relacji, miał zielone światło do działania. Rolą dyrektora jest dopingować chętnych, ale też wymuszać na nauczycielach inicjatywy. Wielu nie daje z siebie wszystkiego, więc trzeba w tym im pomóc.

- Parafrazując Długosza, każdy jest winien szkole swojej tyle, na ile go stać.

- Zdecydowanie. Uczniowie też doceniają i zapamiętują charyzmatycznych nauczycieli, którzy zrobili z nimi coś niesztampowego, wyszli poza sztywne ramy programu nauczania.

- Nauczyciele, tak jak i uczniowie lubią być chwaleni. Kto dostanie pochwałę na łamach DTS od dyrektora?

- Małgorzata Kuźma, genialny biolog, która na swoim koncie ma największą liczbę olimpijczyków. Jej, można powiedzieć konkurentka, Małgorzata Szkarłat-Mleczko, która widząc, że trudno jej będzie przebić ulubienicę uczniów, znalazła szybko swoją niszę i odnosi sukcesy w dziedzinie ekologii. One są najlepszym dowodem, że źródłem sukcesu jest zdrowa konkurencja i umiejętność dzielenia się tym, co w nas najlepsze. Anna Waksmundzka-Góra – nie tylko świetny chemik, który cuda pokazuje uczniom, ale przede wszystkim ciepły człowiek. Grzegorz Rapcia – polonista, który nawet moją córkę, niezwykle zdolną w naukach ścisłych, potrafił przeciągnąć na swoją stronę tak, że skończyła klasę humanistyczną wbrew moim oczekiwaniom (śmiech). Wspomniana już Urszula Adamek, co prawda na emeryturze, ale nie mogę pozostawić jej bez pochwały za wychowawstwo. Reprezentowała starą szkołę profesora Sitka, który z kolei był naszym wychowawcą. Jej klasy dogłębnie poznały małą ojczyznę. Jeździła z uczniami w góry, na wycieczki po regionie, uczyła gwary. Geniusz wychowawczy!

- Jako dyrektor przyjmował Pan absolwentów „Długosza” w pierwszej kolejności?

- Nigdy nie ukrywałem, że absolwenci na starcie dostają dodatkowe punkty podczas rekrutacji. Kiedy upominam nauczyciela-absolwenta, że coś źle zrobił, przyjmuje to do wiadomości i się poprawia. Nauczyciel-nieabsolwent potrafi wyrazić pretensje: „Ja skończyłem studia wyższe, nie potrzebuję pouczeń”.

- Jak w dowcipie o I i II LO: Uczniom kazano nauczyć się encyklopedii na pamięć. Uczniowie I LO pytają - na kiedy? II LO – po co?

- Stary dowcip, a wciąż żywy. Muszę przyznać, że konkurencja z II LO jest dobra zarówno dla dyrektora, jak i nauczycieli. Choć nie będę sobą, jeśli nie powiem, że nasi absolwenci znaczą więcej niż absolwenci II LO. Nawet dyrektor w II LO jest naszą absolwentką.

- Jakimi absolwentami Pan się może pochwalić?

- Filozof Kazimierz Mrówka. Prof. Stanisław Mazur – dziekan wydziału Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Piotr Kiciński – choć ten mnie trochę zawiódł, że nie robi kariery naukowej. Wyhaczyły go banki i w tym biznesie robi spektakularną karierę. Ostatnio dowiedziałem się, że założył z kolegą firmę Cinkciarz.pl. Profesor Elżbieta Knapik szef laboratorium genetycznego Uniwersytetu Vanderbilta w USA.

- A prezydent Ludomir Handzel? Też absolwent za „Pana czasów”. Startował Pan z jego list do Rady Miasta. Zostanie radnym - taki był Pana plan na emeryturę?

- Startowałem, ale niestety mimo dużej ilości głosów, nie dostałem się do rady. Metoda D’Hondta mnie załatwiła (śmiech).

- Dostał Pan propozycję od nowego prezydenta na przykład pracy w Wydziale Edukacji?

- Ludomir Handzel widzi we mnie eksperta w dziedzinie oświaty, ale jemu zostawiam decyzję, czy w jakiś sposób moją wiedzę będzie chciał zagospodarować.

- Wyobraża Pan sobie życie po 28 listopada, bez I LO?

- Jeszcze do końca się nie rozstaję ze szkołą. Chcę doprowadzić swoją klasę do matury. Ale szczerze powiedziawszy, kiedy muszę się zastanawiać nad tym, czy to, co mówię do uczniów, będzie właściwie przez nich odebrane, czy moje żarty i uwagi nie skończą się donosem rodziców do kuratorium, to cieszę się, że idę na emeryturę.

- Na Pana były skargi?

- Na mnie jakoś tak się zdarzyło, że nigdy. Jestem jednak przerażony, kiedy widzę zachowania rodziców. Z uczniami zawsze idzie się porozumieć, z rodzicami bywa już różnie. Bo czy powiedzenie uczennicy, że jej wiedza jest na poziomie czwartej klasy szkoły podstawowej, to powód do pisania na nauczyciela skargi do kuratorium?

- Rodzice psują szkołę?

- Kiedy moi rodzice wracali z wywiadówki, siedziałem cicho i się nie odzywałem. Wiedziałem, że jeśli nauczyciel miał co do mojego zachowania uwagi, tata wyciągnie pasek. Dziś nauczyciel zwraca uwagę rodzicowi na zachowanie dziecka i co mama czy tata robią, wracając do domu? Mówią w obecności syna czy córki: „Co za głupi nauczyciel!”.

- Potrafi Pan nic nie robić?

- Myślę, że jedyne co się zmieni w moim życiu na emeryturze, to to, że trochę dłużej będę mógł sobie pospać. Ale bezczynnie nie zamierzam siedzieć. Mamy z żoną ekologiczny sad pod Łąckiem. Praca w nim to zawsze była moja odskocznia. Zestresowany jechałem przyciąć kilka drzewek i byłem jak nowo narodzony (śmiech). Później owocobranie, robienie przetworów.

- Takiego dyrektora nie znałam.

- Tak, tak, pomagam żonie przy konfiturach. Nawet nalewki razem robimy. 28 rodzajów. Tylko żona wie naprawdę, co znaczyły dla mnie te blisko pół wieku w I LO.

Czytaj "Dobry Tygodnik Sądecki" - kliknij i pobierz bezpłatnie cały numer:

 

 

PWSZDWA

1 comment

  1. Absolwent 23 Listopad, 2018 at 16:46 Odpowiedz

    Profesorze, wycieczki w gory po Beskidach pamietamy.. Karty na matmie tez. Za obowiazkowa czerwona szturmowke na pochod pierwszomajowy wyrzucona w bramie zadoscuczynie jeszcze.
    Wypoczynku w jesieni zycia i wszystkiego dobrego na emeryturze.

Wypowiedz się w tej sprawie