Filmy na półkach, regałach, w szufladach i na podłodze

Rozmowa z profesorem Bogusławem Kołczem.

- Jest Pan uzależniony?

- Trochę jestem. Kino w naszych czasach pochłania każdego. Mnie także - już dziś jak narkotyk. Walczy u mnie z książką i trzecią rywalką, którą jest dydaktyka. Stara się wyrzucić te dwie miłości z mojego życia, ale najczęściej tworzą razem trójkąt, z którym próbuję żyć zgodnie i chłonąć szczęście.

- Film, kino może być lekarstwem na codzienne problemy, okazją do zatrzymania się i w końcu do oderwania od rzeczywistości?

- Uważam, że tak. Tak jak książka i sztuka, filmy również mogą uleczyć. Arteterapia, biblioterapia, filmoterapia - umiejętnie aplikowane potrafią działać cuda. Przed świętami, feriami czy wakacjami zawsze życzę uczniom miłych lektur i magicznych seansów. Kuszę światem sali kinowej i światem domowych chwil z filmem. Sam od zawsze marzę o namiastce prawdziwego kina w domu, z dużym ekranem, wygodnymi fotelami, absolutnym wyciszeniem i zaciemnieniem. Z braku miejsca muszę stworzyć sobie jednak warunki do kinowej izolacji w jednym z pokojów. Chodząc do kina staram się unikać tłumów. Współczesny styl odbioru, z hałaśliwymi rozmowami sąsiadów, szeleszczeniem popcornu i plastikowych butelek jest zbyt dużym wyzwaniem i odbiera połowę radości z filmu. Staram się zawsze odizolować od sąsiadów i oglądać we własnej niszy. Przychodzę w różnym nastroju, czasem z głową pełną problemów i stresów, film wyłącza mnie na dwie godziny ze świata.

- Tegoroczna jesień obfituje w nowości, w zasadzie premiera goni premierę. Które filmy zrobiły na Panu szczególne wrażenie?

- Kilka miesięcy temu pochłonęła mnie „Nienawistna ósemka” Tarantino, z zainteresowaniem obejrzałem „Dzień matki”, także mistrza gatunku, nieodżałowanego Garry'ego Marshalla. Z żenadą patrzyłem na ulubionego przeze mnie Roberta De Niro w komedii „Co ty wiesz o swoim dziadku” (reż. Dan Mazer). Zaliczyłem również, z obowiązku, najgłośniejsze premiery ostatnich tygodni: „Ostatnią rodzinę” Jana P. Matuszyńskiego, „Smoleńsk” Antoniego Krauze i „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego. Rodzinę Beksińskich pokazano w oryginalny warsztatowo sposób, z pięknymi wizualnie i fabularnie scenami integracji i dezintegracji jej członków. Podobne kino staje mi się z wiekiem bliższe i potrzebne, choć nie w każdym momencie i nie w każdym stanie psychicznym. „Smoleńsk” oglądałem ze wstydem: bolesny temat, przeżywany na powrót, przybrany został w nachalne tezy i kiepskie aktorstwo. „Wołyń” szarpnął me trzewia, miejscami zbyt bolał. Zostawił wstrząs, protest przeciw późno ujawnianej prawdzie i długiemu milczeniu, protest przeciw dalszym manipulacjom wobec prawdy, chaos myśli, niedosyt. Kolejny raz żadnego z tych trzech filmów nie chciałbym obejrzeć. Podziałały na mnie jak antyczne katharsis. Litość i trwoga długo jeszcze wychodziły ze mnie po opuszczeniu sali. Oczyściły na przyszłość.

Fot. Archiwum Bogusława Kołcza

- Legenda głosi, że jest Pan posiadaczem jednej z najbogatszych prywatnych filmowych kolekcji w Polsce.

- Tego nie wiem, ale przez kilkanaście lat zebrałem ponad 10 tysięcy płyt DVD z filmami wszelkich gatunków. Po płytkach dołączanych do gazet, zacząłem kupować pierwsze ambitne filmy wydawane osobno. Po paru latach uzupełniałem kolekcję z myślą o sobie i o swoich uczniach, dodając adaptacje literatury, klasykę - dziś już niedostępną, kiedyś bardzo drogą, licytowaną na aukcjach, sprowadzaną z zagranicy, kupowaną w czasie moich podróży, także w Rosji czy w Los Angeles - centrum światowego kina. Do filmów fabularnych dochodziły dokumenty, filmy przyrodnicze, przewodniki. Nie toleruję pirackich kopii, sam ich także nie ściągam i nie potrafię ściągać z żadnych źródeł, nie wyobrażam sobie również oglądania filmu z komputera czy telefonu, blisko monitora, na małym i czasem zacinającym się - jak w obracającym kółeczku - ekranie. Zgromadzone do dzisiaj filmy zajmują w moich pokojach wszystkie półki, regały, szuflady, leżą w stosach i stertach, układane chronologicznie, tematycznie, gatunkowo. Co tydzień i miesiąc przybywa ich kilkanaście lub więcej. Są także i osobne sterty, które czekają w kolejce do obejrzenia. Największe moje marzenie to komfort czasowy, by zagłębiać się do woli w to, co kupuję, świat wielkich mistrzów, tematów, obrazów. Filmy jeszcze nieoglądane czasem ustępują tym, które oglądam ponownie. Przygotowuję zajęcia dla uczniów czy studentów (omawiałem filmy o szkole dla psychologów i pedagogów), oglądam czasem z bliskimi czy znajomymi, to co już sam kiedyś widziałem, częściej jednak wybieram seans samotny: absolutny komfort, zaciemnienie, maksymalnie duży telewizor, kilka odtwarzaczy DVD i Blu-ray, wygodny fotel, ustawiony głos. Reszta należy do kina. Wśród ostatnich repertuarowych olśnień pamiętam „Body/Ciało” Małgorzaty Szumowskiej i „Motyl Still Alice” z oscarową Julianne Moore, rozrywkowe „Last Vegas” z aktorską czwórką Douglas, De Niro, Freeman, Kline, wizualnie genialne „Ex Machina” Alexa Garlanda (z elektryzującą Alicią Vikander) czy „Szybcy i wściekli 7”, w których kaskaderskie sceny w Dubaju nie znajdują równych dotychczas w kinie.

- Rozpoczął się listopad, dla wielu najgorszy i najsmutniejszy miesiąc roku.

- Na codzienną chandrę i jesienny deszcz aplikuję sobie zawsze klasykę: „Casablanca”, „Doktor Żywago”, filmy z Audrey Hepburn, Marilyn Monroe, Spencerem Tracy, Humphreyem Bogartem, „Północ – północny zachód” Alfreda Hitchcocka, „Forrest Gump” Roberta Zemeckisa i „Rain Man” Barry'ego Levinsona. Także wszystkie obrazy Quentina Tarantino (groza z przymrużeniem oka), komedie z Adamem Sandlerem i Jennifer Aniston z „Żoną na niby” na czele, komedie z Jackiem Nicholsonem (poza obowiązkowym i nieco poważniejszym „Lotem nad kukułczym gniazdem”- „Lepiej być nie może”, „Choć goni nas czas” czy „Schmidt”, które mogę oglądać bez końca). Wszystko, czego dotknęła Meryl Streep z najukochańszymi: „Mamma mia”, „Diabeł ubiera się u Prady”, „Dwoje do poprawki”, komedie romantyczne z Meg Ryan i Sandrą Bullock. Wśród leków na samo zło mam pod ręką filmy z Georgem Clooneyem: „Spadkobiercy” i „W chmurach” oraz nieśmiertelne dla mnie westerny z największym moim idolem, oblepiającym wszystkie domowe półki od czasów magicznej podróży przez Dziki Zachód i Monument Valley – Johnem Waynem (film „Poszukiwacze”, a zwłaszcza „Rio Bravo” i „El Dorado” polecam absolutnie wszystkim). Z polskich komedii bez końca oddaję się filmom Machulskiego, Chęcińskiego, Chmielewskiego i Barei. Z ostatnich zaśmiewam się zawsze na „Francuskim numerze” Roberta Wichrowskiego i „Last Minute” Patryka Vegi. W różnych nastrojach, dla wyciszenia i zachwytu duszy oddaję się filmom przyrodniczym na czele z serią dokumentów BBC: „Najpiękniejsze miejsca świata”, „Największe cuda przyrody”, „Najpiękniejsze zjawiska przyrody” i fenomenalnie zrealizowanym cyklem „Planeta Ziemia”. Lubię oglądać także serię programów podróżniczych „Boso” zrealizowanych przez Wojciecha Cejrowskiego. Niezależnie od stanu ducha i pogody uwielbiam kolejne odcinki polskiego „Rancza” - przyzwoicie zrealizowanego serialu z inteligentnym scenariuszem, komentującym trafnie polską rzeczywistość: polityczną, społeczną, obyczajową i szkolną.

A dzisiaj konkretnie? Gdy tylko zapomnę o obowiązkach w pracy, o czekających do napisania sprawozdaniach, korektach, artykułach i książkach, moja dusza cieszy się już na święta. A wraz z nimi wyjątkowe seanse: rodzaj filmów, które znam i powtarzam przez kilka tygodni co rok. Oświetlony dodatkową magią pokój, dźwięki kolęd dochodzące zewsząd i kilkanaście wersji „Opowieści wigilijnej” Karola Dickensa, „To wspaniałe życie” Franka Capry, „Gospoda świąteczna” z pierwszym „White Christmas” Binga Crosby'ego, „Wesołych  świąt” Johna Whitesella. Ale też nieodzowne komedie USA „Pretty Woman”, „Notting Hill”, „Holiday” i brytyjska „To właśnie miłość”, oraz polskie „Noc świętego Mikołaja” Janusza Kondratiuka, „Żurek” Ryszarda Brylskiego i urocze „Listy do M.” Mitji Okorna. Wybrana kolekcja filmów świątecznych na DVD wzbogaci się za tydzień o komedię amerykańską „Kochajmy się od święta” w reż. Jessie Nelson, z Amandą Seyfried i Diane Keaton, która wzruszała świat w kinach przed rokiem. A kilka dni temu dotarła do mnie wydana na DVD świetna seria „Opowieści weekendowych” Krzysztofa Zanussiego z lat 1996-2000.

Rormawiał: (comp)

MAGFOTO

Wypowiedz się w tej sprawie