Rozmowa z Karoliną Chapko - aktorką pochodzącą z Nowego Sącza

- Na jednym ze zdjęć na Instagramie – Pani: piękna, dziewczęca, radosna z balonikami, które niemal unoszą Panią nad ziemią. I opis: „To jest we mnie”. Co jest teraz w Karolinie Chapko?

- To zdjęcie jest dla mnie szczególne. To jedna z ośmiu fotografii, którą można zobaczyć na wystawie autorstwa Dominika Lichoty w winiarni „Winosfera” na Placu Szczepańskim w Krakowie, którą prowadzę razem z mężem. Przed sesją przyśniło mi się to zdjęcie i kiedy zobaczyłam gotową pracę Dominika, miałam wrażenie, że zeskanował to ujęcie z mojej głowy. Pomyślałam wtedy, że jest to dokładnie to, co  jest teraz we mnie. A jest tam wiele nowych emocji, energii i inspiracji…

- To był w Pani życiu rok niezwykły, rok zmian i nowych ról…

- Tak, przede wszystkim najważniejsza i najpiękniejsza rola w moim życiu czyli rola-mama. Nie przypuszczałam nawet w najskrytszych marzeniach, na jak wspaniałą ścieżkę przeniesie się moje życie. Macierzyństwa to niesamowite przeżycie, jedno z tych, które trudno opisać słowami, o którym się słyszy przecież ciągle, ale dopiero doświadczenie go, przynosi prawdziwe zrozumienie. Mój synek jest właśnie takim cudem. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam jak bije jego serce, w tej jednaj sekundzie przewartościowało się całe moje życie. Mogłabym mówić o tym godzinami, a z drugiej strony czuję, że to bardzo intymne i metafizyczne…

- A rola żony? 

- Faktycznie kolejna moja nowa rola, również życiowa, to rola żony. Bardzo lubię myśleć o sobie w ten sposób. Lubię też mówić „mój mąż”. I wcale nie podpisany papier jest tutaj kluczowy, ale to co łączy nas i sprawia, że chcemy być ze sobą. A jest tego sporo, przede wszystkim oczywiście miłość i nasze dziecko, ale też wspólne pasje, poczucie humoru, plany na przyszłość, priorytety i parę jeszcze sekretów, których nie mogę zdradzić (śmiech).

- Powiedzmy też o rolach serialowych. Po siedmiu latach wróciła Pani do obsady „Barw szczęścia”. Zdradzimy coś? Dominika-ekskluzywna prostytutka, która zarabiała w ten sposób, by pomóc choremu ojcu, wraca teraz i...?

- Powrót do „Barw szczęścia” był dla mnie nieoczekiwany. Nie sądziłam, że scenarzyści  wpadną na pomysł, żeby Dominika wróciła. Ale bardzo ucieszyła mnie ta propozycja, bo z okresu, kiedy grałam w tym serialu, mam same dobre wspomnienia i wielu znajomych. Oczywiście nie mogę zbyt wiele zdradzić. Może tylko tyle, że pojawienie się Dominiki zmieni życie kilku osób, a szczególnie jednego pana. Moją bohaterkę czeka też rewolucyjna przemiana. Nadal jednak jej perypetie będą budzić silne emocje, zarówno serialowych bohaterów jak i prawdopodobnie widzów.

- Role serialowe, to jedno. Równocześnie gra Pani w teatrze Bagatela. Kiedyś powiedziała Pani, że „teatr to magia spotkania z widzem, ulotności, niepowtarzalności”. Tak jest nadal?

- Oczywiście nadal gram w teatrze i robię to z wielką przyjemnością. Myślę, że tak pozostanie na zawsze. Faktycznie teatr zawsze był dla mnie magicznym miejscem, a próby i spektakle czymś więcej niż tylko pracą. Ten pociąg do teatru oczywiście zmienia się, ewoluuje, czasem trochę przygasa na rzecz pracy przed kamerą, by potem znowu mocno się odrodzić. Aktor potrzebuje ciągłych wyzwań, zmagania, doświadczeń, możliwości sprawdzania się, jak to się zwykło mówić w teatrze: krwi, potu i łez. Jeśli nie ma możliwości rozwoju, ciekawych propozycji, jego praca traci sens.

- Jak udaje się młodej mamie to wszystko łączyć? Plany filmowe, teatr, dom...?

- Cieszę się, że właściwie od początku, od chwili kiedy urodził się nasz synek, dzięki pomocy moim bliskim, a szczególnie dzięki mojemu mężowi, który jest najlepszym partnerem jakiego mogłam sobie wymarzyć, i mojej mamie, która jest najlepszą babcią pod słońcem, mogę realizować się dalej w zwodzie. Do szóstego miesiąca ciąży pracowałam na planie serialu „Ultrafiolet”, który można obecnie zobaczyć na Netflix, a którego drugi sezon będzie realizowany już niebawem. Bardzo szybko też wróciłam do pracy. Oczywiście nie tak intensywnej jak przed ciążą, bo staram się jak najwięcej czasu poświęcić synowi. Myślę jednak, że przy dobrej organizacji, mądrym podejściu i pomocy bliskich, można to połączyć i być wspaniałą mamą-aktorką. Ignacy, bo tak ma na imię nasz syn, jest ulubieńcem całej rodziny, wyczekiwanym nie tylko przez nas, ale przede wszystkim przez dziadków a teraz rozpieszczany przez nich i wszystkie swoje ciocie.

- Pewnie Pani tego nie lubi... Rozmawiając z Panią zapewne wszyscy pytają też o  Pani siostrę bliźniaczkę - Paulinę… 

- Tak, taka jest prawda. Chyba jeszcze nie udało mi się udzielić wywiadu, żeby nie padło pytanie o moją siostrę. Myślę, że u niej sytuacja wygląda tak samo, ale już chyba obie zdążyłyśmy się do tego przyzwyczaić. Zdajemy sobie sprawę, jak wiele emocji budzi takie bliźniacze aktorskie rodzeństwo. I akceptujemy to, choć faktycznie czasem bywa to nieco nużące.

- Często się Panie widują?

- Tak często jak tylko to możliwe. A z uwagi na mnóstwo zajęć i różne miasta, w których mieszkamy, to jednak dość rzadko.

- Ostatnio widziano Panie razem w Nowym Sączu na zjeździe absolwentów Długosza. Takiej uroczystości nie można było pominąć?

- Z naszym liceum obie jesteśmy emocjonalnie związane i bardzo cieszyłyśmy się, że możemy być częścią tego wspaniałego święta. Zresztą prawie cała moja najbliższa rodzina ukończyła I LO, tata i wszystkie moje siostry.

- W szkole siedziała Pani z siostrą w jednej ławce? Trzymały się Panie razem, czy raczej ze sobą rywalizowały?

- Z tego co pamiętam, nigdy nie siedziałyśmy razem w jednej ławce ani w podstawówce ani w liceum, chociaż trzymałyśmy się razem. Miałyśmy taką babską ekipę, zresztą z wieloma dziewczynami utrzymujemy kontakt i przyjaźnimy się do dziś. W ogóle to był fajny czas i w nowym roku planujemy spotkanie z okazji 15-lecia matury. Nasza klasa była bardzo zgrana, mieliśmy też duże szczęście do wspaniałych nauczycieli. Pewnie Czytelnicy nie uwierzą, ale z siostrą-bliźniaczką nigdy nie zamieniłyśmy się w szkole rolami, choć na okrągło nas mylono, ale tak bardzo każda z nas ceniła swoją indywidualność! Mimo to na świadectwie maturalnym wszystkie oceny mamy identyczne.

- Co 6 grudnia Mikołaj powinien Pani przynieść?

- Trochę odpoczynku, bo w natłoku macierzyńskich i zawodowych obowiązków, ciężko czasem znaleźć chwilę dla siebie. Od tego roku jednak myśląc o 6 grudnia, myślę  już bardziej o dawaniu niż przyjmowaniu prezentów.

- Święta Bożego Narodzenia spędzi Pani w rodzinnym domu w Nowym Sączu z synkiem, mężem i całą rodziną?

- W tym roku święta Bożego Narodzenia będą zupełnie odjazdowe. Ponieważ całą rodziną, a jest nas trochę, wybieramy się w nieco cieplejsze niż nasze polskie klimaty. W Polsce od dawna  i tak nie ma śniegu na święta, więc w tym roku nie ryzykujemy i zastępujmy go ciepłym piaskiem. Ignacy będzie najmłodszym uczestnikiem wyprawy i będzie miał przy sobie wszystkich swoich dziadków i wszystkie ukochane ciocie. Takiemu to dobrze (śmiech).

Zdjęcia: Dominik Lichota

Czytaj „Dobry Tygodnik Sądecki” - kliknij i pobierz bezpłatnie cały numer:

 

WIŚMAŁA2020

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.