Futbol to jest po prostu męski świat

Rozmowa z Katarzyną Świderską dyrektorem marketingu firmy Wiśniowski

– Słyszała Pani taki dowcip: kiedy polska reprezentacja piłkarska trafia do siatki przeciwnika, to w firmie Wiśniowski nikt nie krzyczy gol. Wszyscy wołają: brama!

wsb3

– Dowcipu nie słyszałam i myślę, że raczej krzyczelibyśmy bramka – stąd w naszych hasłach reklamowych przed Euro 2016 –  łączy nas pasja do BRAMek… Gdyby jednak faktycznie zaczęto opowiadać o nas takie sympatyczne dowcipy, to chyba nie miałabym nic przeciwko temu. Skoro mówi się o nas w takim kontekście, to dobrze świadczy o firmie, budzi ona dobre skojarzenia. W końcu to o najładniejszych golach mówi się z uznaniem: ale brama!

– W czerwcu 2016 firma Wiśniowski w pierwszej kolejności budzi skojarzenia z piłkarską reprezentacją Polski. Identyfikujecie się z naszymi piłkarzami tak mocno, że ponoć przed ważnymi meczami sypia Pani w koszulce reprezentacji z podpisem Roberta Lewandowskiego?

– To byłoby możliwe dopiero od ostatniej soboty – wtedy udało się osobiście zdobyć autograf kapitana naszej reprezentacji. Koszulkę – oprócz podpisu Lewandowskiego – z przodu zdobi biały orzeł, numer 9, a na plecach zamiast Lewandowski widnieje nazwisko Świderska J To wyraz identyfikacji z reprezentacją – naszej firmy i mojej. Jeśli jednak przyjdzie taki moment w tych Mistrzostwach Europy, że naszej kadrze będzie potrzebne moje wsparcie, to na boisko nie wybiegnę, ale obiecuję chodzić w tej koszulce choćby przez całą dobę!

– Pytam o Pani identyfikację z naszymi piłkarzami, bowiem od pewnego czasu można odnieść wrażenie, że nie tylko wśród mężczyzn silniej objawia się zainteresowanie losami naszego futbolu. Myśli Pani, że Polki bardziej interesują się piłką nożną i mocniej identyfikują się z drużyną, której kibicują ich mężowie?

– Myślę, że chyba jednak nie więcej niż wcześniej. Futbol to jest po prostu męski świat, tak jak świat samych piłkarzy. Kobiety są w nim miłym dla oka przerywnikiem. Trochę to szowinistyczne, szczególnie w ustach kobiety, ale taka jest prawda. Mam nadzieję, że nie obrażę tym stwierdzeniem wielu wiernych kibicek… Proszę zauważyć, że nawet nie ma poważnie brzmiącego określenia rodzaju żeńskiego dla tego zajęcia. Tak więc, drogie panie kibicujące piłkarzom – jesteście w mniejszości.

– Skoro piłka nożna to męska domena… Właściciel firmy Andrzej Wiśniowski dwa lata temu w jednym z wywiadów pytany, dlaczego związał się z przegrywającą niemal wszystko polską reprezentacją powiedział, że akcje na giełdzie kupuje się, kiedy firma dołuje. Właśnie wtedy akcje firmy Polska Piłka Nożna pikowały w dół w zastraszającym tempie, jednak Andrzej Wiśniowski powiedział: „wchodzę!”. To była ryzykowna inwestycja?

– Nie. Z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze dlatego, że Polacy kochają piłkę nożną i w wydaniu narodowym kibicują jej nawet wtedy, gdy nie jest najlepiej. Złościmy się, komentujemy złośliwie, wszyscy najlepiej wiemy, co poszło nie tak. Każdy Polak jest trenerem reprezentacji, każdy ma swoje zdanie, kogo i gdzie należało wystawić, jaką obrać taktykę, a nawet, którą nogą należało podać w konkretnej sytuacji. Słowem – kilka milionów rodaków jest natychmiast gotowych zastąpić Adama Nawałkę, albo przynajmniej zostać jego doradcami. Taka jest nasza natura, choć pewnie inne narody mają nieco podobnie. Piłka nożna wyzwala emocje, każdy chce podkreślić, że zna tę grę i pewnie nic w tym złego. Jednak mocno kochamy ten sport, rozpala nasze emocje jak żaden inny i futbolowi jesteśmy wierni dozgonnie, choćby przez kilka pokoleń drużynie narodowej brakowało sukcesu. Po drugie – i to chyba ważniejsze – gwarancje sukcesu dawały zmiany w drużynie, kiedy się z nią wiązaliśmy. Przyszedł nowy selekcjoner, młodzi zdolni, gniewni i żądni sukcesu zawodnicy. Sam PZPN przeżywał też poważną reformę. To wystarczyło, aby powiedzieć: wchodzimy!

– Wiele osób dziwiło się, że stawiacie na krytykowaną przez fachowców i kibiców drużynę. A potem był słynny już mecz z Niemcami. Była Pani na stadionie, kiedy wygrywaliśmy z mistrzami świata…

– Byłam i od początku miałam pewność, że wygramy. Przede wszystkim przeniosłam się w inny, dotychczas nie znany mi świat. Nigdy wcześniej nie brałam udziału w tak emocjonującym spektaklu. Gdzieś przeczytałam potem, że to było wydarzenie historyczne, bo od czasu Władysława Jagiełły dopiero Nawałce udało się wygrać z Niemcami – mistrzami świata. I nawet, jeśli była w tym stwierdzeniu jakaś dziennikarska, publicystyczna prowokacja, to udzieliła mi euforia tamtego październikowego wieczoru na Stadionie Narodowym. Tego poczucie zbiorowości, zjednoczenia i dumy nie da się porównać z żadnym innym wydarzeniem sportowym. Dla nas, jako firmy, ta wygrana była ponadto mocno symboliczna. Weszliśmy jako partner reprezentacji w momencie, kiedy ze współpracy wycofał się nasz największy rynkowy konkurent, pochodzący właśnie z Niemiec. Taki zbieg okoliczności. Obstawiłam też trafnie wynik, niestety wyłącznie wśród znajomych, więc nie zbiłam fortuny u bookmachera.

– Polacy kibicują swojej drużynie bez względu na jej wyniki. To też argument, by na nią postawić, bo zawsze będzie budziła zainteresowanie, a o to przecież w marketingu chodzi.

– Marketing to bardzo precyzyjna robota. Mogę ją porównać jedynie do pracy zegarmistrza. W naszej branży również wszystkie tryby muszą działać sprawnie i pasować do siebie. Kontrakt z reprezentacją to jeden z elementów budowania pozycji naszej marki. Z pewnością najbardziej widowiskowy. Sprawne łączenie tych wszystkich elementów w jedną całość, to w gruncie rzeczy walka o pozycję w umyśle klienta. A tu potrzebna jest wręcz chirurgiczna precyzja, żeby nie przesadzić J

– Chirurgiczna, zegarmistrzowska precyzja…?

– Nawet jeśli wyolbrzymiłam, to celowo, żeby pokazać, że w marketingu niczego nie zostawiamy przypadkowi. Podobnie zresztą jest w obecnej reprezentacji. Tam też wszystko jest precyzyjnie zaplanowane i rozpisane na role. Kto uważnie się temu przygląda wie, że zespół to nie tylko dyrygent i jedenastu facetów biegających po boisku. Każdy ma ściśle określone zadanie – tam nawet człowiek zbierający dresy od kończących rozgrzewkę piłkarzy, wie kiedy ma się pojawić i jaką drogą zniknąć w szatni. Perfekcyjna maszyna i pewnie dlatego nasza firma tak do tego mechanizmu pasuje.

– Ryzyko porażki i smak zwycięstwa to są dwa uczucia w naturalny sposób wpisane w sport i biznesową rywalizację. To jeden z powodów, dlaczego tak wam blisko do sportu?

– Sport zawsze budzi emocje, szczególnie ten o randze reprezentacji narodowych. W biznesie z kolei emocje raczej przeszkadzają. Myślę, że bardziej chodzi tu o podobieństwo na płaszczyźnie strategii i taktyki jej wdrażania. Tak na boisku jak i w biznesie, trzeba być przygotowanym na wszystko, zawsze trzeba mieć wariant B, a nawet C, jeśli podstawowy plan nie wypali. Pomimo świetnego przygotowania, najlepszych zasobów i chęci walki, nie zawsze wszystko można zdobyć. Czasem do zwycięstwa zabraknie niewiele, lub po prostu trzeba poczekać na rewanż.

– Czujecie się reprezentantami Polski w swojej dyscyplinie?

– Oczywiście! Ze swoim 27-letnim doświadczeniem czujemy się wręcz narodowym producentem w naszej branży J

– Badała Pani rynek w ciągu tych dwóch lat? Co dało wam związanie się z reprezentacją? Zdarzają się klienci, którzy kupując wasze wyroby mówią: wybrałem was, bo reklamę firmy Wiśniowski widziałem na bandzie podczas meczu…

– Ten projekt rozpisany jest na kilka lat, a na dzisiaj dał nam dokładnie to, co zaplanowaliśmy. Lepszą rozpoznawalność oraz pozycję rynkową naszej marki, cieplejszy wizerunek i dumę naszej sieci dystrybucji, ze pracują z takim producentem. Nasze logo jest widoczne w najważniejszych momentach narodowego spektaklu.

– Podczas zgrupowania przed Mistrzostwami Europy nad Arłamowem pojawiał się wasz firmowy śmigłowiec.

– Bycie partnerem reprezentacji Polski zobowiązuje, a chcemy wspierać zespół w różnych dziedzinach. Dlatego uznaliśmy, że skoro nasz śmigłowiec ułatwi zawodnikom komunikację z tak  odległym miejscem jak Arłamów, to jesteśmy do dyspozycji.  Jeśli skróciło to podróż wymagającemu odpoczynku zawodnikowi, to możemy się tylko cieszyć, że mogliśmy być pomocni.

Rozmawiał Wojciech Molendowicz

HUZAR
ZESZYTYBOBO
Share on twitter
Share on facebook
INNE POSTY

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zamiast wzruszającego wstępu

Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz

10 lat temu (słownie dziesięć) 30 września ukazał się pierwszy numer „Dobrego Tygodnika Sądeckiego” (zwanego dalej DTS). Z tej okazji dokładnie 10 lat później oddajemy do rąk Czytelników nową odsłonę naszego portalu dts24.pl.

A wracając do jubileuszu, po długiej i burzliwej naradzie nie doszliśmy jednak do porozumienia – cieszyć się czy martwić z tego powodu? Cieszyć, bo to zawsze miło dojść do jakiegoś punktu. Martwić, bo choć wytrwali w marszu, to jednak jesteśmy starsi o dekadę.

Świętowanie jubileuszy pachnie naftaliną starej szafy, a już na pewno muzealną ekspozycją. A do muzeum jeszcze nam niespieszno. To już na cmentarz było zdecydowanie bliżej, wszak jakiś czas temu w konkurencyjnych mediach ukazały się dwa nasze nekrologi. I jak tu nie wierzyć w mądrości ludowe? Mówią, że umarłeś? Wróży ci to długie życie. O tych nekrologach DTS to byśmy już nawet nie pamiętali, ale Jerzy Wideł przypomniał na 27 stronie. Wiadomo, Wideł mieszka najbliżej cmentarza i pasjami czytuje nekrologi.

Zatem jubileusz bierzemy z marszu, bez ckliwych przemówień, ronienia łzy, ani też bez zbędnego zadęcia. Ot, pogrzebaliśmy trochę w starych zdjęciach, pofatygowaliśmy się sprawdzić co słychać u kilku bohaterów tekstów z tamtego 30 września i w zasadzie tyle. No dobrze, poprosiliśmy jeszcze prasoznawców i speców od mediów o krótki wykład, jak to jest z tą prasą lokalną (str. 14-15). Wychodzi na to, że ciągle nieźle. Przedwczesne również okazały się pogłoski o rychłej śmierci papieru jako nośnika różnych treści. DTS oczywiście nie upiera się, że wersja papierowa gazety jest nieśmiertelna i oddamy nie za nią życia. Wszak coraz więcej naszych czytelników wybiera niepapierową wersję gazety. Papier to jednak papier – prestiż i elegancja. A w internecie każdy stragan z jarzynami ma dzisiaj swoją stronę (z całym szacunkiem dla warzyw, powinno się je zjadać trzy razy dziennie).

Trendy są zresztą lekko odwrotne, a przecież wiadomo, że dziś wszelkie trendy wyznacza Facebook. No więc Facebook jakiś czas temu uznał, że dla swoich najlepszych klientów stworzy ekskluzywny, bezpłatny magazyn „Grow”. No, bo papier to prestiż (chyba już wspominaliśmy), a nie byle post na osi czasu. DTS identycznie – dla naszych najlepszych na świecie Czytelników tworzymy ekskluzywny, bezpłatny magazyn. Bo chcemy, żebyście poczuli się docenieni. Czy to nie jest piękne – wcale nie musicie być najlepszymi biznesowymi partnerami Marka Zuckerberga, by ktoś wyłącznie z myślą o Was tworzył ciekawe treści.

No i to by chyba było na tyle, jeśli chodzi o 10-lecie ukazania się pierwszego numeru DTS. Tyle się przez te lata wydarzyło ciekawych rzeczy (najważniejsze przypominamy na str. 16), ale przecież nie będziemy się tu wzruszać minionymi dokonaniami. Wyznajemy raczej starą piłkarską zasadę „Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz”. I cóż z tego, że wygrałeś już 100 meczów. Najważniejsze jest to, czy masz plan, jak wygrać dziesięć i dwadzieścia następnych. Nasze głowy pełne są pomysłów na najbliższe tygodnie i miesiące, potrzebujemy tylko sprzyjających warunków, aby je zrealizować. No i co mamy teraz napisać, że czasy są ciężkie, a przyszłość niepewna. Tyle to wiemy, przecież wszyscy mają pod górkę. A kto akurat ma z górki, też musi uważać, żeby się za mocno nie rozpędzić, bo potem wielkość guza jaki można sobie nabić jest wprost proporcjonalna do osiągniętego rozpędu.

Cieszymy się, że możemy robić dla Was coś ciekawego i pożytecznego. Od 10 lat napędzamy się naszym wrodzonym optymizmem, na równi zresztą jak reklamami, które na naszych łamach zamieszczacie. No i tu trafiamy na błędne koło filozoficznie – nie byłoby tak wielu Reklamodawców, gdyby DTS nie miał tak wielu Czytelników. Nie byłoby tak licznych Czytelników, gdyby Reklamodawcy nie utrzymywali gazety na zadowalającym wszystkich poziomie. Prawda, jaka piękna puenta?

Oczywiście chcielibyśmy Was wszystkich uścisnąć z okazji urodzin, ale pamiętamy, że trzeba zachować dystans społeczny. Nie znaczy to wcale, że podchodzimy do tego wszystkiego z dystansem. Wręcz przeciwnie. Wzruszamy się!

Redakcja DTS

Przeczytaj jubileuszowe wydanie „Dobrego Tygodnika Sądeckiego”: