Farmazon jak stąd do Afryki, czyli jest ciekawy właściciel dla Sandecji [FELIETON]

Farmazon jak stąd do Afryki, czyli jest ciekawy właściciel dla Sandecji [FELIETON]

Sandecja, farmazon

Stara, dobra, polityczna zasada wskazuje, aby odwracać uwagę od niewygodnych tematów. Mamy do czynienia z taką sytuacją w Nowym Sączu. Pojawił się randomowy człowiek, który chce zbawić Sandecję i to tuż po osiągnięciu przez klub najgorszego wyniku w XXI wieku. Uwaga Sądeczanie: jest kupiec, przyjechał niczym rycerz na białym koniu.

Politycy często ustawiają się, aby sprzedać temat, który odwróci uwagę od spraw bieżących – niekorzystnych. Czasami nie muszą tego robić, bo przestrzeń publiczna żyje innym, zajmującym czas wydarzeniem. Tak jest na przykład przy okazji piłkarskich Mistrzostw Europy czy Igrzysk Olimpijskich. Obydwie imprezy przed nami. Dla części polityków jest to zbawienie. Ludzie będą żyć medalami, meczami, zwycięstwami. W wiadomościach telewizyjnych i wszelkich portalach odnajdziemy sport jako temat dominujący. W tym samym czasie myszy będą mieć czas na grasowanie.

Temat zastępczy
Od kilku dni w świadomość sądeckiej opinii publicznej próbuje przebić się człowiek, który przedstawia się jako przedsiębiorca, inwestor i przyszły lider transformacji Sandecji. Zanim słów kilka o tejże zbawczej postaci, przypomnienie spraw najważniejszych.

Sprawa pierwsza: Sandecja spadła do III ligi. Klub nie ma swojego domu. Jeśli stadion uda się dokończyć w tym roku (to jedna wątpliwość) i dalej: uda się go odebrać i uzyskać wszelkie zgody na dopuszczenie do użytku (kolejna wątpliwość, znacznie poważniejsza), wówczas najbliższy mecz z kibicami zostanie rozegrany za… rok (!).

Sprawa druga: Powołany na stanowisko prezesa Tomasz Bałdys, nie wywiązał się z powierzonego mu zadania. Otrzymał pieniądze mieszkańców i pełne zaufanie Urzędu Miasta. Wyznaczono mu jedno podstawowe zadanie. Miał utrzymać Sandecję w II lidze. Nie dał rady. Potknął się na najprostszych czynnościach w II lidze. Nie wybrał trenera, który odmieni drużynę pod względem sportowym. Nie sprowadził do klubu zawodników, którzy swoją charakterystyką mogliby dźwignąć ciężar grania w okolicach strefy spadkowej. Sandecja zajęła ostatnie miejsce w tabeli. Jednym słowem: prezes nie zrobił nic, co miałoby jakiekolwiek przełożenie na poprawę.

W tym miejscu pojawia się podstawowe pytanie: Co w klubie Sandecja Nowy Sącz robi jeszcze prezes Tomasz Bałdys oraz ludzie, których powołał do współpracy? Owszem – czasami stabilizacja jest potrzebna. Ale czy na pewno z człowiekiem, który wysypał się na II-ligowym etapie? Jakie on daje perspektywy, mając na uwadze jakość wykonanych zadań? Wiceprezydent Artur Bochenek mówił niedawno na antenie RDN Nowy Sącz, że zostaną wyciągnięte konsekwencje. W tym miejscu należy się zatrzymać i zwrócić do kibiców: nie dajcie się wciągnąć w rozmowy o nowym właścicielu Sandecji, dopóki nie dostaniecie informacji o wyciągniętych konsekwencjach względem osób, które ulokowały Sandecję na ostatnim miejscu w II lidze. Jaką macie pewność, że tymi konsekwencjami nie będzie słowne upomnienie? Prezes Bałdys nie podołał najprostszemu zadaniu, mając do dyspozycji kilka milionów złotych Waszych pieniędzy. Nie nadaje się do pełnienia roli prezesa Sandecji, co udowodnił czynami i podjętymi przez siebie decyzjami.

Wątpliwej jakości zbawca
Dopóki nie zapadną decyzje o odwołaniu prezesa i wszelkich osób, które ten zaprosił do Nowego Sącza, nie wolno dać się wciągać w inne tematy. Ale taki zastępczy temat właśnie został bardzo sprytnie zapoczątkowany. Na platformie Facebook powstał profil o nazwie: „Nowa Sandecja – Okiem Niedźwiedzia”. Mężczyzna o imieniu Marek przedstawia się jako przedsiębiorca, inwestor i przyszły lider transformacji. Twierdzi, że był sponsorem angielskiego klubu Sheffield United. Ale gdy wykonałem telefon do mojego przyjaciela ze studiów, który zagorzałym kibicem Sheffield United jest od 20 lat i mieszka w tym mieście, nie był w stanie powiedzieć ani jednego zdania o tym człowieku. – Pierwsze słyszę – tyle przekazał.

Okazuje się, że pan Niedźwiedź to najwyraźniej znana postać na Sądecczyźnie i wieloletni kibic, bo na nazwę Sandecja przypisuje sobie możliwość używania słów: „my”, „nasze”. Gdy podjąłem działania weryfikujące osobę nowego zbawcy, okazało się, że odnalazłem drogę do pierwszej zasady doskonałego biznesu, która wskazuje, że „pieniądze lubią ciszę”. Człowiek z polecenia złożył już ofertę kupna Sandecji. Co więcej, ta osoba nie ma być żadnym inwestorem, tylko zarządcą. Ważne: nawet jako zarządca, raczej nie posiada ze sobą inwestorów, bo wedle pomysłu, jednym ze sponsorów Sandecji ma być… Urząd Miasta, czyli Wy drodzy mieszkańcy. Ustalenia dotyczące tej oferty mrożą krew w żyłach, co z pewnością pokaże czas, jeśli do transakcji dojdzie.


W Sandecji dzieje się właśnie to, co w miejskich klubach wyższej klasy rozgrywkowej spotykamy od lat. Pojawiają się rycerze na białym koniu, tyle tylko, że potem okazuję się, że rycerz nie miał zbroi a koń nie miał kopyt. Ten farmazon z zakupem Sandecji przez wspomnianego wyżej pana należy uciąć w zarodku, najlepiej natychmiast – póki klub istnieje.

Czytaj także: Juwenalia ANS dzień drugi. Istne szaleństwo pod sceną [GALERIA ZDJĘĆ]

Reklama