Psycholog: zdrowy duch musi umieć się złościć

O chorobie duszy, która może być śmiertelna i o tym jak się zdrowo złościć rozmawiamy z  dr Martą Brachowicz – psychologiem, psychoterapeutą, wykładowcą nowosądeckiej Wyższej Szkoły Biznesu.

Wśród chorób ciała najczęściej zabijają choroby układu krążenia i złośliwe nowotwory. Skupieni na ciele czasem zapominamy, że wśród chorób „duszy” też jest groźny potencjalny zabójca…

Depresja. Może okazać się chorobą śmiertelną, prowadzącą do samobójstwa. Ta choroba może pojawić się w każdym wieku, dotyczy wszystkich, począwszy od dzieci skończywszy na seniorach. A na dodatek mamy czasem do czynienia z depresją lekooporną, którą bardzo ciężko jest leczyć.

Jak rozpoznać depresję nie będąc psychologiem?

Osoba z depresją nie cieszy się życiem, traci zdolność do odczuwania przyjemności. Funkcjonuje zupełnie inaczej niż wcześniej. Ogranicza wszelkie aktywności, nawet te związane z funkcjonowaniem w domu.  Nie wstaje z łóżka, nie chce jeść. Traci zainteresowania, obojętnieje, staje się smutna, wycofana i raczej nie szuka pomocy. Czasem mamy do czynienia z depresją maskowaną. Osoba chora próbuje motywować się wówczas do jakiejś aktywności na przykład poczuciem odpowiedzialności. Myśli: mam dzieci, muszę sobie radzić. I próbuje sobie radzić aż do stanu poważnego wyczerpania. Ma trudności z koncentracją, może być drażliwa, impulsywna. Pojawiają się myśli samobójcze, poczucie beznadziei i bardzo krytyczna samoocena.

A w nas budzi się wtedy odruch zasypania tego smutnego człowieka dobrymi radami w stylu: weź się w garść…

Problem w tym, że jeśli sami nie doświadczyliśmy tego rodzaju smutku, to nie do końca jesteśmy w stanie go zrozumieć, a co dopiero pomóc się z nim uporać. Depresję można i trzeba fachowo leczyć. Wracając jeszcze do jej rozpoznania, trzeba pamiętać, że czymś innym jest chwilowo obniżony nastrój, zły dzień, albo kilka kiepskich dni, a czymś innym jest taki stan trwający tygodniami i miesiącami i pogłębiający się. Wtedy trzeba zgłosić się po pomoc. Najlepiej do lekarza rodzinnego, który powinien skierować do psychoterapeuty lub psychologa. Następnie psycholog, jeśli uzna że jest potrzebna pomoc psychiatryczna – skieruje do psychiatry. Niemało osób od razu, trochę na skróty, trafia do psychiatry i dostaje leki. Bywa, że chętnie sięgamy po tabletkę, bo po prostu chcemy, żeby przestało boleć. Chcemy szybko przestać cierpieć. Nie lubimy przecież cierpieć. Jest jednak  pewne „ale”: lek tonuje przykry objaw, poprawia funkcjonowanie, ale nie likwiduje przyczyn problemu. Oczywiście jest bezwzględnie potrzebny, gdy choroba trwa bardzo długo. W wielu przypadkach jednak wystarczy przepracować problem z psychoterpeutą. To wymaga czasu, cierpliwości, efekt nie jest tak szybki jak po tabletce, ale gdy już jest, jest z reguły trwały.

Z danych statystycznych wynika, że choruje 1.5 mln Polaków, a tylko co trzeci się leczy. Co możemy zrobić żeby to zmienić?

Budować świadomość  czym jest depresja i jak można sobie pomóc będąc chorym. Walczyć ze stereotypami, które prowadzą do błędnych przekonań, że wizyta u psychologa czy psychiatry uczyni z nas „wariatów”.  Obserwujemy na szczęście dosyć  pozytywny syndrom podobny do tego jaki występuje wśród mieszkańców Stanów Zjednoczonych, gdzie mnóstwo rodzin ma swojego psychoanalityka. My też coraz częściej szukamy fachowej pomocy w problemach jakie dotykają sfery naszej „psyche”. To wynika czasem stąd, że stajemy się nieufni, podejrzliwi względem osób bliskich. Mamy poczucie, że nas nie rozumieją, irytujemy się słysząc uporczywe „weź się w garść”,  więc wolimy opowiedzieć o swoich problemach osobie zupełnie obcej.

Jesteśmy smutnym narodem?

Narzekającym i trochę niecierpliwym. Chcemy szybkich sukcesów, spektakularnych efektów, często nie potrafimy cieszyć się drobiazgami. Gubi nas życie w pośpiechu, w nieustannym zmęczeniu. A czasem wystarczy chwila refleksji: na ile jestem spokojny, na ile nerwowy? Czy muszę mieć od razu wszystko, żeby poczuć radość? A może dobrze byłoby wyjść na spacer, na kawę, ucieszyć się, że dziś nie ma siarczystego  mrozu, że kończy się pracowity dzień i będzie chwila dla siebie. Bez tej umiejętności dostrzegania małych powodów do radości i w warunkach pospiesznego, przemęczonego życia stajemy się podatni na to, co powszechnie nazywamy „nerwicą”, a co w nomenklaturze fachowej jest zaburzeniem lękowo-depresyjnym.

Lęk i depresja chodzą w parze?

Share on twitter
Share on facebook
INNE POSTY

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.