Być albo nie być radnym...

W 1990 r. po pierwszych w powojennej historii kraju wyborach zebrała się w nowosądeckim magistracie nowo wybrana Rada Miasta królewskiego grodu. Ówczesna sesja miała bardziej uroczysty i oficjalny charakter niźli roboczy. Tuż przed nią, jak nakazywała tradycja, wszyscy radni od lewa do prawa uczestniczyli we mszy św. w kościele św. Małgorzaty, wtedy jeszcze nie bazylice mniejszej.

Prałat, ks. proboszcz Stanisław Lisowski, wygłosił kazanie, w którym stwierdził m.in., że praca, służba dla społeczeństwa to nie jest droga usłana różami. Chciałoby się rzec – święte słowa z ambony. Czy obecnie startujący do Rady Miasta mają świadomość tych słów? Czy zdają sobie sprawę, jaką odpowiedzialność biorą na swoje barki?

Od tego wspomnianego, historycznego roku 1990 upłynęło sporo czasu. Wiele się zmieniło w kraju, w Nowym Sączu. Zmieniła się, co oczywiste, mentalność społeczeństwa. Nie można powiedzieć, że na gorsze, bo co to niby ma znaczyć. Mimo wszystko w tych, jak niektórzy wspominają, pionierskich czasach społeczeństwo było wobec swoich wybrańców bardziej cierpliwe, bardziej empatyczne, bo wszyscy wspólnie wychodziliśmy z czasów PRL. Świat nie pędził tak szybko. Nie było internetu, komórek telefonicznych. Sentymentalnie i refleksyjnie patrząc na tamte lata, był zdecydowanie większy entuzjazm w budowaniu czegoś nowego, lepszego niż PRL. Żyło się biednie, ale ciekawie.

Czy jest sens wspominać tamte lata i opowiadać o nich młodym ludziom, którzy obecnie startują w wyborach samorządowych a większości z nich nawet nie było wtedy na świecie? Było, minęło. Inne czasy, inni ludzie, nowe pokolenie ze swoimi pragnieniami i latami. Teraz oni wezmą na barki odpowiedzialność za miasto, w którym żyją i, jak głoszą w swoich programach, chcą, by w tym naszym sądeckim grajdole było coraz lepiej, ciekawiej, atrakcyjniej.

W zeszłotygodniowym wydaniu naszego poczytnego organu „Dobrego Tygodnika Sądeckiego” wypowiedzieli się byli samorządowcy, którzy pożegnali się przed laty z lokalną, samorządową polityką. Były długoletni przewodniczący Rady Miasta Jerzy Wituszyński twierdzi, że nikt go nie namówi do działalności samorządowej. Zdał sobie sprawę, że bez interesowania się miastem można żyć. Przebija w nim nie tylko nuta nostalgii za dawnymi laty, ile poczucie ulgi, że ta „kategoria działalności
samorządowej” wreszcie dobiegła końca. Gość się wyzwolił! Panie Jerzy, łatwo Panu przyszło skreślenie swojej przeszłości i jakby Pan zapomniał, że właśnie dzięki działalności samorządowej co nieco udało się Panu osiągnąć w życiu zawodowym. Nie był Pan zwykłym gminnym geodetą (nota bene wysoko cenionym), ale też ważną personą polityczną, co chyba w Pańskim przypadku zawodowym nie było bez znaczenia. Nieprawdaż? Z pożegnaniem z Prawem i Sprawiedliwością było podobnież! Piotr Pawnik w 1990 r. był najmłodszym w kraju wiceprezydentem miasta. Miał 27 lat. Czyż nie był to dla niego ogromny, osobisty sukces właśnie choćby dlatego, że jako młodemu, zdolnemu socjologowi ten sukces ułatwiła mu „Solidarność”. To również przykład człowieka, który dzięki działalności we władzach samorządowych poznawał nowe kręgi osób, nawiązywał nowe przyjaźnie i mógł liczyć na lepszą przyszłość zawodową aniżeli socjolog w upadających Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego. Nie można Panie Piotrze przekreślić bezceremonialnie tych lat, chociaż zgoda, że praca w samorządzie pochłaniała Panu wiele czasu, którego brakowało dla rodziny.

A cóżby na ten temat mogła powiedzieć rodzina Mariana Cyconia, długoletniego naczelnika Piwnicznej-Zdroju, prezydenta Nowego Sącza, burmistrza Starego Sącza, nie wspominając już o dwukrotnym posłowaniu. Coś jest za coś. Jeśli się ma charakter dostosowany do pracy dla innych, na rzecz miasta, gminy, tworzenia czegoś nowego, co zapisze się w historii społeczności, trzeba też ponieść koszty osobiste związane z brakiem czasu dla najbliższych. To jest często bardzo wysoka cena. Nawet przy najlepiej zorganizowanym czasie pracy, zawsze jest poczucie, że coś się zaniedbało. Zresztą mówił o tym w zeszłotygodniowym wydaniu DTS także były starosta Jan Golonka, czy były wojewoda i prezydent Józef Antoni Wiktor.

Obecni kandydaci do Rady Miasta też zapewne podejmując decyzje o pracy na rzecz innych mieszkańców, biorą pod uwagę wszelkie za i przeciw takiej działalności. Stoją przed ogromnym wyzwaniem i wyborem – być albo nie być radnym. Niczym u Hamleta. Kto nie czuje się na siłach, może jeszcze się wycofać, by potem nie żałować tej naprawdę życiowej decyzji. Bo to wybór skutkujący na lata.

Czytaj "Dobry Tygodnik Sądecki" - kliknij i pobierz bezpłatnie:

TRADYCJATEXT

Wypowiedz się w tej sprawie