Bez wolontariatu moje życie byłoby uboższe

Rozmowa z Mateuszem Marszałkiem, studentem medycyny Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach, wolontariuszem Stowarzyszenia Sursum Corda w Nowym Sączu

- Jak zaczęła się Twoja przygoda z wolontariatem?

- Na poważnie dopiero w liceum, bo wówczas osiągnąłem wiek, który uprawniał do zostania wolontariuszem. Teraz ten pułap jest niższy, ale wówczas musiałem mieć skończone 15 lat. Niemniej już w gimnazjum zacząłem się włączać w różnego rodzaju akcje wolontariackie. Pamiętam, że staliśmy z kolegami w hipermarketach przy kasach, pomagając ludziom pakować zakupy. Odwdzięczali się, wpłacając do puszek pieniądze na cel charytatywny.

- Było coś, co zainspirowało Cię do zostania wolontariuszem?

- Kiedy miałem 10 lat, uczestniczyłem w zajęciach prowadzonych przez osiedlowy klub Piast w Nowym Sączu. Kilka razy w tygodniu odwiedzały nas wolontariuszki Sursum Corda, pomagając wychowawcom. Byłem nimi zachwycony. Zupełnie bezinteresownie spędzały z nami czas wolny, bawiły się, organizowały konkursy. Strasznie podobało mi się, że tak łatwo potrafią zjednać sobie wszystkie dzieciaki, że są takie uśmiechnięte. To wtedy postanowiłem sobie, że gdy nieco dorosnę, będę taki jak one i zostanę wolontariuszem. Kiedy więc szedłem do liceum i znajoma powiedziała mi, że jestem już w odpowiednim wieku, by zapisać się do wolontariatu Sursum Corda, niemal na drugi dzień tam byłem.

- To było aż tak silne?

- Chyba tak. Szedłem do Sursum Corda z nastawieniem, że chcę robić bardzo dużo, że będę tam góry przenosił (śmiech). Pani Halina Rams, opiekunka wolontariuszy, zaproponowała mi wówczas, żebym podpisał umowę o stałym wolontariacie.

- Czyli?

- Zobowiązywał do systematycznych działań. Zobligowałem się, że przez cały rok, dwa razy w tygodniu będę pomagał chłopcu w odrabianiu zadań domowych. Problem w tym, że Jaś był dzieckiem niedosłyszącym. Miałem obawy, czy podjąć się tego zadania. Nie znałem języka migowego, ale żaden inny wolontariusz też go nie znał. Byłem przerażony. Głupio byłoby się jednak w takiej chwili wycofać. Zwłaszcza, że z takim zapałem opowiadałem, że chcę „tyyyyle zdziałać”.

- I nauczyłeś się języka migowego?

- Poznałem pojedyncze słowa. Za to bardzo dobrze opanowałem alfabet migowy. Gdy Jaś czegoś nie rozumiał, potrafiłem mu to przeliterować. Po raz pierwszy zobaczyłem wymierne korzyści, jakie niesie dla mnie wolontariat. Nie sądzę, że kiedykolwiek miałbym sposobność nauczyć się alfabetu migowego. Nie mówiąc już o całej atmosferze, która towarzyszyła moim spotkaniom z Jasiem. Bardzo polubiłem zajęcia z nim. Do tego stopnia, że później odwiedzałem go już nie tylko po to, by pomagać mu w lekcji. Widziałem, jak ważne dla niego są nasze rozmowy. O wszystkim. Zresztą, później zastanawiałem się, dla kogo to jest ważniejsze i kto komu pomaga (śmiech). Przy Jasiu doświadczyłem uczucia, że jestem dla kogoś ważny, ktoś na mnie liczy. Po roku przygody, trudno mi się było z tym chłopcem rozstać.

- Wolontariusze z założenia działają bezinteresownie. Dają, nie oczekując nic w zamian. Niemniej, jak sam mówisz, wiele czerpiesz z pracy wolontariackiej. Co jeszcze ona Ci dała?

- Reklamy zachęcające do wolontariatu głoszą: „Pomagasz innym, zmieniasz świat na lepsze”. I to nie są puste słowa. Miałem okazję wielokrotnie przekonać się, że świat dookoła mnie zmienia się na lepsze, właśnie dzięki temu, że działam w wolontariacie. Najpierw doświadczyłem tego, pracując z Jasiem, później biorąc udział w projekcie Działam Bo Lubię, którego stałem się liderem na Nowy Sącz. Przeprowadziliśmy turniej siatkówki ph. „Święta Wojna”. Dochód z niego został przeznaczony na leczenie naszego rówieśnika Sławka, który zachorował na białaczkę. Zebraliśmy 8700 zł! To były pieniądze, które wtedy naprawdę zmieniały rzeczywistość na lepsze. A co mi to dało? Kolejną szansę, by sprawdzić swoje możliwości i nabrać jeszcze większej pewności siebie. Jako lider musiałem nauczyć się zarządzać ludźmi, przydzielać zadania, a gdy sytuacja tego wymagała - samemu podejmować decyzje. Na to doświadczenie być może musiałbym czekać latami.

- A miałeś okazję pracować tak jak wolontariuszki, którymi się zachwyciłeś w wieku 10 lat, w Piaście?

- Po pierwszym roku wolontariatu, w wakacje wyjechałem jako wolontariusz na kolonię do Jastarni. Z jednej strony odbywałem tam szkolenia wolontariackie, z drugiej moim zadaniem było pomagać wychowawcom. Dokładnie tak, jak robiły to wtedy te dziewczyny. To była dla mnie kolejna szansa, by dowiedzieć się czegoś o sobie, odkryć, co naprawdę lubię. Nigdy nie sądziłem, że opieka nad dziećmi, organizowanie im czasu wolnego, zabawa z nimi, sprawia mi tyle przyjemności. Jako wolontariusz dwukrotnie miałem okazję wyjechać nad morze na kolonię, później sam zrobiłem kurs wychowawcy i od dwóch lat pracuję w ten sposób dla Sursum Corda.

- Od wolontariusza do pracownika?

- Pracownika sezonowego (śmiech). Ale to kolejna korzyść jaka idzie za wolontariatem. Masz okazję poznać, w czym jesteś dobry i z tego później czerpać - zacząć nawet się z tego utrzymywać. Gdyby nie Sursum Corda nie miałby możliwości poznać siebie w roli wychowawcy, ale też konferansjera. Stowarzyszenie dało mi bowiem szansę także na prowadzenie dwóch swoich cyklicznych imprez. Dziś sobie myślę, że wszystko, co otrzymałem najlepszego: doświadczenie, cechy osobowości, znajomi i przyjaciele – bo o nich jeszcze nie wspomniałem – sprowadza się do wolontariatu. Gdybym wtedy, w liceum, nie przyszedł do Sursum Corda, moje życie byłoby dużo uboższe.

- Wolontariat miał też wpływ na wybór kierunku studiów. Myślisz o specjalizacji pediatrycznej?

- Wolontariat na pewno pokazał mi kierunek rozwoju – chcę w życiu robić to, co kocham. A że lubię pomagać i lubię pracę z dziećmi, to nie wykluczam tej specjalizacji. Przede mną jednak jeszcze lata nauki, więc nie chcę przesądzać.

Karolina Łabuda, uczennica 2. klasy I Liceum Ogólnokształcącego w Nowym Sącz:

- Zanim pięć lat temu poznałam, czym jest wolontariat, miałam poczucie, że marnuję czas. Wolne chwile spędzałam na czytaniu, ale też oglądaniu seriali, które nic nie wnosiły do mojego życia, poza chwilową przyjemnością. Prawdziwą przyjemność zaczęłam czerpać dopiero, gdy zostałam wolontariuszką. Pomaganie innym sprawia ogromną satysfakcję. Wolontariat to też okazja do samorozwoju. Dzięki niemu przekonałam się, że raczej nie będę nauczycielem, o czym wcześniej myślałam. Dużo lepiej sprawdzam się w papierkowej pracy. Zbiórki, rozliczanie akcji, sprawozdania, w tym czuję się dobrze i tak najczęściej pomagam. Dzięki wolontariatowi odkrywam, że ekonomia i bankowość to moje powołanie.

 

Emilia Trojan, uczennica 7. klasy Szkoły Podstawowej nr 7 w Nowym Sączu:

- Odkąd poznałam, czym jest wolontariat, wiem, że będzie mi towarzyszył już przez całe życie. Na szkolnych akcjach na pewno się nie skończy. Widzę, jak wiele radości sprawia pomaganie innym i nigdy nie chciałabym się tego pozbawiać. Polecam też każdemu. Czasem moi rówieśnicy czują się samotni. Działając w wolontariacie można pomóc nie tylko innym, ale i sobie. Przełamać nieśmiałość, zdobyć nowe znajomości, przyjaźnie. Ja należę do dość otwartych osób, ale widzę, jak osoby bardziej nieśmiałe dzięki wspólnie organizowanym akcjom charytatywnym, łatwiej nawiązują kontakty. Uwielbiam spędzać czas w gronie innych wolontariuszy. Z tym zawsze wiąże się dużo śmiechu i przygód nie do opisania.

 

MAGIK MAŁA

Wypowiedz się w tej sprawie