Z Katarzyną Kachel, autorką książki „Wszystkie moje straty. O ciąży, traumie i odzyskanym życiu” rozmawia Edyta Mikołajewicz. Kobiety współtworzą w Nowym Sączu Fundację Czułe w Stracie, której prezeską jest Anna Boryczko. Fundacja powstała, by każda osoba, która ma potrzebę opowiedzieć o swoim doświadczeniu mogła zostać wysłuchana. Rozmowa odbyła się w Sądeckiej Bibliotece Publicznej.
Edyta Mikołajewicz: Doświadczenie straty jest doświadczeniem poza językiem, brakuje dla niego słów. Ty jednak te słowa znalazłaś i zebrałaś je w książkę. Opowiesz o tej drodze od czucia do słów?
To nie była droga oczywista. Zanim powstała książka, myślałam o tym, by prowadzić warsztaty dla kobiet po stracie. To było kilka lat temu, kiedy zaczynałam naukę w Instytucie Oddechu. Nie byłam jednak gotowa, by stanąć przed grupą. Zaczęłam więc od tego, co mi jest znane, w czym pracuję od lat – od słów, od opowiedzenia historii. Szukałam języka, który nie będzie zimnym językiem medycznym, ani językiem kolokwialnym, który umniejsza stratę (np. wyskrobali cię już?). Tak powstał pomysł na bajki, które opowiada się nienarodzonemu dziecku. Moje bohaterki, opowiadając o swoich marzeniach i planach, bardzo w te bajki wierzyły; czekały na mężczyznę, który wjedzie na białym koniu, a potem będzie dom, kołyska z dzieckiem i żyli długo i szczęśliwie. W mojej książce nie zawsze tak jest, opowieściom bliżej do baśni braci Grimm, które sama czytałam w dzieciństwie. Bałam się, że może będzie to forma przestrzelona, ale moje bohaterki odnalazły się w tej narracji doskonale. I odnalazły się też czytelniczki, a przynajmniej te, które się do mnie odzywały. Czytały książkę – czasami mimo ostrzeżeń rodziny, bo „po co się tak biczować, lepiej zapomnieć” – i dzięki opowieści innych kobiet czuły się mniej samotne. Wiesz, nie stawiałam sobie żadnego celu zaczynając pisanie, ale dziś, kiedy o tym myślę, bardzo ważne jest to, że ta opowieść łączy i tworzy wspólnotę.
Powiedziałaś o tym, że twoja bohaterka usłyszała, że ma się nie biczować, inaczej mówiąc, że powinna milczeć. Wydaje mi się, że panuje magiczne przekonanie, że jeśli czegoś nie wypowiemy, to tego nie ma. Ta zmowa milczenia, to jest istotny element cierpienia, prawda?
I kiedy nie mówimy, zamrażamy się, by przeżyć, nie czuć bólu, to odbieramy sobie możliwość, prawo do przeżycia tych wszystkich emocji, które czujemy. W moim odczucie robiąc to, nie żyjemy w pełni. Wiele moich bohaterek po raz pierwszy miało możliwość być wysłuchanymi, mogły się podzielić tym, co czuły, jak im naprawdę było, z czym samotnie się mierzyły. Społecznie nie ma na to miejsca. Pamiętam, jak Małgosia, bohaterka pierwszego rozdziału Dom na piasku, wspominała, że wracała po swoich stratach do pracy i chciała o nich opowiadać. Słyszała: „to twoja sprawa, nie musisz się tym tak szczegółowo mówić, nie chcemy tego słuchać”. Nie rozumiała, dlaczego mówienie o kupach, hemoroidach czy innych chorobach jest ok, a mówienie o ronieniu, utracie ciąży już nie. Brak możliwości przeżycia jej we wspólnocie, plemieniu jest okrutnym skazaniem kobiety na ból w osamotnieniu. Dlatego tak dobrze, że powstała Fundacja Czułe w Stracie, by każdy, kto ma potrzebę podzielić się, został wysłuchany i przyjęty bez oceny.
Nie mamy języka, który byłby wspierający. Dlatego kobieta częściej słyszy „Nie myśl o tym, będzie dobrze”, „Młoda jesteś, jeszcze urodzisz”, czyli właściwie strategią wsparcia jest ucieczka od czucia. Ale wszystko to ma źródło w naszych początkach. Od dziecka jesteśmy przyuczani, by nie czuć różnych trudnych emocji: smutku, złości. Kiedy płaczemy słyszymy „uspokój się”, kiedy się złościmy, mówią nam „przestań” . Nasze ciała uczą się w sposób automatyczny, tłumić te uczucia, jako niechciane i zagrażające relacji.
Joanna Piątek-Perlak, psycholożka, która wypowiada się w części eksperckiej książki opowiadała, że do gabinetu często pukają mężowie, babcie, ciotki, mówiąc: „Proszę coś z nią zrobić, bo ona się tak dużo smuci, chodzi na grób codziennie”. Wtedy pyta: „Czy pani, panu ktoś powiedział, że za długo smuci po śmierci mamy, taty, wujka, babci?”. Czy ktokolwiek zakazuje wdowie zbyt częstego chodzenia na cmentarz? Nie. To dlaczego kobiecie w stracie okołoporodowej, po śmierci nienarodzonego dziecka się tak radzi? Skąd akurat tutaj tak dużo tych fałszywie wspierających komunikatów, które zresztą nie wynikają ze złej woli, ale z braku świadomości, z lęku, z nieumiejętności objęcia tej sytuacji? Anna Stachulska, cudowna położna, która jako jedna z pierwszych w Polsce zaczęła mówić o tym, jak wspierać kobiety i mężczyzn jeszcze w szpitalu, przyznała w naszej rozmowie, że dawno temu sama pocieszała w podobny sposób. Dziś wiemy, że żadna kobieta nie powinna usłyszeć, że jeszcze urodzi, by się nie zamartwiała i poszła do fryzjera, albo pojechała na wycieczkę, by się oderwać. Bo kiedy ona to słyszy, wydaje jej się, że to co przeżywa jest nieadekwatne, nienormalne, że może z nią coś nie tak, że może faktycznie nie było to tak istotne. Czyli ciało, uczucie, serce mówi jedno, pełne jest bólu, smutku, pustki, a świat zewnętrzny drugie. I często się dopasowuje o oczekiwań. Do wzorca: nie wypada, przestań, nie w towarzystwie.
Wracając do pracy nad książką “Wszystkie Moje Straty” zastanawiam się, gdzie spotkałaś swoje bohaterki, jak je wybierałaś, a może one wybrały Ciebie?
Mam szczęście, bo kiedy pojawił się temat, one już stały. Nie wybierałam, nie selekcjonowałam – to siedem kobiet, które jako pierwsze zechciały mi opowiedzieć swoją historię. Ósma jestem ja. Znalazłam je poprzez forum internetowe. Na początku miał być tekst do gazety, ale kiedy zaczęły się zgłaszać, wiedziałam, że to coś większego. Kocham je za to i kłaniam się do stóp, dziękując za ich szczerość, odwagę i zaufanie.
Strata to doświadczenie ucieleśnione. W książce tak dużo jest o ciele. To, co niewypowiedziane i trudne do objęcia przez racjonalny umysł upychamy w nasze ciała. A właściwie to doświadczenie jest tam obecne od samego początku: od bólu, skurczu, przez zimne fotele i pustkę.
Tak, od ronienia w brudnych toaletach, przez zimne fotele, krzesła, łóżka. Ale jest jeszcze druga opowieść o ciele. O tym, że ciało cię zdradziło. Że ciało kobiety, matki, którego jedynym zadaniem w momencie zajścia w ciążę wydaje się ochrona dziecka, cię zdradziło, że nie poddało się twoim zaklęciom, nakazom. Że nie można go kontrolować. I to jest wielki ból bohaterek, które nie umiały ochronić swojego dziecka, bo ich ciało się zbuntowało, nie współpracowało. Marysia opowiada, jak leżała i nie chciała wstać choć przyjechała karetka, żeby dziecko za wszelką cenę w sobie zatrzymać. Wiele kobiet traci zaufanie do swojego ciała, większość kobiet czuje winę. Bo za dużo się stresowałam, nosiłam zakupy, pracowałam – to jest to poczucie winy bezpośrednie. Ale jest też poczucie winy pośrednie, kiedy kobieta zaprzecza, mówi, że nie czuje się winna, ale całe swoje życie i aktywności kieruję na to, żeby znaleźć przyczynę, co takiego się z nią stało.
Myślę, że jednak jest to bardzo ludzkie, jesteśmy istotami nadającymi znaczenia, poszukującymi sensu. Chcemy znać przyczynę, żeby zrozumieć, objąć to doświadczenie.
Chcesz tę sytuację znormalizować, zracjonalizować, żeby odzyskać kontrolę. Jest jeszcze jeden podświadomy mechanizm – zachodzisz drugi raz w ciążę, niemal od razu. Żeby udowodnić, że możesz. Powiedzmy to – utrata dziecka nie jest tylko stratą tu i teraz. To utrata marzeń, wyobrażeń o swojej roli w życiu. To nie jest tylko powrót ze szpitala do domu po stracie, tylko to jest powrót do domu, w którym ty byłaś w ciąży, w którym miałaś plany, to strata tego dziecka, które będzie się uczyć jeździć na rowerku, mówić, pisać. To jest szersze niż sam moment poronienia czy straty.
Zresztą mówi się w kontekście traumy, że to nie są tylko złe rzeczy, które nam się przydarzają, ale też te dobre, których zabrakło. Wraz z informacją o ciąży rodzi się świat i wszystkie nasze wyobrażenia. Zaczynamy zamieszkiwać ten wyobrażony świat, z którego czasem, tak nagle i boleśnie, jesteśmy wygnani.
Tak. A strata ciąży jest najbardziej skomplikowaną i zdezorganizowaną stratą. Ponieważ kobieta nie wie do końca, czy była matką, czy nie była matką, czy wraz z dwoma kreskami na teście to już było dziecko czy nie. Inaczej niż w stracie kogoś, kogo znaliśmy, kto miał PESEL, był wśród nas, czuliśmy jego zapach. Paradoksalnie trzeba się do tego dziecka najpierw zbliżyć, żeby móc go puścić, pożegnać i przeżyć żałobę. I dobrze, że mówimy o tym, że jest przestrzeń. Bo kiedy opłakujemy razem wtedy się leczymy. Uzdrawiamy się, mamy możliwość powrotu do życia. Wierzę, że wsparcie społeczne, rytuały, pożegnanie są istotne. Dlatego nasza Fundacja co roku organizuje Czuły Marsz w Dniu Dziecka Utraconego, który kończy się sadzeniem cebulek tulipanów w ziemi.
Potrzebujemy rytuałów, żeby nadać znaczenia, ważności doświadczeniu. Twoje bohaterki mówią o tym, że szukały sposobu upamiętnienia. Baśń, czyli forma, w której tkałaś historie, jest takim symbolicznym domknięciem. Snucie baśni to porządkowanie świata, odwieczny sposób radzenia sobie z czymś trudnym, nieznanym. Powiedziałaś też, że baśnie nie zawsze kończą się dobrze, ale przecież moment utraty, o którym opowiadają Twoje bohaterki to nie jest koniec.
Ale to nie jest koniec, to może być początek. Bo przecież pożegnać nie znaczy zapomnieć. Dobrze mieć w tej drodze kogoś, kto potowarzyszy, wysłucha jakie kobieta lub mężczyzna ma potrzeby, czy chce mówić, czy chce pochować, czy potrzebuje by ktoś przy niej był i potrzymał za rękę. Bycie z szacunkiem dla potrzeb i dla uczuć, które mają osoby po stracie są najważniejsze. Nie ma za szybko, za wolno, za głośno, za mocno, za bardzo. Każda, każdy ma inny rytm powrotu. Dla mnie czas żałoby właśnie takim jest. Powrotem do życia, które będzie inne, ale to nie oznacza, że będzie gorsze.
Kiedy bogini Demeter traci córkę, wszystko wokół umiera. Przestaje owocować. Zrozpaczona matka rzuca klątwy, przeklina bogów i wszystko, co żywe. Jest nieubłagana, a jej wewnętrzne cierpienie odzwierciedla ginąca wokół przyroda. Mit o Demeter i Korze to dla mnie poruszająca opowieść o stracie i miłości, która jest zasadą świata. Straty nie da się odciąć, pogrzebać. Staje się częścią naszej historii. I dopiero zintegrowana, uwolniona z podziemi, jak córka w mitycznej opowieści, pozwala nam żyć. Ta opowieść o utarcie niesie ze sobą wątek cykliczności. Godzenie się na zimę i lato. Oddalania się od bólu i wracania do tych samych miejsc. Utracone jest obecne, jest częścią nas. Świat po stracie nie będzie tym samym, kwitnącym wiecznym latem.
Jest czas rodzenia się i umierania, tracimy codziennie, żegnamy nasze dzieciństwo, młodość, przyjaciół, nasze wyobrażenia o takim a nie innym życiu, o naszych w tym życiu rolach. I to nie musi być złe, tragiczne. Ból jest okej, cierpienie i przywiązanie do straty w moim odczucie może być destrukcyjne.
Wierzę w moc życia, i wierzę w nadzieję. Tak jak napisałam na końcu książki: „To nie jest koniec, nawet nie pożegnanie, a tylko forma pogodzenia z byciem poza ziemskim ciałem, z decyzją bycia ciebie tam i z moimi ograniczeniami bycia pomiędzy. Na planetę Ziemia, którą znam, a ty znasz trochę mniej, przychodzą codziennie nowi ludzie, którzy przybyli z gwiazd dalekich i bliskich, by później na nie wrócić. Czasami wracają szybciej.”



























































































































































































































