Historia, która nie pozwala zapomnieć. Lotniczka z góry Just

Historia, która nie pozwala zapomnieć. Lotniczka z góry Just

Są takie historie, które nie pozwalają o sobie zapomnieć nawet wtedy, kiedy odkładamy je na półkę, myśląc, że postawiono już w nich wszystkie kropki nad „i”. Chronologia domknięta, emocje skatalogowane, aż pewnego dnia, czasem po latach, codzienność zapala nową iskrę i komunikuje: to nie koniec. Taką iskrą jest premiera książki „Lotniczka” Agaty Puścikowskiej, która raz jeszcze każe nam wrócić na górę Just, do czerwca 1939 roku, i ponownie spojrzeć w to samo niebo, w które kiedyś z zachwytem patrzyli Janka i Mietek…

W 2018 r. na łamach „Dobrego Tygodnika Sądeckiego” pisaliśmy o „drodze krzyżowej” Janiny Lewandowskiej, jedynej kobiety zamordowanej w Katyniu. Dziś, dzięki książce, którą wydał „Znak” wspomnienie o Jance przestaje kojarzyć się prawie wyłącznie z martyrologią. Autorka zabiera nas w podróż, podczas której Janina – generalska córka, buntowniczka, kobieta ceniąca wolność bardziej niż konwenanse – znów ma wyrazistą twarz… Znów ma temperament i specyficzny, zadziorny uśmiech na myśl o lataniu.
To właśnie lotnicza pasja połączyła ją z Mieczysławem Lewandowskim. Poznali się na kursach szybowcowych. Mieczysław, doświadczony instruktor, stawał się dla niej powoli, konsekwentnie i czule kimś więcej niż mentorem. Jak czytamy w „Lotniczce”, ich relacja opierała się najpierw na wzajemnym szacunku do swoich kompetencji, później zaś – na tym, co nas wszystkich uskrzydla… Mieczysław nie ograniczał Janki – wspierał ją, gdy zdecydowała się na skoki spadochronowe, choć, jak przyznawał po latach, po prostu się o nią bał.

Mietek, Mieczuś, Mieczysław…

Wszystko, co w tej historii najjaśniejsze, zaczęło się na Sądecczyźnie i miało na imię Mietek, Mieczuś, Mieczysław. „Przedziwne było, że niemal równolegle z wielką ludzką miłością przyszła i miłość otwierająca nowe – dosłownie – przestrzenie (…) miłość do latania. (…) Szybowce były pierwsze (…) A gdy jeździła na kursy i na zawody, w wielu miejscach pojawiał się on. Nie zwrócił specjalnie jej uwagi, przynajmniej na początku. Ot kolega – instruktor szybowcowy (…) Ale on zwrócił uwagę na nią (…) od razu poczuł, że ta, albo żadna (…) Mieczysław Lewandowski, gdy się poznali, miał około 26 lat. I już uważano go za świetnego nie tylko instruktora, ale i szybownika. (…)
– Pani Janino, zapraszamy na kursy do nas (…) Mamy najlepszych instruktorów – szelmowsko mrugnął okiem.
– Och widzę – uśmiechnęła się.
Kiedy poczuła, że jest zakochana? Sama chyba nie byłaby w stanie powiedzieć. Ale gdy pojawiło się uczucie, nic nie było w stanie go powstrzymać.
(…) Szybowce stały się ich wspólnym życiem. Jeśli spotykali się na dłużej, to właśnie na szybowiskach. Szczególnie lubili to w Tęgoborzu pod Nowym Sączem. Dlaczego? Po pierwsze, działała tam znana szkoła szybowcowa, którą i on kończył, a potem szkolił tam kolejnych adeptów latania. Po drugie – niedaleko mieszkała rodzina Lewandowskich. Ojciec Emil, matka Agata, dwie siostry i brat. Czasem do nich wpadali. A Janina czuła się w rodzinnym domu Mieczka jak u siebie. I te widoki: lubiła podgórskie pejzaże, spokój i przyrodę. Lubiła kościółek na Przełęczy św. Justa (…)”
17 czerwca 1939 roku na Górze Just, w drewnianym kościółku Janina Dowbor-Muśnicka i Mieczysław Lewandowski powiedzieli sobie „tak”.
Uroczystość miała lotniczy charakter. Świadkami byli koledzy po fachu: Sz. Niecki oraz Leopold Kwiatkowski, dyrektor szkoły szybowcowej w Tęgoborzu. Ślub błogosławił ksiądz Franciszek Staszałek, tęgoborski proboszcz. Janka do ołtarza poszła w pożyczonej, koronkowej sukni, którą – by nie generować kosztów – udostępniła jej inna młoda mężatka. Do tego beżowe buciki na słupku i skromny welonik. Po ceremonii odbyło się przyjęcie na lotnisku. Zachowało się z niego zdjęcie: grupa uśmiechniętych ludzi w blasku czerwcowego słońca. Nikt z nich nie wiedział, że za niecałe trzy miesiące ten świat przestanie istnieć.

Zaraz po ślubie i skromnym przyjęciu weselnym Janina i Mieczysław mieli dla siebie kilka dni spędzonych w Beskidzie Wyspowym.
Jeden z najbardziej przejmujących momentów tej opowieści to ten, w którym czytelnik wie więcej niż bohaterowie: że czerwiec 1939 roku to zarazem początek wspólnego życia jak i jego finał.
W książce słychać już napięcie ostatnich tygodni pokoju, szum gazetowych nagłówków, uspokajania, pogłosek i przeczuć. I jest jeszcze rozmowa Janiny z Mieczysławem, krótka, ale przejmująca.
Ona mówi: „Mieczku… Gdyby jednak stało się najgorsze, wiesz sam, różnie może być, to pamiętaj, że muszę iść. Muszę. Po to się szkoliłam”.
– Zlituj się dziewczyno. To już żołnierzy – mężczyzn nie ma u nas do walki? – pyta Mietek.
– Każdy ma swój obowiązek. Rolę do odegrania. Ja się do swojej przygotowywałam długo. Może całe życie… – mówi Janina.
W tych kilku zdaniach jest cały jej charakter z odwagą i poczuciem odpowiedzialności. I brak złudzeń.
Żegnając się po swoim ultra-krótkim miodowym miesiącu Janka i Mietek widzieli się po raz ostatni. Tuż przed wojną ona pojechała do Poznania, a on pod Cieszyn – uczyć ludzi latać.
A później wszystko potoczyło się z logiką katastrofy. Wojna przecięła świeżo zawarte małżeństwo jak brzytwa.

32 wiosna

3 września Janka wyszła z poznańskiego mieszkania z myślą: trzeba walczyć. W wywiadzie po premierze książki Agata Puścikowska powiedziała coś ważnego: „Janina nie musiała iść na wojnę, bo najpewniej nie miała w ręku karty mobilizacyjnej, a jednak poszła”.
Niedługo po tym gdy zamknęła za sobą drzwi – te same drzwi otworzył Mieczysław. Miał nadzieję, że zastanie żonę w domu, że ją wyściska, ale znalazł jedynie list od niej…
„Moja Jania” – westchnął patrząc na portret Janki zanim i on poszedł.
W nocy z 30 listopada na 1 grudnia 1939 r. został wywieziony z niemieckiego obozu dla internowanych do Ostrowca Świętokrzyskiego. Uciekł stamtąd. Przedostał się na Sądecczyznę. Tam Leopold Kwiatkowski – przyjaciel i świadek na ślubie Mietka i Janki przygotował ewakuację Mietka przez góry i Słowację na Węgry.
Mieczysław trafił na wojenny szlak przez Francję i Anglię. Zachód dawał cień nadziei.
Janina znalazła się na Wschodzie, gdzie nie było ani bezpieczeństwa, ani odwrotu. Trafiła do obozu w Kozielsku. Tam pozostała modlitwa, ciche trzymanie się życia i próba zachowania godności w świecie, który systemowo odbierał godność.

Nigdy więcej

Dzięki relacjom współwięźniów wiemy, że mimo nieludzkich warunków, starała się wnosić do obozowej codzienności odrobinę normalności: śpiewała, uczestniczyła w potajemnych nabożeństwach, była dla współwięźniów symbolem domu. Została zamordowana w dniu swoich 32. urodzin, 22 kwietnia 1940 r.
Historia Janki nie skończyła się jednak w katyńskim dole. W 2018 r. opisaliśmy niesamowitą drogę jej szczątków. Podczas ekshumacji w 1943 r. Niemcy wydobyli jej czaszkę, która trafiła do Wrocławia, do rąk profesora Bolesława Popielskiego. Profesor, ryzykując życie w czasach stalinizmu, ukrył ją w szafie swojego gabinetu. Przetrwała tam kilkadziesiąt lat jako tajemnica przekazywana zaufanym współpracownikom.
Dopiero w 2005 r., dzięki badaniom genetycznym i determinacji historyków, potwierdzono tożsamość Janki. Jej szczątki spoczęły w rodzinnym grobowcu w Lusowie, obok ojca i siostry Agnieszki, zamordowanej przez Niemców w Palmirach.

A Mieczysław?
Książka dopowiada gorzki epilog. Po wojnie długo nie wiedział, co naprawdę stało się z Janiną. Kiedy był już całkowicie pewny, że Janina nie żyje, ożenił się ponownie. O swojej przeszłości opowiedział dzieciom dopiero po śmierci drugiej żony. Zmarł w Wielkiej Brytanii 24 listopada 1997 r.
Ta historia wciąż wraca pod Just. Może dlatego, bo tutaj, zanim Jankę zabrała wojna, zdążyła być po prostu szczęśliwa.
Sądecczyzna zachowała kawałek jej światła.

Fot. Znak; poznan.uw.gov.pl

Najnowsze  wydanie dts24 pobierzesz ZA DARMO klikając w okładkę poniżej:

 

Filmoteka dts24

217 Videos