6. edycja Pannoniki zakończona z ogniem. Około 5 tysięcy osób dołączyło do wyspy szczęśliwości

Jak dalej żyć, kiedy Pannonika dobiegła końca i trzeba powrócić do szarej rzeczywistości? - pytała nas grupa uczestników tegorocznej edycji. Odpowiedź jest prostsza niż się wydaje. - Trzeba zwyczajnie zacząć odliczać dni do kolejnej, już 7. odsłony Pannonica Folk Festival, która zgodnie z obietnicą organizatora Wojciecha Knapika, odbędzie się za rok. A kto zna, ten wie, że sprawca całego zamieszania nie rzuca słów na wiatr.

- Naszym marzeniem było stworzenie festiwalu, który nie jest imprezą jedną z wielu. Chcieliśmy, aby Pannonika stała się najważniejszym wydarzeniem w roku, festiwalem za którym się tęskni. Coś takiego chcemy robić, na to pracujemy i wiemy, że są takie osoby, bo one piszą do nas. Ludzie do nas dołączają, bo czują, że biorą udział w czymś ważnym - mówił tuż po zakończeniu ostatniego koncertu Wojciech Knapik, inicjator i organizator Pannonica Folk Festival. 

Leszek Żak z Chełmca niezmiennie od 6 lat bierze udział w Pannonice. Wspomina, że podczas pierwszej odsłony festiwalu miał okazję wysłuchać koncertu zespołu Kroke, tak samo jak w tym roku.

BOCHENSKI

- Z wielką radością obserwuję, że ten festiwal z roku na rok się rozrasta. To wspaniały pomysł, co roku mamy ludzi z Krakowa, Warszawy, znad morza, ale także z terenów Sądecczyzny. Ten festiwal wyróżnia muzyka, uroczy klimat, atmosfera. Czuć taką wspólnotę ludzi... Chociaż jest parę tysięcy osób, to tutaj nikt nikomu nie przeszkadza. Co roku będę uczestniczył w Pannonice - mówił Leszek przed sobotnimi koncertami w Barcicach.

Eksperci od kultury musieli stać się również ekspertami od kanalizacji i infrastruktury drogowej

- Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że festiwal się udał i widzieliśmy dużo uśmiechniętych ludzi oraz spotkaliśmy się z pozytywnymi reakcjami. Były obawy co do pogody, ale jak zauważyliście, było perfekcyjnie pod tym względem. Nie spadła ani jedna kropla deszczu podczas koncertów. Uważam, że to była bardzo udana edycja - mówił Wojciech Knapik.

Jak zaznaczał, tegoroczna Pannonica różni się od poprzednich przede wszystkim skalą, a co za tym idzie, znacznie wzrosły koszty organizacji.

- To już przestał być taki kompaktowy festiwal, który mieścił się na dwóch hektarach powierzchni. W zasadzie teraz były trzy wioski festiwalowe: scena i cała przestrzeń pod sceną, również odrębnie sobie żyła strefa gastronomiczna. Kolejna wioska była w miejscu, gdzie znajdował się pasaż handlowy, a do tego doliczyłbym jeszcze pole namiotowe, które dla niektórych stanowiło centrum - wyjaśnia.

Szósta edycja Pannoniki była znacznie trudniejsza organizacyjnie i logistycznie. Musiała zostać wybudowana cała infrastruktura od ścieżek po ponad 2 kilometry ogrodzenia, aż po kanalizację.

- Taki festiwal robi się o wiele trudniej niż ten, do którego przyzwyczailiśmy się przez pierwsze lata, ponieważ przestało być najważniejsze i najbardziej skomplikowane wybranie artystów i ich zaproszenie. To nie jest już żadnym problemem, gdyż oni chcą tutaj przyjeżdżać i czują się jak u siebie - przyznaje dyrektor Knapik.

Śmieje się, że śmiało można stwierdzić, iż organizatorzy ,,nie robią już w kulturze", a w kanalizacji i infrastrukturze drogowej. 

- Musieliśmy się stać ekspertami od wszystkiego - kwituje. 

Jak zaznacza, największy problem stanowiły formalności związane z uzyskaniem pozwoleń dotyczących bezpieczeństwa oraz zapewnienia wysokiego poziomu organizacyjnego.

- Oczekiwania ludzi są coraz większe. Chcieliby mieć pachnące i czyste toalety, co jest na festiwalach naprawdę bardzo ciężka rzeczą do zrealizowania, ale staramy się - podkreśla.

Syndrom pustki festiwalowej

Nim zakończyła się szósta edycja festiwalu, która zgromadziła niemal 5 tysięcy osób, na Facebooku już pojawiło się nowe wydarzenie i ponad 500 osób zadeklarowało, że weźmie udział w siódmej edycji.

- Chcieliśmy obiecać, że to nie jest ostatnia edycja, zresztą nigdy tego nie planowaliśmy. Chcieliśmy również, żeby ludzie zaczęli sobie planować, bo wiemy, że część naszych sympatyków ma syndrom pofestiwalowej pustki i nie wiedzą co ze sobą zrobić. Wakacje się skończyły, impreza na którą tak długo czekali dobiegła końca i trzeba było im dać nadzieję, że za rok również się spotkamy - wyjaśnia Wojciech Knapik. 

Powróćmy do finałowego dnia tegorocznej Pannoniki…

W ostatniej odsłonie tegorocznego Pannonica Folk Festival dominowały zdecydowanie bardziej spokojne rytmy niż w dniach poprzednich. Publiczność jak urzeczona wsłuchiwała się w utwory w klimatach muzyki romskiej, klezmerskiej i oczywiście bałkańskiej. Nie zabrakło jednak i mocnych, ognistych akcentów, a atmosferę bez wątpienia podgrzał finałowy pokaz teatru ognia Leśne Licho.

Uczestnicy festiwalu w sobotę już od rana mogli korzystać z wymyślnych warsztatów i kosztować rewelacyjnych potraw. Zabawa rozpoczęła się jednak na dobre przed godziną 18., gdy na scenie pojawił się cygański zespół prosto z Transylwanii, czyli Nadara Gypsy Band. Choć grupa wierna jest romskim rytmom, to bez wahania sięga też po węgierskie, rumuńskie, czy latynoskie brzmienia. Muzycy zaprezentowali na scenie w Barcicach zarówno szybkie, taneczne utwory, jak i melancholijne, klimatyczne pieśni.

Później swym występem hipnotyzował zespół, na który wiele osób oczekiwało od dawna. Kroke to grupa, która pełniła rolę głównej gwiazdy podczas pierwszej Pannnoniki, ale też jedyna polska grupa w tegorocznej edycji Festiwalu. W skład zespołu wchodzą: Tomasz Kukurba (altówka), Jerzy Bawoł (akordeon) i Tomasz Lato (kontrabas), którzy grają razem od 1992 roku. Mężczyźni to absolwenci krakowskiej Akademii Muzycznej, stąd też nazwa grupy, która w języku jidysz oznacza po prostu "Kraków".

- Kroke to jeden z pierwszych zespołów, który odważył się wyjść ze swoją muzyką do publiczności. Grali głównie na ulicy i w klubach działających na Kazimierzu, w byłej żydowskiej dzielnicy Krakowa. W 1993 roku pojawiła się pierwsza (wydana własnym nakładem!) kaseta – „Klezmer Acoustic Music”. Od tamtej pory światło dzienne ujrzało aż 11 studyjnych płyt, a wyjątkowy styl muzyków został doceniony nie tylko przez publiczność, ale i przez artystów z całego świata. W Jerozolimie Kroke zagrało na specjalne zaproszenie Stevena Spielberga; z kolei na brytyjski festiwal WOMAD zaprosił ich sam Peter Gabriel. David Lynch poczuł się tak zahipnotyzowany utworem „the Secrets of the Life Tree”, że włączył go do ścieżki dźwiękowej filmu „Inland Empire” - informują organizatorzy Pannoniki.

Tym razem zespół Kroke powrócił do Barcic z wyjątkowym, przygotowanym specjalnie na tę okazję koncertem we współpracy ze znaną bułgarską wokalistką Neli Andreevą.

Wprowadzona w melancholijny nastrój publiczność ożywiła się na nowo, gdy w tłumie rozbłysły pierwsze ogniste iskry rozpalone przez artystów z teatru ognia Leśne Licho. Gorące show w dźwiękach niesamowitej muzyki robiło ogromne wrażenie.

Równie ognista okazała się orkiestra z Hiszpanii, która wkrótce potem pojawiła się na scenie. Niemal każdy z członków Barcelona Gipsy balKan Orchestra pochodzi z innego kraju - zespół łączy muzyków z: Włoch, Francji, Serbii, Grecji, Hiszpanii i Ukrainy, a charyzmatyczna, zachwycająca wokalistka pochodzi z Katalonii. BGKO odwiedziła już Polskę w 2017 roku, dając wtedy koncerty w Centrum Kultury i Sztuki im. Ady Sari w Starym Sączu oraz we Wrocławiu.

Tegoroczną edycję Pannonica Folk Festival zakończył koncert zespołu Divanhana z Bośni, który wykonuje muzykę bałkańską w nowych aranżacjach. Sporą uwagę skupia na tzw. Sevdalince, czyli tradycyjnym gatunku pieśni z Sarajeva. Grupa powstała w 2009 roku, a już dwa lata później wydała debiutancką płytę. Pięć lat temu zespół odbył swoją pierwszą trasę koncertową po Europie. Sporą popularność zyskał, gdy utwór „Zvijezda tjera mjeseca” stał się oficjalną piosenką piłkarskiej kadry Bośni i Hercegowiny na Puchar Świata w Brazylii.

Fotorelacja z pierwszego dnia Pannonica Folk Festival ---> TUTAJ
Drugi dzień PFF---> TUTAJ

TRADYCJATEXT

Wypowiedz się w tej sprawie