Zew krwi, czyli jak góral z Beskidu odbił polskiego weterana Australijczykom

Miał zaledwie 16 lat, kiedy poszedł na wojnę. Walczył na frontach polskich, europejskich, afrykańskich. Uczestniczył między innymi w bitwie pod Monte Cassino. Do dziś ma wiele medali. Po wojnie został przeniesiony do Wielkiej Brytanii. Chciał wtedy wrócić do swojej ojczyzny, lecz odradzali mu to emigrujący Polacy. Sytuacja w kraju nie była korzystna dla weteranów wojennych. W 1965 roku Józef Kowalczyk trafił do Australii. Tam spędził lata, chwytając się różnych prac. Nigdy nie założył rodziny, a kiedy przewrócił się i złamał miednicę, został ubezwłasnowolniony i przydzielono mu opiekuna. Marzył o tym, by kiedyś wrócić do Polski, tu przeżyć swe ostatnie lata. Pewnie nigdy by się to nie udało, gdyby na swej drodze nie spotkał młodego rodaka, Mateusza Otrębiaka.

- Kiedy miałem 25 lat przyjechałem do Australii studiować język angielski i już tu zostałem, ale wiem, że kiedyś wrócę do Polski, bo ją kocham. Jeżdżę czasami do polskiego klubu w Sydney w niedzielę po kościele na obiad lub polskie piwo. Pewnego razu spotkałem tam pana Józefa. Siedział sobie przy stoliku, a ja usiadłem obok niego i zaczęliśmy rozmawiać. Mówił o wojnie. Bardzo mnie to zainteresowało. Jestem patriotą, więc słuchałem uważnie. Później pożegnałem się, pojechałem do domu, a w następną niedzielę pan Józef znów tam siedział - opowiada Mateusz.

- Podczas drugiego spotkania zapytałem go gdzie mieszka. Powiedziałem, że mógłbym go odwiedzić, kiedy będę w pobliżu. Mógłbym też coś przywieźć, czy pomóc z zakupami. Wtedy wyjaśnił, że nie trzeba, bo mieszka w domu starców w Marayong, niedaleko Sydney.

Tydzień później młody Polak pojechał ze swoją koleżanką w odwiedziny do pana Józefa.

- Bardzo się ucieszył, kiedy nas zobaczył. Był zaskoczony. Od tej pory zaczęliśmy się spotykać, więź miedzy nami stawała się silniejsza. Zabierałem pana Józefa na weekendy do mnie do domu. Kiedy mogłem, to spotykałem się z nim też w ciągu tygodnia.

Józef Kowalczyk urodził się w 1924 roku w Lubomierzu na Limanowszczyźnie. Za młodu był juhasem i pasł owce wysoko w górach. Jednak od ponad 70 lat nie widział ukochanego kraju.

- Od samego początku mówił, że chciałby pojechać do Polski. Chciałby umrzeć w Polsce, w swojej ojczyźnie - wspomina młody mężczyzna.

W 2016 roku Mateusz chciał spełnić marzenia pana Józefa i zabrać go na wakacje do kraju. - Rozmawiałem z jego opiekunem. Powiedział, że się zgadza. Ucieszyło mnie to.

Jednak kiedy tydzień później Mateusz usiłował kupić bilety na samolot, opiekun pana Józefa zmienił zdanie.

- Mówił, że pan Józef jest chory i może nie przeżyć tej podróży. Ale jak jest chory? Przecież chodzi, nie potrzebuje żadnej pomocy, jest sprawny i wszystko robi samodzielnie...

Mateusz pojechał na wakacje sam. Po powrocie okazało się, że opiekun staruszka zabrania mu się spotykać z Polakiem i jego australijską koleżanką.

Wtedy młodzi ludzie wynajęli adwokata, a pan Józef podpisał dokument, w którym żądał zmiany opiekuna. Sprawa trafiła do sądu. Niestety, Mateusz nie mógł prawnie zająć się starszym panem, gdyż według przepisów ,,za krótko go znał". Weteranowi przyznano więc w listopadzie 2016 roku opiekuna państwowego. Mateusz mógł znów odwiedzać pana Józefa, jednak nadal nie wydano zgody na podróż staruszka do Polski.

Rok później młody mężczyzna zaczął starać się o opiekę. Po rozmowach z psychologami i kilku rozprawach sądowych w lutym 2018 prawnie został opiekunem pana Józefa, niestety tylko częściowo. Niektórymi kwestiami nadal zajmował się opiekun socjalny, choćby tymi dotyczącymi podróży. W końcu Mateuszowi udało się jednak zabrać przyjaciela na ,,wakacje do Polski".

- I został już pan Józef w Polsce. Z wakacji wróciłem sam. W Australii mieli do mnie pretensje, że go nie przywiozłem z powrotem. Powiedziałem wtedy, że lekarz zabronił mu jechać, a ja nie mogłem działać wbrew lekarzowi - zdradza 32-latek.

Plan się udał. Józef Kowalczyk został w Polsce. Odwiedził swoją rodzinną Limanowszczyznę. Niestety, mimo usilnych poszukiwań i wielu różnych tropów nie udało się znaleźć żadnych krewnych staruszka. Zamieszkał więc z rodzicami Mateusza Otrębiaka w Orawce w powiecie nowotarskim.

,,W poniedziałek, 16 lipca do mszańskiego magistratu przyjechał Józef Kowalczyk, urodzony w Lubomierzu 94-letni weteran walk o Monte Cassino, który po latach nieobecności wrócił niedawno do Polski. W urzędzie przywitał go gospodarz miasta, również Józef Kowalczyk, co więcej – także urodzony w Lubomierzu." - te słowa można przeczytać na oficjalnej stronie Urzędu Miasta Mszana Dolna.

,,Weteran stara się o potwierdzenie posiadania polskiego obywatelstwa. W starych, pisanych jeszcze w łacinie księgach, dzięki zaangażowaniu urzędników udało się odnaleźć wpis będący podstawą do wydania aktu urodzenia Józefa Kowalczyka, który w chwili obecnej jest na terytorium Polski traktowany jak obcokrajowiec, a pobyt umożliwia mu wiza, która obowiązuje tylko przez 90 dni. Przypomnijmy, że wielokrotnie odznaczonego ułana z 3 Dywizji Strzelców Karpackich nawet Konsul Generalny w Sydney nie uznawał za obywatela RP." - informował UM Mszana Dolna w lipcu.

Odzyskanie polskiego obywatelstwa okazało się nie tak łatwe, jak można by przypuszczać. Historią pana Józefa zainteresowały się jednak media, zarówno te lokalne, jak choćby Gazeta Krakowska oraz ogólnopolskie. Mateusz Otrębiak przyznaje, że zaangażowanie TVP bardzo pomogło. 28 sierpnia wojewoda małopolski Piotr Ćwik podjął decyzję o przywróceniu 94-latkowi polskiego obywatelstwa.

- To jest piękne, że się udało. Pan Józef zawsze chciał wrócić i na stare lata dotarł do ojczyzny, którą kocha. W końcu może mówić na co dzień pięknym, polskim językiem. Jest bardzo zadowolony i szczęśliwy. Jeździ z moją mamą na wycieczki i od nowa poznaje Polskę - opowiada Mateusz, cichy bohater.

fot. arch. Mateusza

Projekt Nasza Niepodległa realizowany jest w ramach projektu FIO Małopolska Lokalnie. Południe, dofinansowanego z Programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich.

WIŚNIOWSKI3

2 comments

Wypowiedz się w tej sprawie