"Chodzimy koło tego, wnosimy to do domu, leje się to w rzekę..." Sąsiedzi MoBRUKU boją się o swoje zdrowie. Firmie przyjrzy się posłanka Gosek-Popiołek

Wczoraj w Korzennej odbyło się spotkanie z posłanką Darią Gosek-Popiołek. Licznie zgromadzeni mieszkańcy gminy opowiadali o swoich problemach związanych z działalnością zakładu odzysku odpadów firmy Mo-BRUK w Niecwi i wysłuchali, co w tej sprawie może zrobić członkini Sejmowej Komisji Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa. Ludzie od lat narzekają na działalność spółki, a sprawa nabrała większego rozgłosu na początku stycznia, kiedy okazało się, że firma chce przetwarzać więcej odpadów niebezpiecznych niż do tej pory. Przedstawicieli Mo-BRUKu zabrakło na spotkaniu, jednak rzecznik prasowa firmy, Izabela Hals, odniosła się do obaw i zarzutów mieszkańców w piśmie do redakcji, którego fragment przytaczamy poniżej w tekście.

Renault2

Daria Gosek-Popiołek (Lewica) z krakowskiego okręgu wyborczego pojawiła się na wydarzeniu wraz z Zuzanną Jakowicką, przedstawicielką nowosądeckich struktur partii Lewica Razem. Na sali byli obecni także: wójt Leszek Skowron, radni gminy Korzenna Wiesław Mróz i Rafał Gajewski, radny powiatu nowosądeckiego Marcin Bulanda oraz sołtys Niecwi Andrzej Szeliga.

Mieszkańcy opowiedzieli o sytuacji, zwracając uwagę na problemy, o których była mowa podczas protestu przed siedzibą firmy Mo-BRUK 11 stycznia, o czym pisaliśmy TUTAJ.

- Mo-BRUK zatruwa nasze życie. Przez wiele lat nie zostało zrobione nic, a my w tym środowisku mieszkamy. Nie można wyjść na pole, oddychać normalnym powietrzem, normalnie funkcjonować - zaczął Tadeusz Kubisz z Niecwi. - Na pewno nie służy to naszemu zdrowiu. Wczoraj lało, a dzisiaj można zbierać maź. My chodzimy koło tego, wnosimy to do domu. Leje się to w rzekę.

Jak poinformowała posłanka Gosek-Popiołek, na uciążliwość podobnych do Mo-BRUKu firm skarżą się osoby z wielu innych miejscowości. Jako przykład podała podkrakowską Skawinę.

- Chciałabym powiedzieć, że jesteście państwo wyjątkowi, ale to jest problem bardzo dużej ilości mieszkańców Małopolski - przyznała.

- Przepisy mamy „dziurawe” albo takie, które się wzajemnie wykluczają. Zdarza się też, że gmina nawet nie wie, co dana firma robi, bo firma nie ma obowiązku o tym informować gminy. To, czego państwo doświadczają to efekt źle sformułowanych przepisów, które państwa nie chronią - dodała parlamentarzystka.

- Słyszałam też o takich sytuacjach, w których pracownicy WIOŚ byli w zakładzie i sprawdzili, że firma emituje zanieczyszczenie, na które nie miała pozwolenia. Więc zalecono im iść do starostwa i postarać się o pozwolenie. Pozwolenie wydano i kary nie było, bo wszystko się w papierach zgadzało.

Jak wyjaśniała, problemem są też obowiązujące normy, w których nie wszystkie pierwiastki, które są szkodliwe dla wody i powietrza są ujęte:

- Zdarza się, że firmy emitują zanieczyszczenia, co do których nie ma norm, bo autor ustawy nie przewidział, że takie rzeczy mogą być emitowane.

Zdradziła, że w obecnej kadencji parlamentarzyści będą pracować nad ustawą antyodorową, która będzie regulowała uciążliwość zapachową dla obywateli, a także nad nowelizacją ustawy, która zmieniałaby kompetencje WIOŚ, dając tej instytucji możliwość wyznaczania wysokich, dotkliwych kar.

Problemy

Obecni na spotkaniu w Korzennej skarżyli się posłance między innymi na uciążliwy smród, od którego ,,pieką oczy i szczypie język".

- Wiosną czy w lecie nie da się uchylić okna, wyjść i usiąść na polu. Trzeba wszystko zamykać. Wnuki do domu, my do domu... siedzimy jak w więzieniu - mówiła Anna Łaś, najbliższa sąsiadka zakładu. - I nikt nam nie chce pomóc - stwierdziła ze łzami w oczach.

Józef Mucha opowiadał, że prezes firmy Mo-BRUK pojawił się kiedyś na jego podwórku i stwierdził, że nie czuje uciążliwego zapachu. Zaprosił też pana Józefa na teren zakładu.

- Pod budynkiem, gdzie ma własne biuro, stoi jakieś urządzenie, z którego wydobywa się piękny zapach i ulatuje prosto do góry, w filtry, które wciągają powietrze do środka. Zeszliśmy troszkę niżej. Był tam pracownik, którego prezes zapytał, czy coś tam robili i czy śmierdziało. Ten człowiek odpowiedział:„śmierdziało jak cholera”. Na co pan Mokrzycki odparł: „dobra, dobra, idź” - relacjonował Józef Mucha.

Mieszkańcy zwrócili uwagę, że w firmie Mo-BRUK brakuje separatora, który uniemożliwiłby dostawanie się odpadów do pobliskiego potoku, na przykład po myciu placu zakładu. Jak poinformowali, wszystko spływa rurą do wody. Zanieczyszczenia przedostają się następnie do rzeki Białej.

Przypomniano też o sytuacji, kiedy w potoku nieopodal zakładu Mo-BRUK znaleziono śnięte ryby. Jak wyjaśniają uczestnicy spotkania, przedstawiciele Inspektoratu Ochrony Środowiska zamiast sprawdzić zgłoszenie w miejscu, o którym informowali zaniepokojeni mieszkańcy, mieli pojechać do ujścia potoku do rzeki Biała, gdzie jeszcze ryby nie zdążyły dotrzeć. Następnie udali się w miejsce ze zgłoszenia, ale nic już tam nie znaleźli.

Z tymi zarzutami nie zgadzają się przedstawiciele firmy.

- Mo-BRUK S.A. posiada odpowiedni separator do oczyszczania wód odpływowych z terenu zakładu w Niecwi, a ponadto rzekoma rura odprowadzająca do potoku wody z terenu zakładu funkcjonuje zgodnie z posiadanym pozwoleniem wodnoprawnym. Wylot często pozostaje zamknięty. Wody opadowe i odpływowe wykorzystywane są w procesach produkcyjnych w zakładzie, dzięki czemu Spółka ogranicza pobór wody i chroni tym samym środowisko - informuje w korespondencji skierowanej do naszej redakcji Rzecznik Prasowy Izabela Hals.

Kolejnym argumentem mieszkańców przeciwko działalności firmy, jaki przedstawiono na spotkaniu z posłanką Gosek-Popiołek, był brak specjalnej myjki, która pozwoliłaby na oczyszczenie wyjeżdżających z terenu zakładu samochodów ciężarowych.

- Jak można wyjeżdżać na drogę tirami  które wywożą to dziadostwo na kołach? Dzwoniłem kiedyś na policję, więc pracownicy przyszli i wysprzątali miotłami, a na drugi dzień było to samo. Dzisiaj sprzątałem sobie drogę, żeby dojechać do domu po tym deszczu - informował Tadeusz Kubisz.

Tak podczas protestu 11 stycznia, jak i podczas sobotniego spotkania, mieszkańcy wyrażali swoje wątpliwości, co do skuteczności samego procesu przetwarzania odpadów przez zakład. Głos w tej kwestii zabrał między innymi sołtys wsi Niecew, Andrzej Szeliga.

- Dzierżawię pole nad Mo-BRUKiem. W tamtym roku przewracałem siano i obserwowałem, jak wykopali dziurę, podjechali wywrotką i wylali tam taki „kisiel”, przywalili to suchym, a na drugi dzień wymieszali i wyrzucili na hałdę. I to jest właśnie ich utylizacja - mówił sołtys Szeliga.

Rozszczelnienie zbiornika

W maju 2018 roku pisaliśmy TUTAJ, o rozszczelnieniu zbiornika w Mo-BRUKu, w wyniku czego sąsiadujące z zakładem pole państwa Muchów zasypała rdzawa substancja. Prezes firmy poinformował wtedy, że jest to ,, pył pochodzący ze spalania komunalnych osadów ściekowych".

-  Odpad ten składa się m.in. z fosforu oraz potasu i jest klasyfikowany jako: inny niż niebezpieczny - mówił Józef Mokrzycki.

Ta sprawa również została poruszona na sobotnim spotkaniu w Korzennej.

- Mówiłem panu Mokrzyckiemu, że jeśli to jest nieszkodliwe, to ja to zradlę, zawlekę i będzie trawa na tym rosła. Odpowiedział, że to musi być zutylizowane. Od pewnego kolegi dowiedziałem się, że to była cała tablica Mendelejewa. A my dostaliśmy protokół, że sprawa jest umorzona i nic tam szkodliwego nie było, wszystko w normie - wspomniał Józef Mucha.

Kiedy doszło do rozszczelnienia silosu, na miejscu pojawili się strażacy, policja oraz pracownicy Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska.

- Zapytałem inspektora, co to jest. On stwierdził, że nie ma tam nic szkodliwego. W takim razie po co do pobierania próbek ubrali się w kombinezony, okulary, rękawiczki, skoro to nie jest szkodliwe? - zastanawiał się Stanisław Wojtarowicz, komendant OSP Korzenna.

Ostatecznie odpad zebrano z pola wraz z warstwą ziemi.

- Powołałem sztab kryzysowy, wysprzątałem i obciążyłem firmę Mo-BRUK kosztami. Musieli za to zapłacić. Zdecydowałem, że trzeba pół metra ziemi zebrać, a jeśli byłaby potrzeba zebrania nawet metra, to też byśmy to zrobili. Bo tak należało wtedy postąpić - wyjaśniał wójt, Leszek Skowron.

Stanowisko korzeńskich władz

Włodarz gminy przyznał, że problemy mieszkańców gminy Korzenna trwają od 1997 roku, czyli od uruchomienia Zakładu Odzysku Odpadów w Niecwi. Jak podkreślił, gmina od samego początku zajmowała jasne stanowisko w tej sprawie. Zapewnił też, że nie ma jego przyzwolenia na to, by nieczystości z terenu firmy były ,,wywożone" na zewnątrz na kołach samochodów ciężarowych.

Kiedy coś takiego się dzieje, nie ma innego wyjścia, tylko informować policję oraz WIOŚ - stwierdził.

- Mam zaufanie do instytucji publicznych. Bo jakże go nie mieć? Komu będziemy wierzyć, jak nie komuś, kto powinien nas chronić? - zastanawiał się Leszek Skowron. - Wystąpiliśmy do WIOŚ, żeby nam udostępnili informacje związane ze skutkami wprowadzenia tej zmiany, o którą firma wnioskuje. Jednym słowem, chcemy wiedzieć, czy to wpłynie i jak wpłynie na zdrowie, środowisko i na wszystkie inne aspekty, których być może nawet nie jesteśmy w stanie przewidzieć teraz - dodał.

Wyjaśniał też, że władze gminy nie tylko nie mają wiedzy o działalności firm, ale również poza wytycznymi zawartymi w planie zagospodarowania przestrzennego, nie mają większego wpływu na to, co na terenie gminy jest budowane.

- Już od zwykłej prostej budowli pozwolenie wystawia starosta, a wszystkie pozostałe formalności załatwiane są według kompetencji, czyli w tym przypadku musiał wydać zgodę marszałek województwa - mówił wójt. - Też jestem mieszkańcem Korzennej. Mam rodzinę, trójkę dzieci, oddycham tym powietrzem, co każdy z was i niestety przyznaję, że powietrze mamy fatalne. Zainstalowaliśmy mierniki. Wyniki mamy niejednokrotnie gorsze niż w Krakowie.

Jednak według włodarza gminy, powodem takiego stanu nie jest tylko działalność firmy Mo-BRUK, ale i nielegalnie spalane przez mieszkańców w domowych piecach śmieci.

- Kontrolujemy paleniska, bo mieliśmy kontrolę z WIOŚ i wytknięto nam, że tego nie robimy. Jeśli kontrolujemy, to jest źle, bo to robimy. Jak nie będziemy, to ludzie stwierdzą, że gmina nic w tym zakresie nie robi. A bez kontroli niestety nie ma zrozumienia, że wszyscy musimy dbać o jakość powietrza - stwierdził Leszek Skowron.

Na uwagę, że siedziba firmy Mo-BRUK znajduje się na terenie zalewowym, wójt zaznaczył, że obecne władze gminy, nie mają wpływu na ten stan rzeczy.

- Teren budowlany tam był w momencie, kiedy w 1997 roku firma rozpoczęła działalność. Wcześniej tam był SKR [red. Spółdzielnia Kółek Rolniczych] i pewnie już wówczas był tam teren pod działalność. Nie ma takiej możliwości, żebyśmy dokonali zmiany, kiedy już tam coś istnieje. Mój poprzednik próbował takich rzeczy i to się wiąże z procesami sądowymi, odszkodowaniami, a gminy na to nie stać - poinformował.

Podkreślił również, że obecnie w planie zagospodarowania jest zapis, że w gminie Korzenna nie ma prawa powstać jakikolwiek uciążliwy zakład.

- Wcześniej kto inny rządził. Nie osądzam ani też nie biorę odpowiedzialności za to, co robili moi poprzednicy - stwierdził Leszek Skowron.

Jak przypomniał, już kilka lat temu na zebraniu wiejskim pojawiły się głosy, że teren zakładu w Niecwi powinien zostać zabudowany. - Wraz z sołtysem przeprowadziliśmy pewne rozmowy i usłyszeliśmy, że [red. prezes firmy] to rozważy. Upłynął jakiś rok i na kolejnym zebraniu przypomnieliśmy o tym i prezes powiedział, że podejmie działania w tym kierunku. Pamiętam, że nawet w radiu RDN wypowiedziałem się, że takie działania firma zamierza i dostałem ostrzeżenie, że jakim prawem wypowiadam się w imieniu firmy, kiedy są to sprawy inwestycyjne i na to potrzebne są miliony. Więc wyciszyłem się - przyznał wójt.

Stanisław Wojtarowicz, który kilkanaście lat temu był radnym gminy Korzenna, apelował do wójta Skowrona podczas sobotniego spotkania, o takie zaangażowanie, jakie włodarz wykazał, gdy Mo-BRUK chciał wybudować spalarnię plazmową.

- Występowaliśmy wtedy do Wojskowej Akademii Technicznej o informacje, co to jest, bo była to nowość. Dostaliśmy odpowiedź, że można w ten sposób utylizować niebezpieczne, radioaktywne odpady z elektrowni. Było wtedy duże zaangażowanie gminy i społeczeństwa, żeby to nie powstało i udało się - przypomniał Stanisław Wojtarowicz.

Deklaracje posłanki

Podczas spotkania z posłanką Darią Gosek-Popiołek, mieszkańcy skarżyli się również, że młodzi ludzie opuszczają Niecew i gminę Korzenna, bo nie chcą mieszkać i wychowywać dzieci w pobliżu zakładu Mo-BRUK. Ceny działek w sąsiedztwie firmy drastycznie spadają, a najczęściej po prostu nikt nie chce ich kupować. Mieszkańcy czują się bezradni.

Anna Łaś przyniosła na spotkanie i przekazała posłance kserokopie dokumentów, z których wynika m.in. że zakład miał być jedynie betoniarnią.

Chęć współpracy z parlamentarzystką zadeklarował również wójt Leszek Skowron. Obiecał spotkać się z nią i udostępnić wszystkie dokumenty dostępne w gminie, które są związane z tą sprawą.

- Chcę, żeby państwo mieli jasną wiedzę na temat tego, co ja mogę zrobić i co zrobię. Nie będę obiecywała gruszek na wierzbie. Skontaktuję się z panem wójtem, żeby zobaczyć wszystkie dokumenty. Wystąpię w tym tygodniu do marszałka i do WIOŚ o udostępnienie wszystkich wyników kontroli - powiedziała Daria Gosek-Popiołek.

- Poinformuję WIOŚ, że potrzebne jest zainstalowanie w Korzennej stałego czujnika, takiego jaki funkcjonuje na przykład w Skawinie. Sprawdzę, na ile mają na to fundusze, czy to jest możliwe i poproszę ich o to. Jeśli się okaże, że nie ma funduszy, to będę starała się jakoś je zdobyć. Wystąpię do Ministra Środowiska i Ministra Rozwoju i przedstawię im tę sprawę, ale dopiero, gdy dostanę informacje od wójta i z WIOŚ - zadeklarowała posłanka.

Dodała, że oprócz tego spróbuje poprosić o w miarę regularne kontrole czystości wody w korzeńskim potoku. Jej zdaniem, jest to potrzebne by sprawdzić, za co odpowiada firma Mo-BRUK, a co jest skutkiem procederu nielegalnego opróżniania szamb, co według wójta ma w gminie miejsce. Jak zaznaczyła, kontrola wykaże jakie pierwiastki składają się na zanieczyszczenie w wodzie.

- Mamy plan. Będę działać w waszym imieniu, informować, kiedy się czegoś dowiem i mam nadzieję, że może uda nam się razem sprawić, żeby ta uciążliwość zniknęła - podsumowała Daria Gosek-Popiołek.

 

Od redakcji:

Po publikacji powyższego tekstu otrzymaliśmy od służb prasowych firmy pismo z żądaniem usunięcia z tytułu określenia "bomba ekologiczna" Uzasadniono to żądanie w następujący sposób:

 

W ślad za dwoma słownikami tłumaczymy znaczenie określenia:

Bomba ekologiczna
- nagromadzenie dużej ilości substancji szkodliwych dla środowiska naturalnego, których przedostanie się do wód lub gleb może powodować szkody w środowisku;
- zanieczyszczenie powstałe z winy człowieka, które może okazać się niebezpieczne dla środowiska, np. wysypisko śmieci, magazyn odpadów farmaceutycznych itp
Nadmieniamy, że nie przesądzając  o skali ewentualnego zagrożenia określenie w naszym tytule miało i ma charakter pytający.
PUMA

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.