Wojenne notatki cichociemnego

- Płakały nad Tobą londyńska mgła, kołysał się Berlin pod Tobą, elegię ci motor grał, aż wczesną poległeś dobą zmęczony… - tak żegnano Jerzego Iszkowskiego, pilota Dywizjonu 304 Polskich Sił Powietrznych w Anglii, cichociemnego, współzałożyciela Aeroklubu Podhalańskiego w Łososinie Dolnej. Jerzy Iszkowski zmarł 29 sierpnia 1962 w Nowym Sączu w wieku zaledwie 48 lat. Choć od jego pogrzebu minęło już ponad pół wieku, nie tylko krewni pamiętają o jego dokonaniach.


Jego imię nosi ulica w Nowym Sączu oraz Szkoła Podstawowa w Tęgoborzu. Także wielu sądeczan wciąż pamięta o lotniku i stara się przekazać tę pamięć następnym pokoleniom. Wśród nich jest m.in. Anna Totoń, która nawiązała kontakt z krewnym Jerzego, Wacławem Iszkowskim. Okazało się bowiem, że Jerzy Iszkowski podczas wojny zrobił wiele notatek. Opisał loty bojowe oraz codzienne życie żołnierskie w Anglii. Jest szansa na ich wydanie, czemu bardzo kibicuje pani Anna. Szczegóły dotyczące wspomnień zdradza zaś sam pan Wacław.

Wspomnienia warte wydania

- Po wojnie, po powrocie z komunistycznego więzienia, Jerzy Iszkowski spisał swoje wspomnienia na maszynie. Obejmują one okres przedwojenny, naukę pilotażu w szkole w Dęblinie, kampanię wrześniową, odwrót przez Rumunię do Francji, a potem do Anglii - mówi Wacław Iszkowski. Krewny Jerzego jest doktorem informatyki. Do 1990 roku był adiunktem w Instytucie Informatyki Politechniki Warszawskiej, a następnie prezesem Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji oraz członkiem Komitetu Informatyki Polskiej Akademii Nauk. Pasjonuje go jednak także historia. Dziadek Jerzego - Michał - był bratem Romualda, pradziadka Wacława. Wacław Iszkowski, przebywający już na emeryturze, stara się odtworzyć co ciekawsze losy swojej rodziny. Prowadzi kronikę, opracowuje biogramy, gromadzi fotografie. Wydał lwowsko-krakowskie wojenne wspomnienia swojej cioci, Stefanii Kowickiej (z domu Iszkowskiej). Teraz przyszła pora na wspomnienia słynnego pilota. - Jerzy Iszkowski opisał 48 lotów bojowych w Dywizjonie 304, potem zgłoszenie się do służby w charakterze cichociemnego w Polsce. Wspomnienia kończą się aresztowaniem przez NKWD, co miało miejsce w sylwestra w 1944 roku. Są niezwykłym, bardzo ciekawym i barwnym opisem tych czasów oraz wyrazem jego tęsknoty za rodziną i Sądecczyzną - podkreśla Wacław Iszkowski.

- Udało się odnaleźć maszynopisy prawie wszystkich części wspomnień Jerzego. Odzyskany tekst wymaga przepisania na postać elektroniczną oraz opracowania redakcyjnego. W sumie całość liczy około 800 stron, ale jest warta pracy, jaką trzeba jej poświęcić. Zresztą praca ta jest już na ukończeniu. Do wydania wspomnień potrzebne jest jeszcze wyjaśnienie aktualnej własności praw do tego tekstu. Prawo autorskie, chroniąc twórczość autorów przez 70 lat od chwili ich śmierci, utrudnia po latach wydanie ich prac, gdyż w wielu przypadkach, również i w tym, nie bardzo wiadomo kto ma na to wyrazić zgodę - wyjaśnia Wacław Iszkowski. Jerzy i Eugenia Iszkowscy nie mieli dzieci. Spadek po Jerzym został podzielony pomiędzy żonę, matkę i siostrę. Nikt w 1962 roku nie zajmował się podziałem praw do treści wspomnień Jerzego. Po śmierci Zofii, siostry Jerzego, jej dobra przejął Skarb Państwa, ale i wtedy nie było w masie spadkowej praw do wspomnień. - A Jerzy pisząc je chciał rozliczyć się z przeszłością wojenną. Pragnął pokazać, czym dla pojedynczej osoby, dla niego samego, była ta wojna. Przesłanie to chciał przekazać następnym pokoleniom. Mam nadzieję, że uda się spełnić jego życzenie - podkreśla Wacław Iszkowski.

Marzenia o lataniu

Jerzy Iszkowski urodził się 31 marca 1914 r. w Nowym Sączu. Jego ojciec Erazm był nauczycielem matematyki i fizyki w sądeckim Gimnazjum im. Bolesława Chrobrego. Zmarł przedwcześnie, gdy mały Jerzyk miał zaledwie 4,5 roku. Jego matka Amalia musiała sądownie starać się o prawo do opieki nad nim i jego siostrą. Takie było wówczas prawo, mające gwarantować dzieciom możliwość właściwego rozwoju. Amalia Iszkowska wyszła za Józefa Kostańskiego, architekta. Dzieci pozostały jednak przy nazwisku ojca. Jerzy Iszkowski już w szkole interesował się lotnictwem. Należał do Koła Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej. Ukończył kurs latania na szybowcach. Po zdaniu matury poszedł do wojska. Początkowo służył w piechocie, cały czas marząc o lataniu. Marzenie to udało mu się spełnić w 1934 r., po przeniesieniu do Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie. Po jej ukończeniu, w stopniu podporucznika pilota, trafił do 24. Eskadry Liniowej 2. Pułku Lotniczego w Krakowie. W chwili wybuchu II wojny światowej został oddelegowany po nowe samoloty, które miały czekać w Tunisie. Niestety, już 17 września pilotów ewakuowano do Rumunii. Stamtąd, po wielu przygodach, dotarł do Francji. Po kapitulacji Francuzów, 24 sierpnia 1940 r. dopłynął do Anglii. Dostał przydział do Dywizjonu 304, w którym pilotował bombowce Wellington, biorąc udział w 47 lotach bojowych.

Noce były za krótkie

Po stracie wielu kolegów lotników, tęskniąc za krajem i rodziną, postanowił zgłosić się do służby w kraju jako cichociemny. Po odbyciu wyczerpującego szkolenia, swój 48. ostatni lot bojowy, wykonał w nocy 27 kwietnia 1944 r. Wylądował w Polsce, nieopodal Lublina, wraz z innymi cichociemnymi.

- Ta grupa cichociemnych miała przekazać Komendzie Głównej Armii Krajowej, iż nie jest możliwe zorganizowanie wystarczającego wsparcia lotniczego zaopatrzenia dla Warszawy, gdyż alianci nie mają odpowiedniej liczby samolotów. Również nie można było liczyć na przybycie brygady spadochronowej Stanisława Sosabowskiego, bo miała ona być potrzebna we Francji, podczas planowanej na wiosnę 1944 roku inwazji - wyjaśnia Wacław Iszkowski. Jerzy w swoich wspomnieniach opisał tragizm tej sytuacji. W końcu lipca 1944 r. przywiózł z Lublina zaopatrzenie zrzutów: broń, granaty, amunicję. Po wybuchu Powstania Warszawskiego z niepokojem stwierdził, iż Komenda Główna AK nie powiadomiła jego lotniczego okręgu lubelskiego AK o mającym się rozpocząć powstaniu. Tymczasem to właśnie jego okręg odpowiedzialny był za organizowanie oraz przyjmowanie zrzutów lotniczych.

-W tym miejscu warto wyjaśnić, że większość zrzutów do Polski odbywała się samolotami startującymi z bazy w Brindisi (czyli prawie na końcu włoskiego buta), które po 1400 km lotu docierały na miejsce zrzutowisk w Polsce. Na lotnisku w Brindisi stacjonowała 1586 Eskadra Specjalnego Przeznaczenia, w skład której wchodziła grupa polskich pilotów. Oni najlepiej orientowali się w terenie nad Polską, odróżniając w nocnych lotach Wisłę od Dunajca. Ale w czerwcu i lipcu noce były za krótkie, aby móc dolecieć do Polski i wrócić. Polscy piloci intensywnie latali wówczas z lotniczym zaopatrzeniem na krótszych trasach, do Grecji i Jugosławii. Będąc już bardzo zmęczonymi, z końcem lipca poszli na urlopy. Nikt im wcześniej nie powiedział, aby oszczędzali siły na sierpniowe loty nad Warszawę - objaśnia Wacław Iszkowski.

- Po wybuchu powstania, z braku polskich pilotów, początkowo wysyłano załogi kanadyjskie i południowoafrykańskie, które gubiły się nad płonącą Warszawą, niecelnie dokonując zrzutów. Podczas tych lotów wielu z nich zginęło – dodaje.

Syn tego regionu

Jerzy nie brał udziału w powstaniu, gdyż w chwili jego wybuchu znalazł się koło Tłuszcza. Tam dołączył do pułku AK, blokując przejazd niemieckiego pociągu pancernego do Warszawy. Potem przeżył przejście frontu i dotarł do już wyzwolonego Lublina. W nocy 31 grudnia 1944 r. został aresztowany przez NKWD. Polski sąd wojskowy skazał go na karę śmierci za walkę o Polskę w Anglii, za bycie cichociemnym oraz za przynależność do AK. Ostatecznie zamieniono mu ją na 2 lata więzienia. Do rodziny w Nowym Sączu powrócił dopiero 1 stycznia 1947 r.

- Można byłoby jeszcze długo przytaczać co ciekawsze fragmenty ze wspomnień Jerzego. Najlepiej jednak samodzielnie je przeczytać. Ich lektura jest fascynująca, a narracja prowadzona jest przez osobę twardą, odważną, ale też wrażliwą. Jerzy opisał bowiem wiele zjawisk oraz postaw ludzi, którzy żyli w codziennym strachu, czy wrócą z lotu bojowego, i jak odnajdą się w sytuacji praktycznie bez wyjścia – stwierdza Wacław Iszkowski, którego zdaniem wiele spostrzeżeń Jerzego jest aktualne również w dzisiejszych czasach. - Moim zamierzeniem jest wydanie tych wspomnień w całości. Jestem to winny Jerzemu jako członek jego rodziny. Jestem to winny Sądecczyźnie, gdyż Jerzy Iszkowski był i jest synem tego regionu, co wielokrotnie podkreślał w swoich wspomnieniach – kończy Wacław Iszkowski.

Fot. Z albumu wydanego staraniem W.Iszkowskiego

Czytaj "Dobry Tygodnik Sądecki":

MAGIK MAŁA

Wypowiedz się w tej sprawie