Nowy Sącz: o człowieku, który wygrał życie w szachy...

Poddasze kamienicy przy ulicy Lwowskiej 13 w Nowym Sączu jest świadkiem historii. Przez rok mieszkali tam Żydzi, a na parterze swoją kwaterę mieli członkowie Armii Krajowej. To dom rodzinny 95-letniego Władysława Żaroffe, społecznika, byłego akowca, od niedawna Honorowego Ambasadora Sądeckiego Sztetlu.

wsb3

Dom pana Władysława wypełnia duch historii. Nad wersalką w salonie wiszą zdjęcia jego rodziców - Waleriana i Marii, z domu Sieradzkiej. Kamienica jest własnością rodziny od 1908 roku.

Ojciec, o francuskich korzeniach, „coś znaczył w Sączu”, jak mówi jego syn. Kilkakrotnie był radnym. W 1912 roku założył Towarzystwo Wioślarskie na Wenecji, popularnym  wówczas miejscu wypoczynkowym w pobliżu mostu kolejowego. Był starszym asesorem na kolei i prezesem Związku Kolejarzy Polskich w Nowym Sączu, a później w całym województwie. Często gościł u siebie prezydenta Stanisława Nowakowskiego, starostę Macieja Łacha, burmistrza Romana Sichrawę.

Niekończąca się wędrówka

Walerian nie krył swojej niechęci do Niemców. Jeszcze przed wybuchem wojny wielu z nich pozbawił pracy na kolei. W 1939 r. rodzina Żaroffe spakowała swój dobytek i uciekła z domu.

W kamienicy została tylko służąca, kot i pies – ich Niemcy by nie skrzywdzili. Państwo Żaroffe z dziećmi skierowali się do przyjaciela w Miłkowej, który zawiózł ich do Gromnika, skąd pieszo dotarli aż do Przemyśla. Tam wsiedli do pociągu w kierunku Tarnopolu. Wędrówce nie było końca. Rodzina Żaroffe szukała schronienia u ciotki, lwowskiej nauczycielki. W tym samym czasie NKWD aresztowało już pierwszych Polaków. 17-letni wówczas Władysław chciał złapać za broń i walczyć, ale broni nie było. Z niebezpiecznego Lwowa trzeba było wrócić do rodzinnego Nowego Sącza. Niestety, już bez ojca, który musiał pozostać w Krakowie. Po wojnie trafił do więzienia i zmarł.

Kamienica w getcie

Maria Żaroffe wróciła do domu z dziećmi, bez męża i bez majątku. Przez około rok kamienica znajdowała się na terenie getta, obejmującego część ulicy Lwowskiej. Zamieszkałych tu Żydów później przeniesiono do właściwego getta w zamkowej dzielnicy Nowego Sącza. Getto funkcjonowało do 1942 roku. W niedzielę 23 sierpnia tego roku Władysław na własne oczy zobaczył zagładę sądeckich Żydów.

- Wracałem od strony ulicy Tarnowskiej, kiedy się to działo. Pierwszy szedł Koerbel, sądecki lekarz - opowiada o tym tragicznym wydarzeniu jego ostatni świadek. - Nie bałem się. Przyglądało się temu wielu innych Polaków. Nie wiedzieliśmy, gdzie ich zabierają. Mówiono, że to kolejne przesiedlenie, tym razem może na Madagaskar.

Nie widział, lecz słyszał, że Niemcy prowadzili wtedy Żydów bocznymi uliczkami miasta aż na dworzec kolejowy.

Władziu, robimy u ciebie kwaterę!

- Tak miał powiedzieć Zbyszek Ryś, AK-owiec i kurier, który organizował przerzuty polskich żołnierzy, szczególnie na Węgry – wspomina pan Władysław. On sam od początku wojny angażował się w konspirację. Dziś jest podporucznikiem. Przez jego dom przewinęło się wiele osób, poszukiwanych przez gestapo. Te tajemnicze postacie, przychodzące i odchodzące, znajdowały u Żaroffów schronienie. Potem odprowadzano ich w okolice kościoła kolejowego, i dalej, w stronę Piwnicznej, Słowacji i Węgier. Pod dachem kamienicy na ul. Lwowskiej 13 ukrywał się Jan Karski - człowiek, który przekazał informację o holocauście na zachód Europy.

- Pamiętam, jak bardzo mnie zaintrygował. Zachowywał się inaczej, bardziej pewnie. Chciał, żebym pokazał mu, gdzie jest więzienie i gdzie mieszkają Żydzi - opowiada o Karskim Żaroffe. - Pytałem Rysia o niego, ale ten nie chciał mi nic powiedzieć, chociaż byłem jednym z nich. Wiedział, że to niebezpieczne.

Mistrz więziennych szachów

Był styczeń 1945 r. Piętnastu żołnierzy Armii Czerwonej spało w domu Żaroffów. Na drugi dzień okradli go z kilku zegarków bez większej wartości i poczęstowali  zupą grochową. W kilka nocy później, enkawudziści z bronią w ręku wyprowadzili 23-letniego Władysława do więzienia przy ulicy Pijarskiej. Chłopak rozpoznał wśród więźniów wielu sądeczan. Któryś z nich zapytał go czy umie grać w szachy. Umiał. Jeszcze wtedy nie wiedział jak wielkie będzie to miało  znaczenie... W szachach nie miał sobie równych. Pewnego razu do gry zaprosił go naczelnik więzienia i Władysław wygrał. Potem grywali częściej, przy kawie i ciastku. Komendant - Rosjanin, miłośnik gry królewskiej, umiał docenić lepszego rywala.

- Ludzi wywozili na Sybir, a ja zostawałem - wspomina Władysław. Naczelnik wykazał się dużą wdzięcznością i zwolnił szachistę z więzienia tuż przed interwencją UB.

Jakiś czas później więzienny mistrz szachowy wyjechał do Kamiennej Góry. Tam poznał swoją przyszłą żonę Augustynę Imielę - Ślązaczkę wracającą z emigracji we Francji. Niedługo potem kamienica przy Lwowskiej 13 pozyskała drugą gospodynię i dwie małe lokatorki: córki państwa Żaroffów. Pan Władysław zaczął pracę w sądeckim ZUS. Wiele lat później zmarła jego żona. Dziś pan Władysław ma 95 lat.

5 marca otrzymał tytuł Honorowego Ambasadora Sądeckiego Sztetlu. Został doceniony za pracę dla utrwalenia pamięci o sądeckich Żydach. To on po wojnie opracował pierwsze plany getta. Widział marsze śmierci, zgromadził mnóstwo fotografii z tamtych wydarzeń i innych świadectw tego okresu.

 

Łukasz Połomski, Paweł Paciorek

 

fot. z arch. Ł. Połomskiego.  

Tytuł Honorowego Ambasadora Sądeckiego Sztetlu jest przyznawany osobom i instytucjom zaangażowanym w dialog między religijny i zasłużonym w dbaniu o dziedzictwo historyczne mniejszości narodowych. Do tej pory statuetki Ambasadora przyznano: Markusowi Lustigowi (2015 r.), Annie Grygiel-Huyryn; Kazimierze i Józefowi Jaroszom (2016 r.), Mońkowi Goldfingerowi (2016 r.).

Czytaj więcej:

 

 

 

 

GLINIK

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.