Z Rylie Mundell, stypendystką Fulbrighta w Nowym Sączu rozmawia Sonia Groń.
– Cofnijmy się na chwilę w czasie. Pamiętasz swój pierwszy dzień w Nowym Sączu? Jakie były Twoje pierwsze wrażenia dotyczące miasta i ludzi, których tu spotkałaś?
– Moje pierwsze żywe wspomnienie to podróż autobusem z Krakowa. Trafiłam na przepiękny, jesienny zachód słońca nad jeziorem. Ten spokojny krajobraz pełen drzew i wzgórz od razu przypomniał mi rodzinne Kolorado – w ułamku sekundy poczułam się jak w domu. Druga rzecz wydarzyła się na przystanku docelowym, gdzie czekała już na mnie grupa osób, która miała pomóc mi się zaaklimatyzować. Okazało się, że wiedzieli o moich urodzinach, które wypadały dokładnie tego dnia! Przywitali mnie tortem i zabrali na kolację. To było niesamowicie urocze. Co najpiękniejsze, ludzie poznani tamtego wieczoru zostali moimi najbliższymi przyjaciółmi na cały pobyt.
– Kolorado i Twoje rodzinne miasto Denver kojarzą mi się głównie z górami, Nowy Sącz również jest nimi otoczony. Czy dzięki temu czujesz się tutaj trochę jak w domu?
– Zdecydowanie tak. Na pewno to pomogło mi w aklimatyzacji i tym poczuciu, które towarzyszy mi od samego początku – czuję się tu jak w domu!
– Zostańmy przy górach. Wiem, że uwielbiasz piesze wędrówki. Czy masz tutaj okazję realizować tę pasję?
– Tak, jak najbardziej! Chodzę w góry w większość weekendów. Mam nawet oficjalną książeczkę turystyczną PTTK, w której zbieram pieczątki ze wszystkich wędrówek, na które się wybieram. Bawię się świetnie. Bardzo podoba mi się sam koncept wędrowania od schroniska do schroniska – w Stanach nie mamy niczego takiego, więc odkrywanie tych miejsc w okolicy to dla mnie super zabawa. Poza tym w końcu zrobiła się na tyle ładna pogoda, że widać stąd Tatry, więc te ostatnie wędrówki były naprawdę wspaniałe widokowo.
– Porozmawiajmy o Twoich studiach i pracy. Masz typowo ścisły umysł – Twoje zaplecze akademickie to matematyka, fizyka i GIS, czyli Systemy Informacji Geograficznej. To brzmi bardzo skomplikowanie. Tymczasem tutaj, w Nowym Sączu, uczysz języka angielskiego na wydziale humanistycznym. Czy trudno jest Ci połączyć tak skrajne specjalności jak nauki ścisłe i humanistyczne?
– Po pierwsze, jeśli chodzi o moje wykształcenie, to głównym akcentem były faktycznie nauki ścisłe. W USA mamy jednak system majors i minors – czyli wybierasz swój główny kierunek studiów oraz kierunki poboczne, z których realizujesz po prostu mniej zajęć. Moim głównym kierunkiem (major) była fizyka, ale moje kierunki poboczne (minors) obejmowały socjologię oraz etykę. Bardzo lubię dbać o taką równowagę. Wychodzę z założenia, że wszystkie dyscypliny naukowe są tak samo ważne, kiedy próbujemy rozwiązywać realne problemy. Choć skupiałam się na naukach ścisłych, zawsze najbardziej interesowało mnie to, jak wszystko się ze sobą łączy.
– Jak odnajdujesz się w roli nauczycielki? Studenci Cię lubią?
– Myślę, że to zależy od dnia i grupy (śmiech). Moim głównym celem jest po prostu zaciekawienie studentów i pomaganie im w tym, czego akurat najbardziej potrzebują. Na zajęciach kładę ogromny nacisk na konwersację i krytyczne myślenie. Uważam, że umiejętność krytycznego myślenia w obcym języku to zupełnie coś innego niż zwykła, codzienna rozmowa. Dlatego staram się, aby moje lekcje miały właśnie taki priorytet.
A studenci? Są naprawdę uroczy. Oczywiście, z jednymi rozumiem się świetnie, inni są mniej zainteresowani moimi zajęciami i to jest całkowicie w porządku. Byłoby to wręcz nierozsądne, gdybym oczekiwała, że wszyscy będą zachwyceni.
– Czekając na naszą rozmowę, widziałam, jak jeden ze studentów entuzjastycznie Cię powitał, porozmawiał, a nawet przytulił – to chyba znak, że naprawdę Cię polubili!
– Staram się mieć dobre relacje ze studentami. To naprawdę fajni, świadomi młodzi ludzie i jestem żywo zainteresowana ich punktem widzenia.
Całość w najnowszym wydaniu DTS




























































































































































































































