W czasach liceum miałem jakiś „kłopot” z Nowym Sączem

Rozmowa z Michałem Węgrzynem – reżyserem filmu „Proceder”

- Słucha Pan rapu?

- Słucham, teraz tak. Miałem długą przerwę, ale od czasu pracy nad filmem „Proceder” wróciłem do tej muzyki.

wsb3

- A miał Pan okazję poznać Tomasza Chadę?

- Propozycję robienia tego filmu dostałem już parę miesięcy po jego śmierci. Tomasza Chady osobiście nie miałem okazji poznać, ale kilkanaście lat temu, jak interesowałem się rapem w szkole średniej i na studiach, znałem jego twórczość z Molesty.

- Propozycja padła od producenta Janusza Iwanowskiego. Było łatwiej, bo nie był Pan równocześnie producentem i reżyserem jak w przypadku wcześniejszych filmów?

- Dla mnie to była dużo bardziej komfortowa sytuacja, bo miałem większy dystans i nie musiałem się martwić o organizację produkcji czy  znalezienie pieniędzy na film. Spełniło się moje marzenie zrobienia dużego, komercyjnego filmu, w którym mogłem pokazać wszystko, czego się nauczyłem przez lata.

- Komercyjny film jest spełnieniem marzenia?

- Uwielbiam robić kino arthouse’owe, niezależne, w którym odpowiadam za wszystko i nikt nie może mi zwracać uwagi na to, jak ta historia ma wyglądać, o czym opowiadam i jakie emocje zawieram w filmie. Natomiast komercyjna produkcja też jest czymś ciekawym dla reżysera, bo zrobienie filmu na zlecenie, odnalezienie się w takiej sytuacji, pokazanie warsztatu, a do tego możliwość dotarcia do większego grona odbiorców niż tylko ludzi zainteresowanych kinem jako sztuką, to dla mnie duża frajda.

- Temat był trudny, zwłaszcza że Tomasz Chada zmarł rok temu...

- Temat trudny, ale dużym komfortem było to, że Tomasz Chada sam ten film wymyślił jakieś dziesięć lat temu. Muzyka, którą robił, docierała do fanów hip-hopu, jednak on chciał swoją życiową wiedzę przekazać jak największej ilości ludzi. Jego życie było trudne, średnio sobie z tym radził, a czasami sobie nie radził. Bardzo chciał przestrzec młodszych kolegów, żeby nie popełniali tych samych błędów. Oczywiście to karkołomne zdanie, bo każdy człowiek musi sam przejść pewną drogę, żeby wyciągnąć własne wnioski.  Myślę, że historie podejmowane w tekstach przez Chadę, pomagają ludziom. Inni artyście też piszą swoje historie, opowiadają je z misją, by ten świat naprawiać. To bardzo ważne w twórczości artystycznej, bez tego nie ma nic. Najwspanialsze dla mnie jest w tej produkcji, że te historie Tomka w jakimś sensie przypominały moje  z okresu liceum czy studiów. Wiele mieliśmy ze sobą wspólnego. Bardzo mi się podobało, że mogłem opowiedzieć wreszcie taką historię, którą zawsze chciałem przekazać młodszym ludziom. Do tego wszystkiego na produkcję były przygotowane odpowiednie pieniądze, więc można to było bardzo dobrze zrobić, widowiskowo i ciekawie.

- Wychowywał się Pan na sądeckim blokowisku, ale te doświadczenia nie były chyba aż tak dramatyczne jak w przypadku bohatera filmu?

- Żyjemy w świecie, w którym młodym jest  trochę prościej. Jeśli chcą zostać raperami, filmowcami czy choćby prawnikami, łatwiej jest im po te rzeczy sięgnąć. Kiedy w latach 90. myśmy się wychowywali i wchodzili w dorosłe życie, zdobycie choćby gitary czy pieniędzy na nagranie w studio, było prawie niemożliwe. Załatwialiśmy to albo tak, że ktoś nas wpuszczał za darmo do studia późno w nocy, pomagając, bo podobała mu się nasza muzyka, albo trzeba było te pieniądze zorganizować. W latach 90. zdecydowana większość ludzi w Polsce była biedna. Niewiele osób było stać na realizację swoich marzeń. Często ludzie „kombinowali”. To słowo już teraz zanikło, ale kiedyś było powszechne. Jak ktoś kogoś pytał np. skąd wziął pieniądze na budowę domu, to mówił, że wykombinował. Lata 90. to lata kombinacji, dziś powiedzielibyśmy: brania udziału w procederze złodziejskim.

- No właśnie, film nosi tytuł „Proceder” ale chyba nie tylko ze względu na tytuł płyty Tomasza Chady?

- Oczywiście to nie jest jedyny powód. W słowie „proceder” zawarta jest cała kwintesencja tego, co się z nami działo w latach 90. Tego jak musieliśmy sobie dawać radę w nowej po-PRL-owskiej rzeczywistości, ale też tego jak musieliśmy sobie radzić chcąc realizować marzenia - czasami trzeba było się uciekać do „niecnych” czynów.

- Podjęcie tematu niedawno zmarłego rapera jest ryzykowne, fani Tomasza Chady zaraz będą porównywać bohatera filmu z pierwowzorem. Czuł Pan to ryzyko?

- Oczywiście czuliśmy taki rodzaj ryzyka, ale podjąłem decyzję, że głównie wsłucham się w Tomka i w jego poezję, jego uliczny rap i w ten sposób będę budował tę postać. Równocześnie spotykałem się z jego przyjaciółmi, ze ZBUK-iem,  RXem i jego wydawcą Pawłem Krokiem. Dużo czasu spędziłem na rozmowach z jego mamą. Ważne było to, że jednym z głównych autorów scenariusza był Maciej Chwedo - kuzyn Tomka, razem rapowali na scenie, więc bardzo dobrze znał te wszystkie historie. Do tego do projektu zaproszeni zostali też Vienio i Kali. Pierwszy, żeby oddać ducha końca lat 90., drugi, żeby to wszystko było wiarygodne współcześnie, żeby inspirować się też tym, co obecnie na scenie hip-hopowej się dzieje, tak aby trafiało to do młodych ludzi.

- Wśród aktorów w obsadzie pojawili się m.in. Małgorzata Kożuchowska, Jan Frycz, Ewa Ziętek. Z gwiazdami pracuje się łatwiej? Trudniej?

- Z gwiazdami pracuje się podobnie jak z mniej doświadczonymi aktorami, bo główną cechą tych ludzi jest miłość do sztuki i chęć realizacji się poprzez robienie filmów. Natomiast obsadzenie gwiazd było dla mnie też jakimś spełnieniem marzenia. Budżet tego filmu był taki, że mogliśmy zaprosić do udziału aktorów, o których do tej pory marzyliśmy. Przy realizacji filmów arthouse’owych nie ma takich pieniędzy, żeby zatrudniać gwiazdy.

- Pan reżyseruje, brat Wojciech staje po drugiej stronie kamery jako operator. To duet, w którym rozumiecie się bez słów?

- Zaczynałem w wieku 18-19 lat robić swoje filmy. Nie do końca szło mi to tak jakbym chciał, brakowało mi pomocnej dłoni. Kiedyś dałem swoją starą kamerę mojemu młodszemu bratu Wojtkowi, wówczas 14-letniemu, a on poszedł na ulicę i zrobił film „Zaszumiał, powiał” – o chłopaku z sądeckiego osiedla Pawle Łabędowiczu. Okazało się, że Wojtek ma niebywały talent, to „coś”, czego ja nie miałem. Stworzyliśmy duet, zaczęliśmy robić filmy razem i zaczęło to wszystko zupełnie inaczej wyglądać. To, gdzie jestem, w dużej mierze jest zależne od Wojtka, który pomógł mi na powrót uwierzyć w siebie. Razem udaje się nam tworzyć coś, co jak się okazuje, jest interesujące dla widzów na całym świecie, bo te nasze filmy arthouse’owe w Polsce się nie sprzedawały, ale pokazywaliśmy je w międzynarodowych konkursach festiwalowych na wszystkich kontynentach, zbierając sporo nagród.

- W tych wcześniejszych produkcjach wśród obsady było sporo akcentów sądeckich: występował Pana brat Kuba, Paulina Chapko, Zofia Zoń pochodząca z Limanowej. W tym filmie też zobaczymy sądeckie twarze?

- W tym filmie sądeckich twarzy nie ma, ale nie dlatego, że zapomniałem o swoich najbliższych ziomkach z Nowego Sącza. Tak wyszło, że produkcja miała miejsce w momencie, gdy siostry Chapko nie mogły wziąć w niej udziału, Kuba był zaangażowany w jakieś produkcje telewizyjne. Pojawia się natomiast Zosia Zoń, ma mały epizod. Ale w kolejnych produkcjach na pewno będę chciał pracować ze swoimi znajomymi z Nowego Sącza.

- W swoich filmach staje Pan na moment po drugiej strony kamery. W „Procederze” w roli sierżanta drogówki.

- To się wzięło z tego, że jak byłem w liceum i grałem a jakiejś kapeli hardcorowej, moi rodzice się o mnie martwili i prosili, żebym zastanowił się, co chcę robić w życiu. Pamiętam, że powtarzali, że to co chcę robić, musi być tym co kocham, bo jak będę miał 40 czy 50 lat, może być za późno, a nie jest dobrze jak człowiek orientuje się, że chce spełniać swoje marzenia w wieku późno dorosłym. Z tych rozmów wyszło, że najbardziej lubię oglądać filmy i chyba chciałbym zostać aktorem. Tak się złożyło, że jak poszedłem na próbę do świątecznego spektaklu granego przy bazylice św. Małgorzaty, to najbardziej spodobało mi się to, co robiła reżyserka. Stwierdziłem, że jednak wolałbym być reżyserem. Natomiast ta nostalgia za zawodem aktora została. Gdy pojawiają się role, które nie wymagają jakiegoś super warsztatu, a które przy tym są ciekawe, mają wpływ na historię, to staję po drugiej strony kamery. W filmie „Krime Story”, który teraz kończymy, też wystąpiłem i to już w większych rolach.

- 15 listopada premiera ogólnopolska ale równocześnie też sądecka „Procederu”. To chyba dowód, że została w Panu miłość do Nowego Sącza?

- Została. Gdzieś w czasach liceum miałem jakiś „kłopot” z Nowym Sączem, bo rwało mnie do tego, żeby uciec do dużego miasta, wejść w świat filmowy, który toczył się głównie w Warszawie. Natomiast tak to już chyba z nami jest, że im starsi jesteśmy, tym bardziej uświadamiamy sobie, że życie w takich mniejszych społecznościach, zwłaszcza dobrze rozwinięty kulturowo, jest najlepsze. Teraz myślę, że jak kiedyś będę mógł, będę miał większy spokój finansowy i będę bardziej spełniony zawodowo, to będę chciał wrócić do Nowego Sącza, tam wybudować dom, zamieszkać. Tak… kocham Nowy Sącz!

 

 

 

FORDOSOLATO

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.