To będą jego pierwsze święta w Polsce od ponad 70 lat

Śnieg widział ostatnio chyba we Włoszech w 1944 roku. Rodzinnej Wigilii nie pamięta już zbyt dobrze. Miał zaledwie 16 lat, kiedy poszedł na wojnę. Walczył na frontach polskich, europejskich, afrykańskich. Uczestniczył między innymi w bitwie pod Monte Cassino. Po wojnie został przeniesiony do Wielkiej Brytanii. Chciał wtedy wrócić do swojej ojczyzny, lecz odradzali mu to emigrujący Polacy. W 1965 roku Józef Kowalczyk trafił do Australii. Tam spędził lata, chwytając się różnych prac. Nigdy nie założył rodziny, a kiedy przewrócił się i złamał miednicę, został ubezwłasnowolniony i przydzielono mu opiekuna. Marzył o tym, by kiedyś wrócić do Polski, tu przeżyć swe ostatnie lata.

wsb3

W tym roku wreszcie spędzi święta w swojej ukochanej ojczyźnie. Zasmakuje tradycyjnych potraw, podzieli się opłatkiem w rodzinnej atmosferze, zapewne zobaczy też kolędników, których wspomina z dzieciństwa. Najprawdopodobniej nigdy by się to nie udało, gdyby na swej drodze nie spotkał młodego rodaka, Mateusza Otrębiaka.

Spotkanie

Kiedy miałem 25 lat przyjechałem do Australii studiować język angielski i już tu zostałem, ale wiem, że kiedyś wrócę do Polski, bo ją kocham. Jeżdżę czasami do polskiego klubu w Sydney w niedzielę po kościele na obiad lub polskie piwo. Pewnego razu spotkałem tam pana Józefa. Siedział sobie przy stoliku, a ja usiadłem obok niego i zaczęliśmy rozmawiać. Mówił o wojnie. Bardzo mnie to zainteresowało. Jestem patriotą, więc słuchałem uważnie. Później pożegnałem się, pojechałem do domu, a w następną niedzielę pan Józef znów tam siedział – opowiada Mateusz.

            – Podczas drugiego spotkania zapytałem go, gdzie mieszka. Powiedziałem, że mógłbym go odwiedzić, kiedy będę w pobliżu. Mógłbym też coś przywieźć, czy pomóc z zakupami. Wtedy wyjaśnił, że nie trzeba, bo mieszka w domu starców w Marayong, niedaleko Sydney.

Tydzień później młody Polak pojechał ze swoją koleżanką w odwiedziny do pana Józefa.

Bardzo się ucieszył, kiedy nas zobaczył. Był zaskoczony. Od tej pory zaczęliśmy się spotykać, więź miedzy nami stawała się silniejsza. Zabierałem pana Józefa na weekendy do mnie do domu. Kiedy mogłem, to spotykałem się z nim też w ciągu tygodnia.

Marzenie o powrocie

Józef Kowalczyk urodził się w 1924 roku w Lubomierzu na Limanowszczyźnie. Za młodu był juhasem i pasł owce wysoko w górach. Jednak od ponad 70 lat nie widział ukochanego kraju.

            – Od samego początku mówił, że chciałby pojechać do Polski. Chciałby umrzeć w Polsce, w swojej ojczyźnie – wspomina Mateusz. W 2016 roku młody mężczyzna chciał spełnić marzenia pana Józefa i zabrać go na wakacje do kraju. – Rozmawiałem z jego opiekunem. Powiedział, że się zgadza. Ucieszyło mnie to – przyznaje. Jednak kiedy tydzień później Mateusz usiłował kupić bilety na samolot, opiekun pana Józefa zmienił zdanie. – Mówił, że pan Józef jest chory i może nie przeżyć tej podróży. Ale jak jest chory? Przecież chodzi, nie potrzebuje żadnej pomocy, jest sprawny i wszystko robi samodzielnie…

Mateusz pojechał na wakacje sam. Po powrocie okazało się, że opiekun staruszka zabrania mu się spotykać z Polakiem i jego australijską koleżanką. Wtedy młodzi ludzie wynajęli adwokata, a pan Józef podpisał dokument, w którym żądał zmiany opiekuna. Sprawa trafiła do sądu. Niestety, Mateusz nie mógł prawnie zająć się starszym panem, gdyż według przepisów „za krótko go znał”. Weteranowi przyznano więc w listopadzie 2016 roku opiekuna państwowego. Mateusz mógł znów odwiedzać pana Józefa, jednak nadal nie wydano zgody na podróż staruszka do Polski.

Ukochana Ojczyzna

Rok później Mateusz zaczął starać się o opiekę. Po rozmowach z psychologami i kilku rozprawach sądowych w lutym 2018 prawnie został opiekunem pana Józefa, niestety tylko częściowo. Niektórymi kwestiami nadal zajmował się opiekun socjalny, choćby tymi dotyczącymi podróży. W końcu Mateuszowi udało się jednak zabrać przyjaciela na „wakacje do Polski”.

            – I został już pan Józef w Polsce. Z wakacji wróciłem sam. W Australii mieli do mnie pretensje, że go nie przywiozłem z powrotem. Powiedziałem wtedy, że lekarz zabronił mu jechać, a ja nie mogłem działać wbrew lekarzowi – zdradza 32-latek. Plan się udał. Józef Kowalczyk został w Polsce. Odwiedził swoją rodzinną Limanowszczyznę. Niestety, mimo usilnych poszukiwań i wielu różnych tropów, nie udało się znaleźć żadnych krewnych staruszka. Zamieszkał więc z rodzicami Mateusza Otrębiaka w Orawce w powiecie nowotarskim.

28 sierpnia wojewoda małopolski Piotr Ćwik podjął decyzję o przywróceniu 94-latkowi polskiego obywatelstwa.

            – To jest piękne, że się udało. Pan Józef zawsze chciał wrócić i na stare lata dotarł do ojczyzny, którą kocha. W końcu może mówić na co dzień pięknym, polskim językiem. Jest bardzo zadowolony i szczęśliwy. Jeździ z moją mamą na wycieczki i od nowa poznaje Polskę – opowiada Mateusz, cichy bohater.

Jak w domu

Pan Józef czuję się już u Otrębiaków jak w domu. Jak zdradza pani Bożena, mama Mateusza, staruszek bardzo lubi przebywać z ludźmi. – Nawet śniadania jemy razem. Zawsze staram się z nim posiedzieć – przyznaje. Kiedy było cieplej na zewnątrz, mężczyzna chętnie przechadzał się po okolicy. Jest bardzo samodzielny. Nie chce, aby w czymkolwiek mu pomagać. Sam dba o siebie i swój pokój. Pani Bożena żartuje, że czasem po kryjomu pomaga mu w sprzątaniu, ale tak, by pan Józef się nie dowiedział. Sam radzi sobie doskonale, a łóżko ścieli na kant, po wojskowemu.

Otrębiakowie stali się teraz jego rodziną. O tej prawdziwej nie chce mówić. Najprawdopodobniej przeszkadzają mu w tym jakieś traumatyczne przeżycia. – Zawsze mówi, że nie pamięta. A on wszystko pamięta, bo pamięć ma dobrą – mówi gospodyni i wyjaśnia, że z relacji księdza z Lubomierza wynika, że rodzice pana Józefa po pierwszej wojnie światowej wyjechali w stronę Lwowa. Tam ślad po nich zaginął, nie ma nawet ich grobów. Pani Bożena przypuszcza, że Józef Kowalczyk mógł być świadkiem tragicznych wydarzeń na Wołyniu.

94-latek miał jeszcze młodszego brata, który najprawdopodobniej popadł w chorobę psychiczną w trakcie wojny. Niestety nie wiadomo, jak potoczyły się jego losy. Z kolei dwie starsze siostry pana Józefa, wypłynęły statkiem do Ameryki.

Skromność

            Weteran jest bardzo skromnym i honorowym człowiekiem. Być może, gdyby nie te cechy, już dawno wróciłby do kraju. – Józiu mówił mi, że kiedy był zjazd młodzieży w Sydney, na którym był nasz papież, to on tam był. Pytałam go, dlaczego nie podszedł wtedy do papieża, żeby pomógł mu przyjechać do Polski. A on jest taki bardzo skromny i mówi mi: „a gdzie tam ja” – opowiada Bożena Otrębiak.

23 listopada przy okazji wizyty na Orawie, prezydent Andrzej Duda odwiedził Józefa Kowalczyka w Orawce. 94-latek ucieszył się, ale jednocześnie też zestresował. Nie czuje się kimś wyjątkowym, nie lubi rozgłosu. Złości się, widząc się w telewizji czy gazetach: – Po co pokazują takiego starego i brzydkiego?

Lubi pierogi i kapustę

            Nadchodzące święta Bożego Narodzenia będą dla pana Józefa wyjątkowe. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie będzie samotny. W Australii towarzystwa dotrzymywały mu najprawdopodobniej tylko ukochane zwierzaki. Miał psa rasy chichuachua oraz kota. Dzięki nim nie musiał wracać z pracy do pustego mieszkania. – Mówił, że zawsze kotek z nim spał – zdradza pani Bożena.

W domu państwa Otrębiaków święta są bardzo rodzinne i tradycyjne. Na Wigilię zjeżdżają dzieci i wnuki. – Choinkę zawsze mamy żywą. Już lepię pierogi z grzybami, z kapustą, uszka. Co roku robię dwanaście potraw, bo zawsze dzieci liczą, czy jest tyle, ile trzeba – wyjaśnia pani Bożena. – Musi być barszcz z uszkami, zupa grzybowa, pierogi, kutia, ryby, gołąbki z kaszy z grzybami, ze śliwkami – wymienia gospodyni. Są to potrawy, których pan Józef nie próbował od lat. Od początku pobytu w Polsce zasmakował w tradycyjnej kuchni. – Józiu bardzo lubi pierogi, ryby, kapustę – mówi Bożena Otrębiak.

            – Kolędnicy się już u nas zapowiadają jedni, drudzy, trzeci, więc nie będzie się mu nudzić. Nawet ostatnio pytał: „Dawniej, przed wojną po wsiach chodzili kolędnicy. Czy jeszcze chodzą?”. A u nas ich chodzi zawsze bardzo dużo: dzieci, oaza, przebierańcy, z muzyką. Więc Józef zobaczy kolędników na pewno – zapewnia mieszkanka Orawki. – Zagląda też teraz przez okno i mówi: „o, jak biało”. Pyta, czy będzie dużo śniegu, a kiedy mówię mu, że czasem zawieje aż do połowy okien, to jest bardzo zdziwiony – śmieje się kobieta. – Mówi, że pamięta śnieg, ale ostatnio widział go we Włoszech w 1944 roku – podsumowuje Bożena Otrębiak, która wraz z rodziną dała staruszkowi nowy dom w ukochanej Ojczyźnie.

 

Na zdjęciu: Rodzina Otrębiaków z panem Józefem Kowalczykiem i prezydentem Andrzejem Dudą Fot.: Jakub Szymczuk/KPRP)

Czytaj „Dobry Tygodnik Sądecki” – kliknij i pobierz bezpłatnie cały numer:

 

 

 

 

 

MAGIK MAŁA
Share on twitter
Share on facebook
INNE POSTY

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zamiast wzruszającego wstępu

Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz

10 lat temu (słownie dziesięć) 30 września ukazał się pierwszy numer „Dobrego Tygodnika Sądeckiego” (zwanego dalej DTS). Z tej okazji dokładnie 10 lat później oddajemy do rąk Czytelników nową odsłonę naszego portalu dts24.pl.

A wracając do jubileuszu, po długiej i burzliwej naradzie nie doszliśmy jednak do porozumienia – cieszyć się czy martwić z tego powodu? Cieszyć, bo to zawsze miło dojść do jakiegoś punktu. Martwić, bo choć wytrwali w marszu, to jednak jesteśmy starsi o dekadę.

Świętowanie jubileuszy pachnie naftaliną starej szafy, a już na pewno muzealną ekspozycją. A do muzeum jeszcze nam niespieszno. To już na cmentarz było zdecydowanie bliżej, wszak jakiś czas temu w konkurencyjnych mediach ukazały się dwa nasze nekrologi. I jak tu nie wierzyć w mądrości ludowe? Mówią, że umarłeś? Wróży ci to długie życie. O tych nekrologach DTS to byśmy już nawet nie pamiętali, ale Jerzy Wideł przypomniał na 27 stronie. Wiadomo, Wideł mieszka najbliżej cmentarza i pasjami czytuje nekrologi.

Zatem jubileusz bierzemy z marszu, bez ckliwych przemówień, ronienia łzy, ani też bez zbędnego zadęcia. Ot, pogrzebaliśmy trochę w starych zdjęciach, pofatygowaliśmy się sprawdzić co słychać u kilku bohaterów tekstów z tamtego 30 września i w zasadzie tyle. No dobrze, poprosiliśmy jeszcze prasoznawców i speców od mediów o krótki wykład, jak to jest z tą prasą lokalną (str. 14-15). Wychodzi na to, że ciągle nieźle. Przedwczesne również okazały się pogłoski o rychłej śmierci papieru jako nośnika różnych treści. DTS oczywiście nie upiera się, że wersja papierowa gazety jest nieśmiertelna i oddamy nie za nią życia. Wszak coraz więcej naszych czytelników wybiera niepapierową wersję gazety. Papier to jednak papier – prestiż i elegancja. A w internecie każdy stragan z jarzynami ma dzisiaj swoją stronę (z całym szacunkiem dla warzyw, powinno się je zjadać trzy razy dziennie).

Trendy są zresztą lekko odwrotne, a przecież wiadomo, że dziś wszelkie trendy wyznacza Facebook. No więc Facebook jakiś czas temu uznał, że dla swoich najlepszych klientów stworzy ekskluzywny, bezpłatny magazyn „Grow”. No, bo papier to prestiż (chyba już wspominaliśmy), a nie byle post na osi czasu. DTS identycznie – dla naszych najlepszych na świecie Czytelników tworzymy ekskluzywny, bezpłatny magazyn. Bo chcemy, żebyście poczuli się docenieni. Czy to nie jest piękne – wcale nie musicie być najlepszymi biznesowymi partnerami Marka Zuckerberga, by ktoś wyłącznie z myślą o Was tworzył ciekawe treści.

No i to by chyba było na tyle, jeśli chodzi o 10-lecie ukazania się pierwszego numeru DTS. Tyle się przez te lata wydarzyło ciekawych rzeczy (najważniejsze przypominamy na str. 16), ale przecież nie będziemy się tu wzruszać minionymi dokonaniami. Wyznajemy raczej starą piłkarską zasadę „Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz”. I cóż z tego, że wygrałeś już 100 meczów. Najważniejsze jest to, czy masz plan, jak wygrać dziesięć i dwadzieścia następnych. Nasze głowy pełne są pomysłów na najbliższe tygodnie i miesiące, potrzebujemy tylko sprzyjających warunków, aby je zrealizować. No i co mamy teraz napisać, że czasy są ciężkie, a przyszłość niepewna. Tyle to wiemy, przecież wszyscy mają pod górkę. A kto akurat ma z górki, też musi uważać, żeby się za mocno nie rozpędzić, bo potem wielkość guza jaki można sobie nabić jest wprost proporcjonalna do osiągniętego rozpędu.

Cieszymy się, że możemy robić dla Was coś ciekawego i pożytecznego. Od 10 lat napędzamy się naszym wrodzonym optymizmem, na równi zresztą jak reklamami, które na naszych łamach zamieszczacie. No i tu trafiamy na błędne koło filozoficznie – nie byłoby tak wielu Reklamodawców, gdyby DTS nie miał tak wielu Czytelników. Nie byłoby tak licznych Czytelników, gdyby Reklamodawcy nie utrzymywali gazety na zadowalającym wszystkich poziomie. Prawda, jaka piękna puenta?

Oczywiście chcielibyśmy Was wszystkich uścisnąć z okazji urodzin, ale pamiętamy, że trzeba zachować dystans społeczny. Nie znaczy to wcale, że podchodzimy do tego wszystkiego z dystansem. Wręcz przeciwnie. Wzruszamy się!

Redakcja DTS

Przeczytaj jubileuszowe wydanie „Dobrego Tygodnika Sądeckiego”: