Nie mogłam okłamać Pana Boga

– Nie wiem, jak zatytułujesz swój artykuł, ale historia, którą spisuję na pamiątkę dla mojego syna, nosi tytuł „Jahwe wysłuchał” – mówi Anna. Ponad dwa lata temu wraz z mężem zdecydowała się na adopcję. – Ale tak naprawdę, ja tę decyzję podjęłam trzydzieści lat temu – opowiada.

Nie potrafi podać dokładnej daty. Nie wie nawet, czy miała wtedy cztery czy już pięć lat. Ale z dokładnością do najmniejszych szczegółów wspomina miejsce, w którym składała przed Bogiem przysięgę.

Przysięgam, że nie będę więcej przysięgać

– Siedzę na podłodze w przedszkolu, pod ścianą, tuż za filarem. Obok mnie stoi wózeczek dla lalek. Spacerówka wyścielona materiałem w grochy – opisuje Anna.

Dodaje, że musiała być bardzo wrażliwym dzieckiem.

– To, co przeżywała wówczas w swojej małej głowie, było tak silne, że moja pamięć tego nie wyparła, choć minęło już tyle lat – mówi.

Mała Ania w samotności analizowała to, co usłyszała tego dnia na katechezie w przedszkolu. Siostra zakonna wyjaśniała dzieciom, co to znaczy składać przysięgę. Przedszkolaki nadużywały bowiem słowa „przysięgam”.

– Przysięgam, że przyniosę jutro cukierki. Przysięgam, że dam ci tę lalkę. Przysięgam, przysięgam, przysięgam, to było na porządku dziennym – śmieje się Anna, wspominając, że w pierwszej chwili po tym, co usłyszała od siostry, miała ochotę pobiec do domu i przynieść rodzynki, które „przysięgała dać koleżance”.

– Siostra wytłumaczyła nam, że gdy się przysięga, to tak jakby na świadka powoływało się Pana Boga. Gdy obiecuję cukierka, a tego nie zrobię, to tak jakbym samego Boga okłamała – opowiada dalej.

Tego samego dnia w przedszkolu, podczas leżakowania, przedszkolanka czytała dzieciom bajki. Anna nie potrafi przypomnieć sobie tytułu, ale opowiedziana historia wywarła na niej wrażenie. To była opowieść o nieszczęśliwej sierocie, która w końcu znajduje radość u obcych ludzi.

– Siedzę później na tym dywanie, pod ścianą, tuż za filarem. Sama. W moim sercu i głowie kotłuje. Wtedy mówię sama do siebie: „Przysięgam, że nie będę więcej przysięgać. Tylko gdy będę wychodzić za mąż. I wtedy, przysięgam, zaadoptuję dziecko”. Powiedziałam to świadomie, wiedząc już, co to słowo znaczy – opowiada Anna, zaznaczając, że tu wątek się urywa. Na dwadzieścia kilka lat.

Proszę się zgłosić, gdy będzie pani w ciąży

Anna i Krzysztof odbywają nauki przedmałżeńskie. Wypełniają zestaw pytań. Każde osobno. Później porównują swoje odpowiedzi. Co zrobisz, gdyby okazało się, że nie możecie mieć dzieci? Oboje, bez większego namysłu, piszą: Adoptuję. I wtedy Anna przypomina sobie scenę z przedszkola. Opowiada narzeczonemu. Śmieją się czule z dziecięcych wyobrażeń.

– Przez myśl nam nie przyszło, że nie moglibyśmy mieć dzieci – przyznaje Anna.

Nawet, gdy od ślubu minął rok, a na świecie nie było jeszcze ich upragnionego maleństwa, nie przejmowali się. Przygotowywali do rodzicielstwa, jakby Anna miała lada dzień zajść w ciążę. Wspólnie nawet ukończyli kurs Szkoły dla Rodziców i Wychowawców. Choć Anna robiła go bardziej z myślą o swoich uczniach. Jest bowiem nauczycielką. A Krzysztof po prostu jej towarzyszył. Za chwilę wiedza mogła mu się przecież przydać. Ale minął kolejny rok i kolejny.

– W końcu zapaliła się nam lampka ostrzegawcza i postanowiliśmy zbadać, w czym tkwi problem – opowiada Anna.

Lekarz odesłał ją do domu, mówiąc: „Proszę się zgłosić dopiero, gdy będzie pani w ciąży”. U Krzysztofa też nie stwierdzono żadnych nieprawidłowości.

– Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy mieli dzieci, więc dlaczego?… – zaczęłam coraz głośniej pytać i coraz częściej przypominać siebie siedzącą na dywanie w przedszkolu. Mój mąż się śmieje, ale ja w tym upatruję pojawienie się w naszym domu synka – mówi Anna.

Opowiada, jak wspólnie z mężem wrócili do rozmów z nauk przedmałżeńskich. Do jednakowych odpowiedzi. Nie kryją, że mieli obawy. Gdy przyszło im się zmierzyć z tematem adopcji, ich wyobrażenia nie wywoływały pozytywnych odczuć. Któregoś dnia jednak po prostu wsiedli w samochód i pojechali do ośrodka adopcyjnego. Odesłano ich z kwitkiem, bo nie mieli nawet pięcioletniego stażu małżeńskiego.

– Przyznam, że przyjęłam to nawet z pewną ulgą, choć w sercu czułam, że adopcja to dobra decyzja. Chciałam jednak, żebyśmy oboje równie mocno tego chcieli. W końcu ja z tą myślą oswajałam się od przedszkola. Krzysiek miał mniej czasu – śmieje się Anna.

Tuż przed Bożym Narodzeniem

Czekali z decyzją kolejne miesiące. Gdy Krzysztof oznajmił, że nie chce już dłużej, znów udali się do ośrodka adopcyjnego. To było niewiele ponad dwa temu. Wiedzieli, jaka czeka ich droga. Testy osobowości, szkolenia, później kolejne testy sprawdzające ich gotowość na adopcję. Tak przez następne kilka miesięcy.

– Mieliśmy również świadomość, że ośrodek długo może szukać naszego dziecka. Chyba jak większość rodziców chcieliśmy zaadoptować niemowlaka. W końcu zadeklarowaliśmy, że przygarniemy dziecko do czterech lat. Na te maleństwa rodzice czekają najdłużej. Nawet kilka lat – mówi Anna.

Mimo to czuła, że w ich przypadku wszystko pójdzie sprawnie. Nawet w szkole oznajmiła, żeby szykowali za nią zastępstwo, bo niebawem pójdzie na macierzyński.

Tuż przed Bożym Narodzeniem na ekranie telefonu komórkowego wyświetlił się jej numer ośrodka adopcyjnego. Zamarła. Nie wierzyła, że aż tak szybko sprawy się potoczą. Przecież dopiero co skończyli z mężem szkolenia.

– Odbieram z drżącym sercem, a pani z ośrodka grzecznie pyta mnie, czy nie zaśpiewam psalmu na spotkaniu rodzin adopcyjnych – śmieje się Anna na wspomnienie o tym, jak w kilka sekund potrafiła sobie wyobrazić przyjście ich dziecka w samo Boże Narodzenie. – To było takie piękne. Nie przypuszczałam, że historia, która nas miała spotkać za kilka miesięcy będzie jeszcze piękniejsza – mówi tajemniczo.

Kolejny telefon z ośrodka adopcyjnego odebrała pół roku później. Na drugi dzień już przedstawiono im Szymka. Chłopczyk miał cztery miesiące. Przebywał u rodziny zastępczej, w oczekiwaniu na przyszłych rodziców.

Dlaczego większą czułość mam do kota

– Ach, ile razy wyobrażałam sobie tę chwilę! Zobaczę maleństwo i od razu poczuję, że ono jest moje – wspomina Anna. – Tymczasem nic z tych rzeczy. Szymek, miałam wrażenie, robił wszystko, by nas do siebie zniechęcić. Płakał, gdy tylko któreś z nas wzięło go na ręce – opowiada.

Chłopiec uspokajał się, gdy przytulała go zastępcza mama. Jego reakcja uspokajała z kolei Annę.

– To przecież zdrowy odruch dziecka, które już od małego buduje więzi – mówi.

Poznając krótką przeszłość Szymka, mogła obawiać się, że chłopiec będzie mieć z tym trudności. Zresztą w ogóle obaw mogło być więcej. Ale Anna i Krzysztof mimo to byli już zdecydowani. Szymon jest ich i koniec.

– Tylko martwiło mnie, że ja wciąż patrzyłam na niego i, mam wrażenie, nie czułam tego… co powinnam. Niby byłam w stu procentach przekonana, że chcę, by Szymon był naszym synem, ale… – próbuje wyjaśnić Anna.

W końcu macha rękę i stwierdza, że najlepiej jej odczucia zobrazowała mama zastępcza Szymona. Opowiedziała Annie swoją historię, gdy po raz pierwszy w jej rodzinie zastępczej pojawiło się obce dziecko. Położyła niemowlaka na wersalce. Tuż obok leżał jej kot.

– Patrzyła to na maleństwo, to na kota, pytając sama siebie: „Dlaczego ja większą czułość mam do mojego kota, niż do tej małej istoty”. Wtedy zrozumiałam, że, aby pewne rzeczy stały się oczywiste, potrzeba czasu – mówi Anna.

Dziś nie ma problemów z nazwaniem swoich uczuć. Kocha swojego syna i wie, że właśnie on był im przeznaczony.

– Podpisując dokumenty adopcyjne, nie mogliśmy uwierzyć w zbiegi okoliczności. Data, jaka widnieje na piśmie stwierdzającym, że Szymon może iść do adopcji, to dzień urodzin Krzyśka. A akt urodzin Szymona sporządzono w dzień moich urodzin – opowiada Anna.

Jahwe wysłuchał

Niedługo później odbyły się chrzciny. Rodzice nie zmienili dziecku imienia, choć niemal wszyscy w rodzinie na to nalegali. Twierdzili, że chłopiec powinien nosić imię nadane przez rodziców, a Szymona tak nazwał urzędnik. Anna i Krzysztof nie mieli jednak nic przeciwko. Imię Szymon spodobało się im od razu i nie chcieli niczego zmieniać.

– Gdy napisałam koleżance z pracy, że nasz synek jest już z nami w domu, zapytała, jak ma na imię. Odpisałam, a ona na to, czy wiem, co ono znaczy. Szymon znaczy… Jahwe wysłuchał – kończy swą opowieść Anna.

*Imiona rodziców zostały zmienione

Fot. Ilustracyjne Pixabay

Czytaj „Dobry Tygodnik Sądecki” – kliknij i pobierz bezpłatnie cały numer:

 

JULAPO
Share on twitter
Share on facebook
INNE POSTY

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

[mailpoet_form id="1"]