Tak jestem zaprogramowany, że się nie załamuję

Władysław Lorek nie widzi od urodzenia, ale o tym dowiedział się dopiero, gdy trafił do szkoły. Przez siedem lat rodzice nie zorientowali się, że ich syn urodził się z wadą wzroku. Nauczyciele też tego nie spostrzegli od razu. - Jak się wychowywało z jedenaściorgiem rodzeństwa, to od małego trzeba było nauczyć się walczyć o swoje – śmieje się dziś 52-latek, który teraz walczy o lepszy byt dla innych niewidomych.

Drzwi wejściowe do kamienicy przy ul. Pijarskiej w Nowym Sączu od zawsze się nie zamykają. Tu swoje biuro ma senator Stanisław Kogut. Ale po tym, jak popadł w niełaskę i został zawieszony w prawach członka partii rządzącej, już nie do niego ustawiają się tam kolejki. Teraz ludzie szukający pomocy oblegają lokal Władysława Lorka, który notabene omal nie znalazł się na listach Prawa i Sprawiedliwości do Rady Miasta w Nowym Sączu.

Prezydent w tekście

- Zaproponowali mi miejsce na listach PiS, ale jak powiedziałem, że ja chcę wejść do rady, by pomagać takim jak ja, to chyba uznali, że się nie nadaję – śmieje się Władysław Lorek, prezes Fundacji Pomagam Niewidomym.

Nie kryje, że najlepiej czuje się w swoim środowisku.

- Dlatego tak bardzo mi zależało, żeby otworzyć ten gabinet – mówi.

 

Inny punkt widzenia

Fundacja dzięki środkom, jakie udało się pozyskać z funduszy unijnych, zakupiła sprzęt, który pomaga zwalczać bóle stawów, mięśni czy rwę kulszową. Ale najważniejsze jest, że otwarcie gabinetu wiązało się z zatrudnieniem aż pięciu osób niewidomych, którzy zajmują się masażem.

- Ja ten zawód wykonuję od lat. Uważam, że to najlepsze zajęcia dla niewidomych. Bardzo mi więc zależy, żeby ich zaktywizować. Mnie to nawet wkurza, jak widzę, w moim wypadku to pewnie niewłaściwe słowo [śmiech], ludzi, którzy nic nie robią z powodu swojej wady. A jeszcze bardziej wkurzam się, jak ktoś mi mówi, że jestem niepełnosprawny – mówi Władysław Lorek.

Widzi w dziesięciu procentach. Wyjaśnia, że w szkołach dla niewidomych na tyle udało się go zrehabilitować, że potrafi domyślać się przedmiotów, których kształty są w jego oczach zupełnie rozmyte.

- Widzi pani to krzesło czarne w rogu gabinetu? – Lorek wskazuje palcem. - Gdybym  wchodził pierwszy raz do tego pomieszczenia, widziałbym tu tylko coś czarnego – wyjaśnia.

Władysław Lorek dopiero w wieku siedmiu lat dowiedział się, że jego punkt widzenia jest inny od wszystkich wokół niego. Nawet rodzice nie zwrócili uwagi, że ich syn ma poważne problemy ze wzrokiem.

- Pamiętam, jak upadły mi na ziemię pieniądze i nie mogłem ich znaleźć, a tata zaczął na mnie krzyczeć, że jestem niezdara – wspomina Władysław Lorek. - Takie to były czasy. Dzieci były mądrzejsze od dorosłych. Na podwórku śmiały się ze mnie i przezywały ślepy, a starsi nic nie widzieli. Nawet pani w szkole okazała się pod tym względem dość prymitywna – dodaje.

Dopiero po dwóch miesiącach nauki w podstawówce w Trzetrzewinie, skąd pochodzi, nauczyciele zauważali, że mają do czynienia z niewidomym dzieckiem. Do tego czasu mały Władek dostawał linijką po łapach za krzywe litery i słabe czytanie.

- Nie widziałem liter, więc prosiłem kolegów o pomoc. Podpowiadali mi i jakoś szło. Kombinowałem jak mogłem, bo przecież nawet nie miałem świadomości, że nie widzę – mówi Władysław Lorek, przyznając, że tak mu już zostało z tym kombinowaniem. - Choć dziś lepiej mówić o zaradności. Trudno nie być zaradnym, gdy ma się jedenaścioro rodzeństwa, jest się małym, nie widzi się, a trzeba się najeść z jednej miski. Bo więcej w domu nie było. Bieda piszczała z każdego kąta – opowiada.

 

Biznesmen z białą laską

Luksów zaznał w Krakowie, gdzie został skierowany do specjalnej szkoły dla niewidomych. W końcu miał bieżącą wodę, prąd, swoje łóżko i dostęp do nowinek technicznych, jak magnetofon. Przeżył szok, związany - jak mówi -  „z przeskokiem cywilizacyjnym”. Szybko jednak dostosował się do nowej rzeczywistości i stał liderem wśród kolegów ze szkoły.

- Może dlatego, że byłem najstarszy. Zanim mnie zdiagnozowano, trochę czasu minęło. Więc do pierwszej klasy trafiłem, gdy miałem dziewięć lat i byłem najsilniejszy w grupie – wspomina Lorek.

Był nie tylko silny, ale i sprytny. Obracając się wśród dzieci, które o swój dobrobyt nie musiały zabiegać, bo od rodziców otrzymywały wszystko, nie chciał czuć się gorszy. W przeciwieństwie do wielu sobie podobnych, swoją wadę potrafił przekuć w sukces.

- Moi rodzice nigdy nie przesyłali mi pieniędzy, bo i skąd. Pożyczyłem więc raz od swoich bogatych kolegów z klasy, zabrałem białą laskę i poszedłem w miasto. Jeszcze tego samego dnia oddałem dług – Władysław Lorek opowiada, jak będąc w szóstej klasie, zaczął rozkręcać swój pierwszy biznes.

To były lata 80. Półki w sklepach świeciły pustkami. Ludzie stali w gigantycznych kolejkach po wszelkie artykuły spożywcze, nigdy nie mając pewności, że uda się im je zdobyć. Osoby niepełnosprawne czy kobiety w ciąży były jednak w uprzywilejowanej pozycji. Obsługiwano ich poza kolejnością.

- Akurat był zrzut pralin Wedla. W tamtych czasach rarytas, bo zwykle dawano wyroby czekoladopodobne. Kupiłem więc tyle, na ile budżet puszczał, a później sprzedałem wychowawcom w szkole. Oczywiście dwa razy drożej – śmieje się.

W ten sposób zarabiał również w Laskach pod Warszawą, gdzie kontynuował naukę w znanym ośrodku dla niewidomych, prowadzonym przez siostry zakonne. Uczył się tam na masażystę.

- Moi koledzy razem ze mną rozwijali ten biznes. Niestety skończyło się fiaskiem, gdy jeden z nich poznał pewnego narkomana. Chwalił się, że ma ciotkę w Wedlu i naobiecywał, że ona załatwi nam towar. Daliśmy mu wszystkie pieniądze. Nie muszę chyba dodawać, że poszły, ale raczej nie na nasz towar – mówi Lorek.

 

Wypełnić pustkę

Dla niego była to nauczka, ale nie przejął się zbytnio stratą. Wiedział już, że jest w stanie ją odrobić, otwierając kolejny biznes, który zresztą rozwija do dziś. W szkole odbywał praktyki w szpitalach, masując pacjentów.

- Gadane to miałem zawsze, więc łapałem kontakt z tymi pacjentami, a gdy wychodzili ze szpitala jeździłem wieczorami już do nich do domów, by ich masować. Siły w rękach to mi nigdy nie brakowało, więc klientów miałem zawsze dużo – mówi Władysław Lorek.

Nie inaczej było po jego powrocie w rodzinne strony. Zamieszkał w Nowym Sączu, gdzie otrzymał mieszkanie i założył rodzinę. Swoją przyszłą żonę poznał jeszcze w Laskach. Była studentką pedagogiki, do niewidomych przyjeżdżała jako wolontariuszka czytać im książki. Kiedy Władysław Lorek wrócił do Nowego Sącza, odwiedzała go przy okazji wyjazdów w góry.

- I tak to przerodziło się w małżeństwo – uśmiecha się Władysław Lorek.

Zatrudnił się w przychodni przy Kazimierza, później dodatkową pracę złapał w przychodni wojskowej przy Żółkiewskiego, gdzie zresztą do dziś pracuje. W międzyczasie wykonywał też zabiegi prywatnie.

- Praca zawsze mnie znajdzie, jej i pieniędzy miałem zawsze pełno. Moje dzieci miały wszystko, tylko... - Władysław Lorek zawiesza głos. - Została mi tylko córka – mówi.

Nie chce się nad sobą użalać. Wyjaśnia krótko w żołnierskich niemal słowach, że synowie zmarli w identycznych okolicznościach w odstępie dwóch lat. Jeden w wieku 16 lat podczas imprezy sylwestrowej, drugi miał 18 lat. Koledzy przyprowadzili go do domu po urodzinach w ciężkim stanie. Zmarł w drodze do szpitala.

- Wszyscy podejrzewali, że przedawkowali narkotyki, a sekcja zwłok poza śladową ilość alkoholu nic nie wykazała. Mógł zabić ich kieliszek wódki, bo mieli – choć to tylko moje podejrzenie – porfirię, genetyczną chorobę, która może ujawnić się dopiero pod wpływem jakiegoś czynnika zewnętrznego – mówi Lorek.

To po śmierci pierwszego syna, w 2013 roku zdecydował o założeniu Fundacji Pomagam Niewidomym, która pod swoją opieką ma już ponad 60 osób. Teraz mogą dodatkowo korzystać z darmowych zabiegów w nowym gabinecie.

- Człowiek musi jakoś wypełnić pustkę. Może tak jestem zaprogramowany, że nie załamuję się. Nie widzę takiej potrzeby. Spełniałem się jako ojciec, dziś mam okazję spełniać się pomagając innym niewidomym – mówi.

 

Taki problem, to nie problem

 

Ze śmiechem dodaje, że niebawem będzie musiał rozszerzyć nazwę fundacji na Pomagam Niewidomym i Głuchym.

- Na pewno pani zauważyła, że musi do mnie mówić głośniej? - stwierdza.

Opowiada, że miał przewlekłe zapalenie ucha. Dwa miesiące temu dał się w związku z tym namówić na operację. Niestety podczas zabiegu lekarz uszkodził mu słuch w lewym uchu.

- Wkurzało mnie to, ale już się nauczyłem, że aby dobrze słyszeć, muszę ustawiać się do ludzi prawą stroną – śmieje się i macha rękę. - Taki problem, to nie problem. Ludzie mają większe.

Czytaj "Dobry Tygodnik Sądecki" - kliknij i pobierz bezpłatnie:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TRADYCJATEXT

1 comment

Wypowiedz się w tej sprawie