Sycylijskie serce, sądecka wytrwałość. Opowieść o marzeniu Staszka, które cofnęło czas

Sycylijskie serce, sądecka wytrwałość. Opowieść o marzeniu Staszka, które cofnęło czas

Są w historii Sądecczyzny opowieści, które brzmią jak gotowy scenariusz filmu, bo mają w sobie wszystko: wielkie wizje, morderczą pracę w pocie czoła, miłość, tąpnięcia historii, dekady mroku i wreszcie – finał, który można ubrać w metaforę „feniksa” odradzającego się z popiołów. Opowieść o Żegiestowie-Zdroju i rodzinie Cechinich taka właśnie jest. A w ramach bonusu zostawia w głowie myśl, że sycylijski temperament połączony z sądecką wytrwałością potrafią przenieść góry. Dosłownie, bo wszystko zaczęło się od drążenia w litej skale…

Gdyby rzeka Poprad potrafiła opowiadać, powstałby fascynujący audiobook do słuchania przez długie tygodnie. Bo widziała wszystko: rozkwit uzdrowiska, do którego zjeżdżała śmietanka towarzyska II Rzeczpospolitej, architektoniczny geniusz prof. Adolfa Szyszko-Bohusza, który w dziką dolinę wkomponował wielkomiejski modernizm, a wreszcie – całkowitą katastrofę. Przez ponad dwie dekady wybite szyby dawnych sanatoriów straszyły pustką, tynk płatami odpadał z niegdyś zachwycających budowli, a Żegiestów przypominał miasteczko duchów, o którym zapomniał świat.

Dzisiaj, spacerując odnowionymi alejkami uzdrowiska, trudno uwierzyć w ten czas mroku. Żegiestów przyjmuje kuracjuszy i oferuje im europejski standard leczenia i relaksu. Żeby jednak w pełni zrozumieć, jak to się stało, trzeba cofnąć czas do połowy XIX wieku.

Z ziemi włoskiej do Polski

Trudno wyobrazić sobie, czym byłaby Sądecczyzna, gdyby w głowach wiedeńskich planistów nie zrodził się szalony pomysł przebicia żelaznego szlaku przez góry.

Już w 1870 roku w Wiedniu ustalono przebieg kolei tarnowsko-leluchowskiej, a dwa lata później inwestycja otrzymała ostateczne zielone światło. W 1873 roku ruszyły prace, które miały przebić żelazny szlak przez góry. Przedsięwzięcie było gigantyczne, wymagające inżynieryjnej wiedzy, której na miejscu często brakowało, więc do pracy przy austriackiej inwestycji ściągnięto specjalistów z południa Europy. Z sycylijskiej Katanii, prosto w surowe, karpackie zimy, przyjechał Franco Cechini.

Pradziadek dzisiejszych właścicieli uzdrowiska był budowniczym. Wraz z kilkudziesięcioma swoimi rodakami podjął wyzwanie drążenia tunelu w Andrzejówce pod górą Czerhlą oraz tunelu w samym Żegiestowie. Warunki były ekstremalne. Wielu włoskich robotników zostało w dolinie Popradu na zawsze. Cmentarz w Andrzejówce stał się miejscem wiecznego spoczynku dla ponad 70 przybyszów z południa Europy. Część z nich zmarła z dala od ojczyzny, według rodzinnych i lokalnych przekazów także w czasie późniejszych epidemii.

Franco przeżył. Nie dał się górze, nie dał się zarazie. Co więcej, na tej polskiej, trudnej ziemi znalazł coś znacznie ważniejszego niż zarobek: miłość. Ożenił się i osiadł tu na stałe. Pasją Włocha była muzyka i sztuka, ale w genach przekazał swoim potomkom przede wszystkim etos ciężkiej pracy i budowlany fach. Jego syn, a potem wnuk – kontynuowali rodzinną tradycję. Trzy pokolenia budowlańców szykowały grunt pod coś, co miało stać się życiowym dziełem czwartego pokolenia.

Złota era Żegiestowa-Zdroju

Kiedy w sierpniu 1876 roku, przy dźwiękach hymnu „Boże wspieraj, Boże ochroń cesarza”, na stację w Nowym Sączu wjechał pierwszy pociąg, dla Żegiestowa otworzyło się okno na świat. Samo uzdrowisko istniało już wcześniej. Jego twórcą był węgierski szlachcic Jakub Ignacy Medwecki, który w 1846 roku, szukając miejsca na kąpieliska w Muszynie, odkrył w Dolinie Szczawnego Potoku źródła wody mineralnej (nazwane później „Anną” na cześć jego żony).

Kolej sprawiła jednak, że rozwój nabrał lawinowego tempa. Zaczęły powstawać pensjonaty z łazienkami i cała zdrojowa infrastruktura. Żegiestów zdobył renomę. Po śmierci Medweckiego i serii zawirowań majątkowych na przełomie wieków, nad kurortem zebrały się jednak ciemne chmury. Potrzebował doinwestowania, bo konkurencja nie spała.

W grudniu 1920 roku do akcji wkroczyli polscy przedsiębiorcy, prawnicy i lekarze, którzy zawiązali spółkę „Żegiestów-Zdrój”. Prezesem został Jędrzej Krukierek, postać nietuzinkowa, burmistrz Krosna, przemysłowiec i wizjoner. Do spółki weszli ludzie z kapitałem i z pomysłem. Spółka budowała z rozmachem. W 1929 roku stery przejął syn Jędrzeja, Kazimierz Krukierek, który kierował uzdrowiskiem aż do wybuchu II wojny światowej. W tym czasie powstawały luksusowe wille: „Warszawianka”, „Elżka”, „Zamek”, „Orlątko”. Ale perłą w koronie, inwestycją, która ustawiła Żegiestów w architektonicznej awangardzie Europy, były Nowy Dom Zdrojowy oraz Sanatorium „Wiktor”.

Ten pierwszy, wzniesiony został w drugiej połowie lat 20. według projektu prof. Adolfa Szyszko-Bohusza, architekta, który odnawiał Wawel. Zbudowany na skarpie, imponujący modernistyczną, prostą, ale elegancką bryłą, stał się sercem uzdrowiska. Wybudowany w latach 30. „Wiktor”, stworzony dla pracowników Koncernu Naftowego „Małopolska”, był krzykiem nowoczesności. Posiadał obrotowe leżalnie, w których kuracjusze łapali słońce, a przeszklone fasady wpuszczały do wnętrz otaczającą przyrodę.

W latach 30. Żegiestów był zadbany, modny i ekskluzywny. Dumnie zjeżdżali tu bogaci mieszkańcy Warszawy, Krakowa, Śląska. Niestety, do gry brutalnie wkroczyła historia.

Mroczne dekady i dekret, który zabił kurort

Nastał czas dewastacji – najpierw z rąk okupanta niemieckiego, potem w wyniku grabieży. Ale prawdziwy wyrok śmierci na prywatną, prężnie działającą inicjatywę zapadł jeszcze później. Władze PRL upaństwowiły przedsiębiorstwo uzdrowiskowe. W 1948 roku majątek przedwojennej Spółki „Żegiestów-Zdrój” przejął Skarb Państwa. Obiekty eksploatowano, ale rzadko należycie konserwowano. Dzieła zniszczenia dopełnił rok 1989. Paradoksalnie, odzyskanie przez Polskę wolności dla wielu mniejszych uzdrowisk oznaczało wyrok. Spadkobiercy przedwojennych właścicieli rozpoczęli heroiczną batalię o zwrot mienia, a państwowa machina mieliła powoli. Żegiestów popadał w ruinę. Sanatorium „Wiktor” i Nowy Dom Zdrojowy niszczały. Ze ścian odpadał tynk, wiatr hulał po opuszczonych korytarzach, a pijalnia wód zarastała mchem.

Przez blisko dwie dekady wydawało się, że z tej agonii nie ma ratunku.

Sentyment, woda i wielki powrót Cechinich

Wtedy historia zatoczyła epickie koło. Na scenę, a raczej na place budowy w dolinie Popradu, wkroczyło kolejne pokolenie rodu Cechinich: bracia Stanisław i Józef Cechini z Muszyny.

Jak mówi Stanisław – wszystko zaczęło się od marzenia i od… Matki Boskiej.

Żegiestów był „jego miejscem” na długo, zanim stał się jego właścicielem. Jako mały chłopak biegał do mamy, która pracowała jako szefowa kuchni w żegiestowskim „Prometeuszu”, na przepyszne ciepłe bułeczki z marmoladą. Później, jako młody chłopak, bratał się z kuracjuszami, którzy tłumnie przyjeżdżali do Żegiestowa. W jego pamięci mocno zakorzeniły się wspomnienia z czasów, gdy wszystko w tej kameralnej miejscowości pełne było muzyki, gwaru, tańca, życia i sentymentów…

Jeden z nich przed wieloma laty zagnieździł się w Staszkowym sercu, gdy zatrzymał się pod figurą Matki Boskiej w Żegiestowie-Zdroju i przeczytał wiersz, który do dziś recytuje z pamięci:

Umęczona długą kamienistą drogą Przystanęła Matka Boska pod górką ubogą. Stanęła na jej stoku i miłości wzrokiem objęła okolice wokół. Polne dzwonki zadrżały, siwe brzozy się zlękły Buki zgięły korony i w milczeniu uklękły. Przyszły lisy i łania, stara sowa kaleka nawet pszczół leśnych granie. Lecz zabrakło człowieka.

Tak mnie ten wiersz zainspirował, że zacząłem kupować tutaj co się dało… wszystkie działki i domy – wspomina  Stanisław Cechini.

Wraz z bratem Józefem najpierw wyremontowali pochodzący z 1936 roku budynek sanatorium Wiktor na Łopacie Polskiej, który w 2009 r. odkupili od Funduszu Wczasów Pracowniczych. Figura nad deptakiem w Żegiestowie-Zdroju postawiona w tym miejscu w 1933 roku i ufundowana ze składek przedwojennych kuracjuszy stoi na swoim miejscu nadal.

Po „Wiktorze” przyszła kolej na następne budowle – w tym na serce Zdroju – Nowy Dom Zdrojowy. Bracia Cechini odkupili go w 2015 r. od spadkobierców ostatniego właściciela Jędrzeja Krukierka.

Ale ja tego wszystkiego nie traktuję w kategoriach majątku… To dla mnie czysty sentyment – mówi cicho Stanisław. – Tutaj, w Andrzejówce się urodziłem, tutaj tunel kolejowy budował mój pradziadek Franco, patrzyłem na tę ruinę ze zgrozą, a przecież tutaj jest tak pięknie…

Misja, którą wielu uważało za szaleństwo – odbudowa całkowicie zrujnowanych, wpisanych do rejestru zabytków molochów – wymagała inżynieryjnego kunsztu i morza gotówki. Z początku marzenie Stanisława brzmiało jak mrzonka. Dziś jest faktem.

Żegiestów znów zachwyca

Obietnica została dotrzymana, a skala tego, co się wydarzyło nad Popradem, zapiera dech. Dziś Żegiestów-Zdrój to znów działające uzdrowisko, które umiejętnie łączy historyczny sznyt z najnowocześniejszymi technologiami medycznymi.

Sanatorium „Wiktor” (dziś znane jako Wiktor Cechini Medical & Spa) działa na pełnych obrotach. Budynek stojący na słynnej Łopacie Polskiej jest wizytówką kurortu. W środku kuracjusze mają do dyspozycji nie tylko pięknie odrestaurowane, modernistyczne wnętrza, ale przede wszystkim potężne zaplecze rehabilitacyjne. Kryty basen z systemem hydromasaży, grota solna, strefa saun, nowoczesna siłownia – to tylko podstawa. Uzdrowisko przyjmuje gości komercyjnych i pacjentów z NFZ.

Jednak finalnym symbolem wskrzeszenia Żegiestowa-Zdroju jest przywrócenie do życia Domu Zdrojowego. Po prawie ćwierćwieczu opuszczenia, wielomilionowych nakładach i dekadzie skomplikowanych prac budowlano-konserwatorskich, znów przyjmuje gości. Przywrócono przedwojenną, modernistyczną elegancję w każdym detalu: od balustrad, przez stolarkę, aż po elewację. Stojąc dziś przed Nowym Domem Zdrojowym, można poczuć się jak w 1935 roku, z tą różnicą, że wewnątrz czeka na gości SPA na najwyższym światowym poziomie.

Ożyła również słynna Pijalnia „Anna”. Znowu można się tu napić znakomitych szczaw. Ukryta w leśnej dolince, w otoczeniu starych drzew, z dala od zgiełku miasta, jest miejscem magicznym. Wypicie w tym anturażu kubka wody o silnym stężeniu żelaza, wapnia i magnezu działa na wyobraźnię i ciało.

Dzisiejszy Żegiestów stawia na naturę. Cechini świetnie rozumieją, że największym atutem tego miejsca, poza wodą, jest cisza. W odróżnieniu od gwarnej Krynicy czy Szczawnicy, tutaj przyjeżdża się po absolutny spokój i cyfrowy detoks. Bliskość meandrującego wokół Łopaty Polskiej Popradu potęguje to wrażenie. Zaraz obok sanatoriów przebiegają najpiękniejsze ścieżki rowerowe południowej Polski, na czele z flagową trasą EuroVelo. Odremontowano szlaki górskie (choćby ten prowadzący na Bacówkę nad Wierchomlą), a w ambitnych planach jest nawet przywrócenie kuracjuszom dawnej, legendarnej kamiennej plaży nad Popradem.

Zamiast puenty

Stanisław Cechini od lat słynie ze swojego operowego głosu. Znajomi żartują, że gdyby miał czas na szlify wokalne, z powodzeniem konkurowałby z gwiazdami światowych scen.

Woda wspaniale działa na struny głosowe – śmieje się biznesmen. – Każdy śpiewak powinien ją mieć pod ręką.

Kiedy dziś z tarasów Domu Zdrojowego słychać szum rzeki i śpiew ptaków, może pojawić się myśl, że z Żegiestowem jest trochę podobnie jak z wielkim operowym dziełem. Akt pierwszy był dramatyczny – z sycylijskim pradziadkiem wykuwającym tunel w skale za czasów cesarza Franciszka Józefa. Akt drugi to blask II RP i bolesny upadek. Ale akt trzeci, finałowy – ten, który pisze się na naszych oczach – to triumf wirtuozerii i uporu.

Ktoś udowodnił, że można cofnąć czas, że szacunek do historii, kapitał i żelazna, budowlana konsekwencja potrafią wskrzesić z martwych miejsce, na którym inni postawili krzyżyk.

Żegiestów-Zdrój wrócił na mapę.

Pobierz ZA DARMO najnowsze wydanie dts24 w wersji elektronicznej:

Filmoteka dts24

217 Videos