Scena Emaus: Beskid Wyspowy, kolęda i jazz [RELACJA]

Scena Emaus: Beskid Wyspowy, kolęda i jazz [RELACJA]

Żenada. Nie ma to jak szykować się na spotkanie z muzykami, którzy wśród eklektycznych duchem i pomysłem duetów funkcjonują jako swoisty top i kwintesencja tego wszystkiego, czego jestem entuzjastą. Z artystami, których cenię i szanuję, choć nigdy nie miałem okazji zobaczyć na żywo (to znaczy nie w duecie, lecz w trio, dawno temu i nieprawda), i zaliczyć przy tym niemałą wtopę.

Zaproszony przez pana Roberta Opokę, dyrektora Domu im. św. Brata Alberta w Nowym Sączu i zarazem wspaniałego inicjatora Sceny Emaus, na koncert Surreal Players właśnie, wbiłem na backstage z ich ostatnim krążkiem „Ideogram” w dłoni i z prośbą o jego ich autografami wzbogacenie. Magda Pluta i Krystian Jaworz podpisują płytkę, a ja wypalam, czy będzie klasycznie czy elektronicznie? Jaworz zdziwiony odpowiada, że ogólnie to klasycznie, choć zagra wyjątkowo na Rhodesie. Odpowiadam, że to świetnie i czy w takim razie będę miał przyjemność posłuchać „Thoughts of Her Choices”, my personal fave z ich LP „Heat of Her Bed”. Magda Pluta odpowiada, że nie, bo to nie ich utwór jest – nie ich album też, ale dadzą z siebie maksa i postarają się wyrównać braki kompozycjami z tego mniej lubianego przez mnie, ale za to ich autorskiego repertuaru.

Magda Pluta | fot. Marian Krzymiński

O tym jak z backstage’u schodzi się pokonanym wiedziałem tego wieczoru tylko ja. Taka sytuacja, że dwie zupełnie niezależne od siebie grupy wykonujące muzykę instrumentalną wpadają na pomysł nazwania się w ten sam sposób, nie musi dziwić, ale że funkcjonują na streamingach pod jednym rekordem, to już insza inszość, choć w żaden sposób nie tłumaczy mojej wtopy. Niewiele brakowało, a zaorałbym się po raz drugi, kiedy to skręcając swoją lustrzankę kątem oka zobaczyłam pana Mariana Krzymińskiego. Aparat z miejsca wylądował w torbie, a ja podszedłem się przedstawić. Ten wieczór nie zaczął się tak jak sobie to zaplanowałem, ale ale do rzeczy.

Piątkowy koncert Surreal Players w składzie: Magda Pluta (wiolonczela) i Krystian Jaworz (Fender Rhodes) został rozegrany na subtelnościach, które wchodziły głęboko pod skórę. Dosłownie. Nie od dziś wiadomo, że muzyka może oddziaływać na odbiorcę częstotliwością drgań lub natężeniem. Nie tylko na zmysł słuchu, ale ciało w sensie ogólnym. To, co zaprezentowali swoim setem było nie tyle zjawiskowe, co zjawiskowo fizykalne: mięśniem wzruszał rytm, oddech pompowały harmonie, z kolei emocje rozciągała melodia – podziałało to na mnie, choć skądinąd wiem, że nie byłem w tym odczuciu odosobniony.

Krystian Jaworz | fot. Marian Krzymiński

Z poziomu „szkiełka i oka” występ duetu nie był przeintelektualizowany i w gruncie rzeczy lekki. Po konferansjerce i zapowiedzi zespołu przez mistrza ceremonii pana Opokę, wieczór rozpoczęło intro Krystiana Jaworza pt. „Długa podróż” i modulująca – przeobrażająca się z każdym kolejnym wykonaniem live, kompozycja „U Słonia (Bolero)” autorstwa Magdy Pluty. Warto zaznaczyć, że koncert toczył się repertuarem własnym, głównie z płyty „Ideogram” (2019), ale i tym inspirowanym muzyką regionalną Beskidu Wyspowego, która z pułapu adaptacji w luźno zdefiniowanym kontekście jazzowym, została zaprezentowana na przykładzie dwóch tytułów: „Jedną dolinecką” w aranżacji wspólnej oraz tematem „Ogrobek”. Set dopełniły ponadto: niedoszła kolęda na zamówienie, czyli przepiękny „Drive 28 – Winter”, „Highlander”, „Lifesaver” i „Cottage” – również z płyty, otwarcie do utworu „Host” oraz „Nomad” (w opinii Pluty „smutne intro do nie najsmutniejszego utworu” autorstwa Jaworza). Na bis natomiast zapodano jazzującą pastorałkę „Oj, maluśki, maluśki”.

Ich występ rozwijał się niespiesznie, ale sięgał głębokich struktur harmonicznych, doświadczeń muzyki jazzowej, ludowej i współczesnej. Jako duet nie starali się być na siłę nowatorscy, raczej z szacunkiem i namaszczeniem do tradycji postanowili zaznaczyć w niej swoje temperamenty, autorską sygnaturę i akcenty. Kompozycje, które przenikały metraże Sceny Emaus, z każdą drobinką roztańczonego pyłu ich twórczych światów, były zaledwie pretekstem do improwizacji, które wciągały jakością sonorystycznych wtrętów w wykonaniu Pluty. Jaworz natomiast zawoalowanie odbijał piłeczkę, nie epatował techniką, ile wyobraźnią. To wielki poszukujący indywidualista, artysta żyjący swoim życiem, wymykający się szablonom (a może funkcjonujący obok nich?), grający w sposób stonowany, liryczny i z niesamowitym, hipnotyzującym efektem.

Surreal Players | fot. Marian Krzymiński

Bonnie i Clyde, ogień i lód, orzeł i reszka. Jedność. Piątkowy koncert przekonał mnie przede wszystkim na poziomie autentyczności, szczerości wypowiedzi muzycznej – emocji i pomysłu. Surreal Players to duet artystów, którzy są wierni sobie. Nie byłoby ich, gdyby tego nie czuli, gdyby nie było między nimi chemii, gdyby coś się rozjeżdżało. Nie podtrzymywaliby się sztucznie, gdyby poprzez to, co robią nie mieli nic do powiedzenia lub mieliby grać wyłącznie na zasadzie chałtury. Myślę, że w tym zawiera się ich wielka szczerość, wierność sobie i zwrotnie: nasza – im. Promieniująca, tak zwyczajnie. Ludzko. Dobrze.

Fot. Marian Krzymiński

Share on twitter
Share on facebook