Rozmowa z Robertem Koszuckim, którego rodzina pochodzi z Krynicy – aktorem teatralnym, telewizyjnym i filmowym. Obecnie można go oglądać m.in. w serialu „Młode gliny”. Mister Poland 1997.
– Zastanawialiśmy się wczoraj, kiedy ostatni raz udzielałeś wywiadu do DTS? Sprawdziłem precyzyjnie: dziewięć lat i jeden dzień temu. 3 marca 2017 r. Chciało by się powiedzieć banalne: „czas leci”.
– Hm… A o czym wtedy rozmawialiśmy?
– Z Jolą Bugajską rozmawialiście o „Tańcu z gwiazdami”.
– A tak! Lata minęły, a taniec pozostał. Teraz mój ojciec spotkał się z Tomaszem Zimochem i wysłał mi ich wspólne zdjęcie. Prosiłem, żeby go pozdrowił, w końcu tańczyliśmy dziewięć lat temu w jednym programie.
– Jeszcze jeden materiał z Tobą w DTS znalazłem. Pochodzi z 2011 r. Mówisz w nim m.in. takie zdanie: „Ostatni raz w Krynicy byłem rok temu, czyli w 2010 r. na pogrzebie babci Miłki”. Rzadko odwiedzasz Krynicę.
– Nie powiedział bym, że rzadko. Może nie jest to mój pierwszy wybór kierunku wypoczynku, bo jest ich kilka, ale jednak bywam w Krynicy od czasu do czasu. Myślę, że nie rzadziej niż każdy, kto przed laty wyjechał z miasta, w którym spędzał dzieciństwo. Dlaczego? Po prostu życie jest na tyle absorbujące, że zaglądanie do tych miejsc sprzed lat, nie jest proste. Może na emeryturze coś dłuższego zaplanuję (śmiech)…
– Jaki zatem jest Twój pierwszy kierunek wypoczynku?
– Na pewno morze i góry. Przepraszam, jeśli ktoś na Sądecczyźnie poczuje się urażony, ale górami mojego pierwszego wyboru są w Polsce Karkonosze. Już uzasadniam: bo tam jest więcej przestrzeni. Ten kierunek wymusza też życiowy pragmatyzm. Rodzina mojej żony jest z Karkonoszy, więc łączymy przyjemne z pożytecznym.
– Nie konkurujecie z żoną, które góry są ładniejsze – Karkonosze czy Beskidy?
– Nie! Powiem szczerze, że nie przepadam za Beskidami. W Karkonoszach zachwycają mnie wspomniane przestrzenie. W Beskidach można iść pod górę i niczego nie widzieć, las jest gęsty, ale przez to wszystko co najpiękniejsze w górach jest zasłonięte przez drzewa. A w Karkonoszach otwierają się przed nami wspaniałe płaskowyże, odsłania się wielka przestrzeń, widać i to co w górze i co na dole. I to jest zachwycające.
– Podobno się wspinasz?
– To prawda. Nawet mam to szczęście, że już końcem lutego rozpocząłem sezon na południowej ścianie znajomych skałek w Karkonoszach. One są fajnie nasłonecznione, jest już na nich ciepło, dzięki temu bardzo wcześnie można zacząć sezon wspinaczkowy. Fajna jest klasyczna wspinaczka skałkowa, ale trekking w górach też nie jest mi obcy. Himalaje też…
– Trekkingowo?
– Tak, do sześciu tysięcy metrów. Powyżej tej wysokości trzeba płacić za pozwolenie wejścia na szczyt. Poza tym wyżej to już zupełnie inny rodzaj wyprawy, zbyt niebezpieczny dla mojego zawodu.
– Masz wpisane w kontrakcie, że nie wolno ci robić rzeczy ryzykownych?
– Tak, trzeba bardzo uważać.
– No to z Himalajów zejdźmy do filmu. „Młode gliny” – występujesz w nowym serialu, którego emisja niedawno się rozpoczęła. Tytuł mówi o młodych glinach, a ty w przyszłym roku – przepraszam, że Ci to przypominam – obchodzisz pięćdziesiątkę. Jak sobie radzisz z tą sytuacją? Jesteś młodym gliną?
– To zabawna historia. Niedawno byliśmy na okładce jakiejś gazety telewizyjnej razem z Jerzym Bończakiem, a pod naszym zdjęciem widniał podpis: „Młode gliny” (śmiech). Z Jerzym oczywiście patrzymy na to z przymrużeniem oka. Mamy olbrzymi dystans do tej sytuacji, bo tak naprawdę z wiekiem idzie doświadczenie, a z doświadczeniem radość z wykonywania tego zawodu. A serial? Jest o wydziale kryminalnym, w fikcyjnej podwarszawskiej miejscowości, a jego szefem jest Szymon Dec, czyli postać, którą ja gram.
– Komisarz Dec.
– Nadkomisarz. Ja jestem nadkomisarzem, a Anna Dereszowska jest komendantką. Szymon Dec ma pod sobą trzy pary młodych policjantów z wydziału kryminalnego, których wspiera zawodowo, a czasami również prywatnie. Ten serial będzie gościć od poniedziałku do piątku w polskich domach. Mam nadzieję, że się spodoba.
– A prywatnie mógłbyś być gliną? Poznałeś trochę policyjną robotę przygotowując się do serialu.
– Kiedyś grałem już policjanta w „Falach zbrodni”, to się przydało. W trakcie produkcji serialu „Młode Gliny” miałem spotkania z policjantami. Z dzielnicowymi i z wywiadowcami. Dostałem od nich wiele cennych wskazówek, nauczyłem się patrzeć na otaczającą mnie rzeczywistość oczami policjanta. Może się wydawać, że spacerując z policjantem widzimy tę samą ulicę. Ale tak nie jest, bo oni ją jednak widzą trochę inaczej. Są uważniejsi, zwracają uwagę na potrzebujących oraz na ewentualne zagrożenia. Mają oczy dookoła głowy. Trochę ich podpatrywałem. Jakieś charakterystyczne gesty, sposób mówienia, to wszystko pozwoliło mi lepiej zbudować postać, w którą się wcielam.
– Zaczynałeś w Teatrze Polskim we Wrocławiu i Teatrze STU w Krakowie. Scena teatralna to inny świat niż ten serialowy?
– I tak i nie. W serialu pracuje się szybciej. W teatrze jest czas na zbudowanie roli, a na planie zdjęciowym, pierwszego dnia pracy trzeba już tę rolę, że tak powiem „mieć”. Na scenie i na planie zdjęciowym jestem jednak tym samym „aktorem”, który tylko używa innych środków wyrazu.
– Czujesz, że najlepsze przed Tobą, że wchodzisz w najlepszy dla aktora okres?
– Ja nawet nie muszę tego czuć, ja to po prostu wiedziałem. Mówi się, że aktor powinien wytrzymać w zawodzie do czterdziestki. Od tego momentu dopiero zaczynają się role dla mężczyzny. Przecież po przekroczeniu czterdziestki zagrałem Gospodarza w „Weselu”, Klaudiusza w „Hamlecie”, Von Kostryna w „Balladynie” czy Szatowa w „Biesach”. Główne role w teatrze, pojawiają z wiekiem i wraz z doświadczeniem wyniesionym z innych ról. Teraz rzeczywiście dla mnie jako aktora jest fajny czas.
– Jak to jest być najprzystojniejszym Polakiem? W 1997 r. zdobyłeś tytuł Mister Poland. Czułeś, że wydarzyło się w Twoim życiu coś ważnego?
– Fajna przygoda. Jeśli ktoś ma ochotę spróbować, to na pewno bym mu nie odradzał. To jest tytuł, który nie przeszkadza i nie stoi na drodze w byciu przyzwoitym. Chcę powiedzieć, że ten konkurs w rzeczywistości przecież nie weryfikuje kto jest najpiękniejszym Polakiem. Raczej w konkursie wybieramy jednego spośród tych facetów, którzy akurat wystartowali.
– A jaka była Twoja motywacja żeby wystartować?
– Byłem przed studiami, miałem trochę wolnego czasu, szukałem jakieś pracy, a tam można było wygrać kolorowy telewizor. No i wygrałem ten telewizor (śmiech).
– Masz brata bliźniaka Konrada, Wykorzystywaliście swoje podobieństwo, zamienialiście się rolami, robiliście ludziom kawały?
– Kiedyś przeprowadziliśmy się do Cieszyna i poszliśmy do szkoły, gdzie nikt nas nie znał. Byliśmy identyczni i tylko mieliśmy różne zegarki. No więc czasami zamienialiśmy się tymi zegarkami i automatycznie również imionami. Ja cały dzień byłem Konradem, a brat był Robertem, bo ludzie rozpoznawali nas tylko po zegarkach. Albo dziewczynom mieszało się, który z nas jest który. W Walentynki, pod koniec dnia wymienialiśmy się tymi walentynkowymi podarunkami: „To do ciebie, to do mnie, to do ciebie, to do mnie.” W szkole zdarzały się nam przypadki zamiany, ale zwykle dość sympatyczne. Jesteśmy bliźniakami, ale też dwojgiem ludzi, którzy są jednak nieco inni charakterologicznie. Nie jesteśmy takimi bliźniakami, których często można spotkać razem. Ostatnio widziałem w teatrze na widowni w pierwszym rzędzie siostry bliźniaczki, które były tak samo ubrane. Siedziały obok siebie i oglądały spektakl. Ja raczej nie widzę siebie z bratem identycznie ubranych, na dodatek w miejscu publicznym. To po prostu kwestia charakterów. Ale kiedy byliśmy dziećmi, to na przykład babcia Miłka uwielbiała nas ubierać tak samo.
– A dzisiaj nie udało by się wprowadzić Konrada na plan filmowy, żeby na chwilę wcielił się w Twoją rolę?
– Raczej nie. Samo podobieństwo fizyczne, to jest jeszcze za mało.
– A w waszym byciu bliźniakiem jest tak, że kiedy Konrad w Portugalii ma katar, to ty w Warszawie też kichasz?
– Oj nie! To zupełnie nie tak!
– To są mity o bliźniakach?
– Nie wiem, nie znam się na tych rzeczach. Oczywiście istnieje jakaś więź, jeśli mieszka się z kimś w jednym pokoju przez dwadzieścia lat. Przecież z każdym człowiekiem, z którym spędzisz dwadzieścia lat wytworzy się taka więź. Ale o tym, że kiedy twój bliźniak upadnie, to ciebie boli kolano, to może tylko gdzieś czytałem.
– Wspomniałeś o siostrach bliźniaczkach w teatrze, które zauważyłeś podczas spektaklu. Kiedyś powiedziałeś takie zdanie o życiu codziennym na planie filmowym: „Ja tak lubię ten zawód, że szkoda mi tych pięciu minut na rozproszenia, gdzieś tam pomiędzy jakimiś ujęciami w filmie”. Z jednej strony jesteś perfekcyjnie skupiony na roli, ale bliźniaczki na widowni zauważasz…
– Ale ja tego nie widzę ze sceny! Przed wejściem na scenę mamy na monitorze podgląd, co się dzieje na widowni. A z tymi bliźniaczkami było tak. Gram w spektaklu z kolegą, który też jest bliźniakiem, tak jak ja. I nagle ten kolega mówi: „Robert, zobacz, w pierwszym rzędzie siedzą bliźniaczki!”.
– A kiedy już znajdziesz się na scenie, to już świata wokół nie widzisz? Zauważasz, kto jest na widowni?
– Precyzyjnie mówiąc: Ludzi na scenie widzą postaci których gram. Robert Koszucki ich nie widzi. Gdybyś mnie zapytał czy ktoś konkretny był na spektaklu, to nie jestem w stanie tego zweryfikować. Jakoś tak to działa u mnie.
– O żonie po dwudziestu latach małżeństwa powiedziałeś: „Kocham ją i jest moim najlepszym przyjacielem”. To nie jest typowe zdanie w show-biznesie.
– Nie mam wrażenia, że jestem kimś nietypowym w show biznesie tylko dlatego, że żyję w szczęśliwym związku. Jestem pewien, że jest dużo takich par.





























































































































































































































