Prezydent dzwonił do mnie z propozycją kilka razy

Rozmowa z MARCINEM PORĘBĄ - pełniącym obowiązki dyrektora Wydziału Kultury, Sportu, Komunikacji Społecznej i Promocji

Renault2

- Dał się Pan poznać w ostatnich latach jako najpierw wykładowca WSB-NLU w Nowym Sączu, później Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, który komentuje i analizuje życie polityczne i społeczne na Sądecczyźnie. A teraz zamienia posadę naukową na urzędniczą?

- Może nie zamieniam, bo ja już urzędnikiem byłem. Przez ponad 20 lat służyłem jako oficer Straży Granicznej na kierowniczych stanowiskach urzędniczych. Zarządzałem dużym wydziałem finansów, byłem również kierownikiem zespołu audytu wewnętrznego. Sprawy związane, ogólnie mówiąc, z urzędowaniem, są mi znane.

- Rezygnuje Pan z pracy na uczelni?

- Prezydent, kiedy ze mną rozmawiał, miał świadomość, że chcę pozostać na uczelni. Oczywiście ta praca w żaden sposób nie będzie kolidowała z pracą w urzędzie. Wręcz przeciwnie, widzę w tym synergię. Moją pracę naukowo-badawczą mogę wykorzystywać, wprowadzając nowe rozwiązania w administracji. I odwrotnie - urząd da mi materiał badawczy. Zajmuję się między innymi psychologią społeczną, a to jest szersza dziedzina, w której zawiera się komunikacja społeczna, za którą mam w mieście teraz odpowiadać. Oczywiście naturalne jest, że na uniwersytecie nie będę już pracował w takim samym wymiarze godzin. Dla mnie priorytetem jest teraz
miasto i pomoc prezydentowi Ludomirowi Handzlowi w realizacji jego wizji Nowego Sącza.

- To nagroda za sprzyjające sondaże, które Pan realizował w czasie kampanii w ramach autorskiego programu Sądecka Agora? W wielu, widząc teraz Pana na nowym stanowisku, rodzi się pytania, na ile one były obiektywne?

- Mimo moich sympatii do programu i osoby Ludomira Handzla nie położyłbym na szali swojego autorytetu naukowego. Wyniki sondaży analizowali moi koledzy profesorowie na uczelni i gratulowali mi ich. Ja w tych badaniach wskazywałem na błąd statystyczny i jego wartość, ale przede wszystkim na dużą liczbę osób niezdecydowanych. Jako jedyny wskazałem trend, w którym trzeci wynik w wyborach prezydenckich może osiągnąć Krzysztof Głuc, a czwarty Leszek Zegzda. Podkreślałem też, że najlepiej do kampanii są przygotowani i ją dobrze realizują Krzysztof Głuc i Ludomir Handzel.

- Brał Pan udział w przygotowaniach do kampanii?

- Nie byłem członkiem żadnego sztabu i nie wspierałem żadnego kandydata. Co nie znaczy, że nie miałem własnych sympatii. Ale tego z pracą naukową w żaden sposób nie wiązałem. Dopiero po wyborach Ludomir Handzel, jako jeszcze prezydent elekt, zadzwonił do mnie z propozycją współpracy. W pierwszym odruchu, przyznam, odmówiłem mu. Nie widziałem dla nas obszarów współpracy.

- Co wpłynęło na zmianę zdania?

- Prezydent dzwonił do mnie jeszcze kilka razy, spotkaliśmy się też osobiście i przedstawił mi swoją koncepcję funkcjonowania urzędu – szczególnie w obszarach, na których się znam, czyli komunikacja społeczna. To mnie zaciekawiło. W ogłoszonym konkursie przedstawiłem swój pomysł rozwiązań komunikacyjnych, który ostatecznie został wybrany.

- To konkurs był pod Pana rozpisany?

- Razem ze mną kandydowały cztery osoby. W komisji konkursowej nie było prezydenta. Odpowiadałem między innymi na pytania koncepcyjne.

- Konkurs był rozpisany na pełniącego obowiązki...

- To wynika stąd, że od 1 stycznia ma się zmienić struktura organizacyjna obecnego Wydziału Kultury, Sportu, Komunikacji Społecznej i Promocji. Z niego wyodrębnione zostaną dwa wydziały: Komunikacji Społecznej i Kultury, na czym się znam, i Sportu i Turystyki.

- Czyli od 1 stycznia będzie Pan dyrektorem Wydziału Komunikacji Społecznej i Kultury. Dodatkowo będzie Pan również pełnił funkcję rzecznika prasowego prezydenta?

- Prezydent poinformował mnie, że widzi połączenie funkcji dyrektora
i rzecznika prasowego. Widać ma do mnie zaufanie. Sądzę, że predyspozycje do bycia rzecznikiem posiadam.

- Trudno teraz nie oprzeć się wrażeniu, że tę funkcję pełnił Pan już w trakcie kampanii.

- Naprawdę oddzieliłbym te sprawy. Wystarczy popatrzeć na wyniki sondażu i wyniki wyborów. Moje badania same się bronią.

- Jaki jest Pana pomysł na funkcjonowanie wydziału?

- Jak już wspomniałem, byłem kierownikiem zespołu audytu wewnętrznego, więc jednym z obszarów, które mnie ciekawią, jest analiza struktury organizacyjnej pod względem funkcjonalności urzędu. Obserwowałem, jak wygląda ta struktura w Urzędzie Miasta Nowego Sącza i funkcjonalność poszczególnych jego wydziałów czy stanowisk. Tu brakuje komunikacji wewnętrznej.

- Wiceprezydent Artur Bochenek opowiada, jak to przychodzi do niego pracownik jednego wydziału...

- ... i prosi o skomunikowanie z pracownikiem innego. No właśnie, ja analizując strukturę organizacyjną ratusza, też zauważyłem ten brak komunikacji wewnętrznej.

- Rozmawiamy w drugim dniu Pana pracy. To wystarczyło na analizę?

- Obserwowałem i analizowałem to jako obywatel, klient urzędu miasta. Wielokrotnie przecież załatwiałem sprawy w urzędzie. Sądecki urząd zatrzymał się na poziomie lat 90. Jestem już po rozmowie z większością pracowników wydziału i widzę, że to ludzie otwarci, chętni do pracy, ale byli ograniczani przez niestandardowe – jakbyśmy
dziś powiedzieli w rozumieniu nowoczesnej administracji – rozwiązania. To kuriozalne dla mnie, że nie wykorzystywano nawet naturalnego mechanizmu, jakim są spotkania kadry kierowniczej z prezydentem. Nie było odprawy kadry kierowniczej - o cyklicznych spotkania dyrektorów wydziałów z prezydentem nie wspominając - od kilku lat. Jak więc mieli zgłaszać problemy między innymi związane z komunikowaniem się wewnątrz urzędu? Od tego trzeba zacząć, by dobrze komunikować się na zewnątrz, z mieszkańcami, dla których w końcu tu pracujemy.

- Jak Pan zamierza skomunikować Wydział Komunikacji Społecznej i Kultury?

- Przede wszystkim go scalić. To absurdalne, że wydział komunikacji jest w czterech różnych lokalizacjach, poza ratuszem. Biuro prasowe nawet przez jakiś czas nie było przy prezydencie i co więcej poza wydziałem komunikacji. Docelowo więc chcę, by cały wydział, za który odpowiadam, mieścił się w ratuszu, przy prezydencie.

- A jakie rozwiązania zaproponuje Pan w zakresie kultury?

- Sądeczanie chłoną kulturę wyższą, do masowej mamy bowiem zewsząd dostęp. Od pięciu lat próbuję kupić bilet dla siebie i żony na Jesienny Festiwal Teatralny, ale niestety do tej pory nie miałem takiej możliwości. Prezydent chce, by takich wydarzeń było więcej, ale przede wszystkim, żeby były bardziej dostępne dla mieszkańców. Dlaczego każda pora roku nie może mieć swojego festiwalu?

Czytaj „Dobry Tygodnik Sądecki” - kliknij i pobierz bezpłatnie cały numer:

GRADZIEL

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.